Kraj

Katastrofa bullshit państwa

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański

Wirus złośliwie zaatakował akurat najsłabsze i najbardziej od lat ignorowane części organizmu państwowego – ochronę zdrowia, ale też administrację rządową odpowiedzialną za fizyczne bezpieczeństwo ludzi. Ich katastrofalny stan usiłowano zamaskować mocarstwowymi wizjami, z których zostaną tylko slajdy w Power Poincie – pisze Dawid Sześciło.


Najważniejszą wadą polskiego modelu zarządzania państwem w ostatnich kilkunastu latach nie był wcale brak wizji strategicznej, lecz nadmiar wizjonerstwa i ucieczka od zabezpieczenia najbardziej podstawowych funkcji państwa. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do braku fundamentalnych zagrożeń dla fizycznego bezpieczeństwa, że postanowiliśmy z całego odpowiedzialnego za nie aparatu administracyjnego uczynić atrapę. Powiatowe inspektoraty sanitarne, weterynaryjne, nadzoru budowlanego, wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska czy administracja bezpieczeństwa żywnościowego to najbardziej zapomniana część aparatu państwowego.

Makowski, Sześciło: Jak trwoga, to do państwa

czytaj także

Makowski, Sześciło: Jak trwoga, to do państwa

Jarosław Makowski, Dawid Sześciło

I nie chodzi tylko o płace ich pracowników, choć państwo zrobiło z nich pariasów służby cywilnej. Przeciętne wynagrodzenie w tzw. powiatowej administracji zespolonej było w roku 2019 o ponad 1,5 tysiąca złotych niższe niż średnia płaca gospodarce i aż o 5 tysięcy niższe niż w coraz liczniejszych ministerstwach. Na szkolenia w tej części administracji przeznaczono w zeszłym roku 52 (słownie: pięćdziesiąt dwa) złote na osobę. Co prawda, Główny Inspektor Sanitarny chwalił się niedawno podwyżkami dla pracowników sanepidu o ok. 500 zł netto. To jednak za mało, aby nadrobić wieloletnie zaległości. Przede wszystkim jednak, służby mające największy wpływ na nasze bezpieczeństwo cierpią z powodu braku inwestycji w infrastrukturę, narzędzia informatyczne czy procedury zarządcze.

Bullshit państwo traci czas

Nawiązując do tytułu niedawnej książki Davida Graebera (Praca bez sensu, oryg. Bullshit jobs), opisałbym naszą sytuację jako złoty czas bullshit państwa. Jeśli bullshit job to praca bez sensu, nieużyteczna społecznie, zbędna, a nawet szkodliwa, to nasze bullshit państwo traci czas i zasoby na budowanie narracji, wizji rozwojowych czy wielkich strategii oraz udawanie, że ma wpływ decyzyjny na bieg megaprocesów społecznych, gospodarczych czy cywilizacyjnych.

Siłą rzeczy zaniedbuje przy tym sprawy doczesne i przyziemne, takie jak klasyczna policja administracyjna (w sensie: zabezpieczenie epidemiologiczne, zdrowotne, żywnościowe, nadzór budowlany czy środowiskowy). To takie nowoczesne wcielenie Bierdiajewowskiej wizji państwa, które nie jest po to, żeby „zapewnić ludziom mieszczańską pomyślność, lecz po to, by wypełnić o wiele wznioślejszą misję”.

Bullshit państwo ma też naturalnie centralistyczne zabarwienie, bo mówiąc słowami Nassima Taleba: It’s easier to macrobullshit than microbullshit. Łatwo jest opowiadać o milionach elektrycznych aut i największym lotnisku w galaktyce, kiedy jesteś bezpiecznie odgrodzony od ludzi.

Tego przywileju nie mają już np. samorządowcy, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, którzy na co dzień odbierają na ulicach „informację zwrotną” od mieszkańców. Premier Morawiecki, snując swoje wizje, jest zabezpieczony przed zderzeniem z rzeczywistością, tak samo jak wtedy, gdy kierował bankiem i kontakt z niezadowolonymi klientami mógł zrzucić na pracowników swoich lokalnych oddziałów. Jako wójt czy burmistrz zostałby ze swoich opowieści rozliczony znacznie szybciej.

Lokalne batalie z globalnym wirusem. Jak samorządy radzą sobie z pandemią?

Rządy PiS-u to szczyt osiągnięć bullshit państwa, ale już poprzednicy mieli na tym polu pewne zasługi. Wystarczy przypomnieć wizjonerskie zapędy ministra Michała Boniego i jego raport Polska 2030. Nigdy nie rozumiałem pojawiających się w debacie publicznej zachwytów nad tym dokumentem. Wszak jedno w reformowaniu państwa jest pewne: jeśli nie masz zamiaru nic realnie zmienić, zajmij się pisaniem strategii. Planowanie strategiczne, zwłaszcza na skalę wielkich wizji rozwojowych, to czas stracony dla wszystkich, z wyjątkiem konsultantów i doradców strategicznych. Na szczęście, „Polska 2030” szybko powędrowała do szuflady.

Na co idą miliony?

Za to PiS stworzył bullshit państwo w wersji na bogato. Czego tu nie ma! Kamieniem węgielnym jest oczywiście tzw. plan Morawieckiego, czyli Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Pierwsza wersja dokumentu zaczynała się nawet pompatycznym cytatem z Piłsudskiego: „Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale”. Poziom patosu jest jednak odwrotnie proporcjonalny do merytorycznej wartości i szans dojścia do tej wielkości.

PiS stworzył bullshit państwo w wersji na bogato. Czego tu nie ma!

Przede wszystkim jednak dokument ten idealnie obrazuje państwo, które skupiając się na rysowaniu wielkich wizji, zapomina o fundamentach.

Niech ktoś bowiem spróbuje w planie Morawieckiego znaleźć choćby zdanie, wskazujące na zagrożenia epidemiologiczne i konieczność przygotowania się do nich. Wiele fraz (głównie banałów typu „Poprawa efektywności funkcjonowania”) pada wprawdzie na temat ochrony zdrowia, ale brakuje np. jasnego zobowiązania do podniesienia wydatków publicznych na poziom co najmniej średniej UE czy europejskich państw OECD.

Księżycowy plan Morawieckiego

Niestety, w przeciwieństwie do planu Boniego, w przypadku PiS-u na wizjonerstwie się nie skończyło. Słowa o wielkości państwa potraktowano dosłownie, doprowadzając do bezprecedensowego rozrostu aparatu rządowego. Szerzy się instytutoza i fundacjoza. Obok niesławnej Polskiej Fundacji Narodowej, powstały m.in. fundacja Platforma Przemysłu Przyszłości, Narodowy Instytut Wolności, Instytut Europy Środkowej, Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, Instytut Solidarności i Męstwa czy Polski Instytut Ekonomiczny, którego szef jeszcze w lutym przekonywał, że koronawirus to szansa dla polskiej gospodarki.

Cóż, miał chyba znów rację Nassim Taleb wylewając kubły pomyj na ekspertów ekonomicznych. Tylko dlaczego musimy wydawać na nich kilka milionów złotych z budżetu państwa zamiast np. doposażyć laboratoria sanepidu?

Spuchły też w ostatnich latach budżety innych instytucji, które mają minimalny lub żaden wpływ na nasze bezpieczeństwo i inne podstawowe obowiązki państwa wobec obywateli. To oczywiście IPN (150 milionów na plusie w porównaniu z rokiem 2015), Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (plus 15 milionów) czy CBA (dodatkowe 100 milionów).

Dlaczego Lichocka się wyłga

Prawdziwym zwycięzcą jest jednak Kancelaria Premiera z niemal potrojonym budżetem w stosunku do roku 2015.  Wzrosło też zatrudnienie na szczytach aparatu administracyjnego: od roku 2015 w ministerstwach i KPRM pojawiło się blisko tysiąc nowych etatów, podczas gdy na poziomie tej najbardziej nam potrzebnej powiatowej administracji zespolonej zatrudnienie spadło.

Podkrążone oczy Ministra Zdrowia

Pod propagandową osłoną bullshit państwa kwitnąć może też kapitalizm polityczny i państwowy, gdzie władza polityczna przenika się z kontrolą znacznej części formalnie rynkowej gospodarki, a ludzie władzy tworzyć mają nową elitę ekonomiczną. Wszak bombastyczne wizje rozwojowe nie zrealizują się wyłącznie metodami regulacyjnymi, ale wymagają też bezpośredniego zaangażowania państwa w gospodarkę. Wehikułem tej operacji stał się Polski Fundusz Rozwoju przejmujący udziały w kolejnych spółkach.

Nawet historyczny kryzys COVID-19 nie przyniósł opamiętania w PiS-ie

Również projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego trzeba widzieć jako narzędzie politycznego kapitalizmu – miał on być okazją dla ludzi bliskich władzy, żeby „sprawdzili się w biznesie”, a jednocześnie magnesem przyciągającym biznes prywatny do obecnej władzy.

Wszystko układało się pięknie dotąd, aż wirus powiedział: sprawdzam. To, co ukryte pod maską narracji o wielkości, wypełzło i nie pozwala zapędzić się pod maskę z powrotem.

Projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego trzeba widzieć jako narzędzie politycznego kapitalizmu – miał on być okazją dla ludzi bliskich władzy, żeby „sprawdzili się w biznesie”.

Podkrążone oczy Ministra Zdrowia już przestają służyć jako dowód poświęcenia władzy w walce z wirusem, zaczynają raczej świadczyć o tym, że żaden wysiłek dziś nie zneutralizuje wieloletnich zaniedbań.

A przecież najważniejszy test dla państwa jeszcze przed nami. To test na zdolność do stopniowego wychodzenia z lockdownu przy jednoczesnej kontroli poziomu nowych zachorowań, co zdecyduje również o przyszłości polskiej gospodarki. Nie ma przesłanek, by sądzić, że z tą operacją polska administracja rządowa będzie w stanie sobie poradzić. Poza tym, już po zastopowaniu wirusa system opieki zdrowotnej prędko nie wróci do normalnego trybu, a spadek przychodów ze składki zdrowotnej na skutek załamania gospodarczego wyrwie dziurę w budżecie NFZ.

Państwo dobrobytu? To nie luksus, to warunek rozwoju

Wielki kryzys dał Ameryce New Deal, bez II wojny światowej nie byłoby pewnie europejskiego państwa dobrobytu. Może jednak z dzisiejszej katastrofy wyłoni się nie tylko powszechny dochód gwarantowany, ale też nawrócenie na model państwa, które porzuci wizjonerstwo na rzecz troski o fundamentalne bezpieczeństwo ludzi?

***
Dawid Sześciło
– Kierownik Zakładu Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji UW. Pracuje dla organizacji międzynarodowych przy reformach administracji publicznej w państwach ubiegających się o członkostwo w UE. Kierował zespołem, który przygotował raport Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo wydany przez Fundację Batorego.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać