Kraj

Ruchu społecznego nie robi się odgórnie

Fot. Monika Bryk, Jakub Szafrański. Edycja KP.

Rafał Trzaskowski chce powołać ruch społeczny. Platforma musiałaby się rozwiązać, żeby to miało sens. Dlaczego? Wyjaśnia Adam Leszczyński.


Rafał Trzaskowski chce powołać ruch społeczny. Oto co musi zrobić, żeby mu się udało – i dlaczego mu się nie uda. Spojler: Platforma musiałaby się rozwiązać, żeby to miało sens.

Z weekendowego wywiadu Rafała Trzaskowskiego dla „Gazety Wyborczej” można się wiele dowiedzieć o tym, jak źle został potraktowany przez PiS i jak bardzo miał pod górę – za to bardzo mało o nowym ruchu, który miałby bazować na jego poparciu. Nie wiadomo nawet, czy naprawdę będzie się nazywał „Nowa Solidarność”.

Polityczny sens tego pomysłu jest jasny. Do nowych władz PO dotarło wreszcie, że pod starym szyldem nie wygrają i że u wielu Polaków – być może większości, bardzo mi przykro – strach przed powrotem PO do władzy jest większy niż lęk przed dalszą władzą PiS. Może się to wydawać straszne, oburzające i niesprawiedliwe topniejącej grupie medialnych klakierów „zjednoczonej opozycji”, a zarazem – cóż za zbieg okoliczności – fanów Platformy. Bronią tej przegranej sprawy z godnym uwagi zaślepieniem. Niemniej politycy PO już ten problem zrozumieli. Tomasz Lis w końcu też zrozumie.

Na stole mamy zatem pomysł powołania „ruchu społecznego”, do którego będą mogły, na bliżej nieokreślonych zasadach, przystąpić inne organizacje. Będzie bronił demokracji i państwa prawa, czyli robił to, co opozycja robiła do tej pory. Co więcej? Niewiele wiadomo.

Zarówno proponowana nazwa, jak i retoryka otaczająca ten pomysł sugerują przy tym, że jego twórcy nie stąpają zbyt twardo po ziemi. Bo nie, PiS nie jest PZPR, a „Nowa Solidarność” w niczym, poza nazwą, nie będzie przypominać tamtej starej. Nie, 10 mln głosów na Trzaskowskiego – co oczywiście porównuje się do 10 mln członków „S” w roku 1981 – to nie były głosy „na” kandydata, ale „przeciwko” Dudzie i PiS.

Już samą nazwę warto więc zmienić, żeby nie narażać się na okrutne żarty i mało korzystne porównania ze starą „S”. Miała być nowa solidarność, a są stare nudy: od liderów słyszymy to samo, co słyszeliśmy już od Platformy sto tysięcy razy. Obłe, puste słowa.

Co to jest ten ruch społeczny

Redakcja Krytyki Politycznej prosiła mnie jednak, żebym nie był nadmiernie niemiły i podszedł do pomysłu na serio, gdyż w ostatecznym rozrachunku nam wszystkim zależy na tym samym – wygranej demokracji.

Zacznijmy więc od krótkiego przypomnienia, czym jest ruch społeczny i dlaczego stanowi tak wielką, transformacyjną siłę.

Ruch wyraża – najczęściej – w języku polityki postulaty czy wartości, których wcześniej nie wolno w nim było wypowiedzieć. Mówi więc np. o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn (tam, gdzie go nie ma) czy o wolnych związkach zawodowych i godnych warunkach pracy (tam, gdzie ich nie ma). Ruch jest także oddolny, nie tylko mówi o nowych wartościach, ale także wyłania świeżych liderów – często wynosząc na tę pozycję osoby wcześniej zupełnie nikomu nieznane, takie jak Lech Wałęsa – i przedefiniowuje polityczne podziały, zmienia język polityki, przebudowuje całą jej scenę.

Taka była stara „Solidarność”. Co wiemy o nowej? Że mają ją stworzyć politycy Platformy, którzy zachęcają innych, aby się do niej przyłączyli. Nie ma tu słowa o nowych wartościach: jest za to bardzo dużo słów o wartościach starych („brońmy wolności sądów”), które mogą być szlachetne i słuszne, ale ewidentnie nie mobilizują bardziej niż lęk przed powrotem PO do władzy.

Ruch społeczny tworzy także nowych liderów i nowe hierarchie władzy. To oznacza, że aparat polityczny PO – który jest jej siłą, bo zapewnia trwanie, a zarazem jej betonową kotwicą, bo okazuje się konserwatywny i niesterowny – musiałby się posunąć. Przestrzeń polityczna nie jest z gumy: jak wejdzie nowy, duży ruch, będzie mniej miejsca dla starych partii.

Wyobraźmy sobie teraz tych działaczy i postawmy się na chwilę na ich miejscu. Człowiek robił karierę w aparacie – był radnym, samorządowcem, może posłem. Był lojalny wobec partii, mówił, co trzeba, głosował, jak kazali. Partia nagradzała go stanowiskami, miejscami na listach, posadami w instytucjach zależnych od państwa. To było jego życie i było dobre. Teraz ma się posunąć? I to ma być nagroda? Za lata lojalności i wiernej służby?

Już widzę tłumy tych chętnych. Aparat partyjny, to zresztą bardzo ludzkie i normalne, woli bezpieczne posady od ryzyka; zrobi więc wszystko, żeby inicjatywę Trzaskowskiego (uwaga, traktuję ją cały czas serio i jestem miły!) rozwodnić i sprowadzić do jeszcze jednego hasła, o którym Platforma zapomni po kilku tygodniach, gdy wróci w swoje stare koleiny.

Sterczewski: Po święcie demokracji czas na pracę u podstaw

Gdzie są nowe wartości?

Krótko: ruchu społecznego nie robi się odgórnie. Ruch społeczny musi mówić o świeżych wartościach – nie nowych, ale mało obecnych w polityce dotychczas – oraz robić to wiarygodnie.

Wiarygodność jest drugim problemem tego przedsięwzięcia. Trzaskowski był liderem koalicji: jego wyborcy nie zgadzali się niemal w niczym, poza tym, że należy odsunąć PiS od władzy. Było wśród nich dawne kodziarstwo, fani Balcerowicza, apologeci wolnego rynku, przekonani, że 500+ to kradzież pieniędzy z ich podatków; głosowało na Trzaskowskiego także wielu wyborców Biedronia. Trudno zaproponować dla nich wspólną platformę, poza rządami prawa, obroną wolnych mediów i sądów oraz ogólnego proeuropejskiego kursu. Wszystkie inne sprawy – nawet te pozornie neutralne – budzą konflikt.

Oto jeden przykład, pozorny polityczny samograj, zwłaszcza że dotyczy sprawy, w której PiS spektakularnie zawiódł: obietnica zapewnienia tanich mieszkań. Ona się nie pojawiła, ale być może mogłaby być jednym z paliw napędowych takiego politycznego przedsięwzięcia. Nawet w tak oczywistej kwestii interesy potencjalnych uczestników ruchu Trzaskowskiego okażą się rozbieżne. Klasa średnia, trzon wyborców PO, ma jednak mieszkania na kredyt – więc nie zechce, żeby biedniejsi od niej dostawali je taniej, bo dlaczego właściwie mają mieć w życiu łatwiej (było się starać). Albo nawet sama ma mieszkania na wynajem i traktuje je jako lokatę kapitału emerytalnego. Jeśli dostępność mieszkań komunalnych się zwiększy, dochody klasy średniej z najmu spadną. Kto by tego chciał? Oni mają gdzie mieszkać. Państwowy deweloper? To pachnie socjalizmem („za nasze podatki!!!”): elektorat PO nigdy na to nie pójdzie.

Takich kwestii jest bardzo wiele — potencjalnie niewygodnych dla PiS, ale nie do wykorzystania przez nowy ruch. W każdym takim wypadku interesy Platformy, jej elektoratu i aparatu stają na drodze powołanemu przez jej kandydata ruchowi (już to sformułowanie zresztą zgrzyta: ruch społeczny się wyłania, powstaje, ale nie można go powołać).

Żeby mógł powstać ruch społeczny, PO powinna się rozwiązać – wtedy być może miałoby to cień szansy.

Będziemy więc mieli parę wieców, trochę wielkich, pustych słów, parę dętych artykułów chwalących ruch w mieszczańskiej prasie – sami wiecie gdzie – a potem wszystko wróci do normy.

A PiS będzie wygodnie rządził dalej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

| Dziennikarz, historyk, reporter
Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, „Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz „Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013) i „Eksperymenty na biednych” (2016). W 2020 r. ukaże się jego „Ludowa historia Polski”.