Kraj

Przepis na nową PO: Trochę Macrona, trochę Hołowni, trochę starego anty-PiS-u

Platformerski macronizm zbiera postulaty emocjonalnie ważne przede wszystkim dla względnie progresywnej klasy średniej: czyste powietrze, edukacja, prawa kobiet oraz dodaje do nich silną emocję dobrego, obywatelskiego populizmu. To dobre, szlachetne afekty, w odpowiedzi na nie PO przedstawiło jednak w sobotę rozwiązania o różnym stopniu sensowności.

Platforma w końcu wyszła z inicjatywą. Borys Budka i Rafał Trzaskowski zorganizowali briefing, który miał pokazać nowe otwarcie największej opozycyjnej partii. Jak wyszło? Z pewnością całkiem dynamicznie. Widać, że Hołownia ze swoimi występami i briefingami wymusił estetyczną zmianę w Platformie: jest krócej, sprawniej, w formie przypominającej wykłady TED Talk.

Co jednak poza nowym formatem zaprezentowali w sobotę liderzy PO? Dwa tematy, które najpewniej będą organizowały narrację partii w najbliższych miesiącach: Koalicję 276 oraz propozycję nowej osi podziału sporu w Polsce. Nowej, choć opartej na francuskiej, a konkretnie macronowskiej licencji.

Koalicja 276 – nowe szaty anty-PiS-u

Pierwszą propozycję, Koalicję 276, przedstawił Borys Budka. Choć w zasadzie jest to nie tyle propozycja, co stwierdzenie faktu: by wygodnie rządzić, opozycja potrzebuje w następnym Sejmie 276 posłów. W przeciwnym razie każdy jej projekt będzie mogło utrącić weto Andrzeja Dudy, który prezydentem zostanie jeszcze do 2025 roku. Bez kwalifikowanej większości trzech piątych, koniecznej do przełamania prezydenckiego weta, rządy bloku demokratycznego czekają prawie dwa lata politycznie wykańczającego paraliżu.

Wszystkie czołowe postulaty łączące cały blok demokratyczny, które w sobotę przypomniał przewodniczący Budka – naprawa Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa, TVP – nie są możliwe z Dudą, zdolnym skutecznie wetować ustawy Sejmu.

PO pamięta to zresztą doskonale z lat 2007–2010, gdy obecność Lecha Kaczyńskiego w pałacu prezydenckim pozwoliła ekipie PiS utrzymać kontrolę – w różnych koalicjach, ale zawsze przeciw PO – nad mediami publicznymi.

Problem w tym, że wiedza, iż potrzebujemy 276 mandatów, jeszcze sama w sobie nie przybliża nas do tego celu. Przewodniczący Budka nie powiedział, jaki ma konkretnie plan, by opozycja osiągnęła takie poparcie. Zaznaczył, że to nie czas na układanie list, na rozmowę o personaliach, stwierdził tylko, że opozycja winna jest swoim wyborcom zorganizowanie się w takiej formule, by w przyszłym Sejmie nie musieć przejmować się Andrzejem Dudą.

Trudno nawet jednoznacznie stwierdzić, czy Budka wzywał do budowania wspólnej listy, czy jednak niekoniecznie. Nie ma co się temu dziwić: jakakolwiek konkretna propozycja – np. budujmy jedną listę albo budujmy dwa opozycyjne bloki – np. bardziej konserwatywny i progresywny – zostałaby z miejsca zaatakowana przez resztę demokratycznych partii, co pokazałoby, jak pretensje Platformy do roli „lidera opozycji” mają się do rzeczywistości. Hołownia i Lewica i tak zresztą zareagowały, jakby Budka na siłę chciał ich zapisać do koalicji, do której wcale się nie garną.

Z punktu widzenia dynamiki politycznej następnych dni brak konkretów kryjący się za hasłem Koalicji 276 niekoniecznie musi być dla Platformy problemem. Koalicja 276 to proste, zrozumiałe hasło, które łatwo mogą podchwycić teraz media, liderzy opinii oraz opinia publiczna. Jeśli wrzutka z Koalicją 276 uda się Platformie, to przez kilka dni wszyscy, a przynajmniej cała opozycja, będzie dyskutować głównie o tym. PO na jakiś przynajmniej czas odzyska retoryczną inicjatywę – choć tak naprawdę mamy tu tylko do czynienia z zebraniem starych postulatów anty-PiS i opakowaniem ich w nową formę.

Ruchu społecznego nie robi się odgórnie

Budka zapewniał też, że PO już teraz rozmawia z przedstawicielami PiS, że nawet przed 2023 rokiem może dojść do wcześniejszych wyborów, jeśli „pięciu sprawiedliwych przejdzie na jasną stronę mocy”. Pomińmy już to, że Borys Budka do „jasnej strony mocy” milcząco zaliczył ekstremistyczną Konfederację – plan technicznego rządu skonstruowanego przez KO, od Brauna, przez Gowina i Kosiniaka-Kamysza, po Zandberga jest jeszcze bardziej nierealny niż zdobycie dziś 276 mandatów sejmowych przez demokratyczną opozycję. Jeśli snucie takich scenariuszy ma jakiś sens, to tylko taki, że wzmacnia paranoję prezesa Kaczyńskiego i napięcia w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Macronizacja Platformy

O wiele ciekawsze rzeczy działy się w przemówieniu Rafała Trzaskowskiego. Prezydent Warszawy przekonywał, że podziały prawica-lewica są dziś zupełnie anachroniczne, gdyż realne spory są gdzie indziej: między państwem przyszłości a przeszłości, partyjnym a należącym do obywateli. „Czy prawa kobiet, walka ze smogiem albo usługi publiczne są lewicowe?” – pytał, proponując przejęcie przez PO różnych lewicowych postulatów, bez pozycjonowania się na osi prawica-lewica.

Takie strategiczne usytuowanie PO jest oczywiście reakcją na sukcesy Hołowni, polityka, który pod swoimi sztandarami łączy całkiem sprawnie – przynajmniej na razie – zarówno Hannę Gil-Piątek, jak i konserwatystów. Obietnica modernizacji łączącej postulaty liberalizmu, konserwatyzmu i socjaldemokracji, centroprawicy i centrolewicy, wyraźnie pobrzmiewa polityczną filozofią Macrona. Oczywiście, modernizacje są różne, raczej prawicowe – bardziej indywidualistyczne – i lewicowe, solidarystyczne. Problemy samego Macrona, na czele z żakerią Żółtych Kamizelek, pokazują, że czasami trzeba dokonać wyboru między którymś z tych modeli – jak bardzo nie patrzylibyśmy w przyszłość, oś prawica-lewica wraca.

Posiłki za 1 euro i pomoc psychologiczna. Francuscy studenci protestem wywalczyli państwowe wsparcie

Ten rysowany przez prezydenta „platformerski macronizm” zbiera różne postulaty emocjonalnie ważne przede wszystkim dla względnie progresywnej klasy średniej: czyste powietrze, edukacja, prawa kobiet oraz dodaje do nich silną emocję dobrego, obywatelskiego populizmu. Oburzonego na zawłaszczanie państwa przez polityczne grupy interesów, posłów i ich pociotków w spółkach skarbu państwa, na media publiczne zmienione w machinę propagandową jednej partii, domagającego się etycznego, przejrzystego państwa. To dobre, szlachetne afekty, w odpowiedzi na nie PO przedstawiło jednak rozwiązania o różnym stopniu sensowności.

Przepis zabraniający posłom pracy w spółkach skarbu państwa nie jest głupi, choć problemem jest cała kultura zarządzania SSP, gdzie dobrze płatne posady traktowane bywają jako synekury dla zasłużonych politycznych działaczy lub ich rodzin.

Pomysł prawa umożliwiającego odwołanie posła i senatora pewnie zadziała politycznie, ale merytorycznie budzi wątpliwości. Procedury odwoławcze wobec parlamentarzystów działają głównie w państwach opartych na jednomandatowych okręgach wyborczych. Tam wszystko jasne – okręg odwołuje posła, robi się wybory uzupełniające, wyborcy wybierają nowego. W naszym systemie odwołanie oznaczałoby najpewniej wejście następnego posła z listy – obywatele nie mieliby żadnego wpływu na to, kto zastąpi posła, i nie poczuliby się szczególnie upodmiotowieni. W systemie opartym na wielomandatowych okręgach wyborczych mechanizm mógłby zmienić się w narzędzie usuwania niewygodnych dla władzy posłów opozycji. Nietrudno wyobrazić sobie, że wyborcy okręgu, gdzie wygrywa PiS, mobilizują się, by odwołać kłopotliwą dla władzy miejscową posłankę lewicy.

Zupełnie nietrafiony jest pomysł ustawy o likwidacji TVP Info – PO ma zbierać pod projektem podpisy. Dziś ta stacja to parodia misji mediów publicznych, ale informacja i publicystyka to jedno z czołowych zadań mediów publicznych, od polityków opozycji oczekuję nie zaorania mediów publicznych, ale wypracowania rozwiązań, które pozwolą im odgrywać swoją rolę w niezależny sposób, dostosowany do tego, jak mediów używa się w trzeciej dekadzie XXI wieku.

Jak jeszcze konkretnie zmaterializuje się ten „macronowski zwrot” PO, mamy się dowiedzieć w następnych miesiącach. Spodziewam się miękkiego socjalno-liberalnego skrętu. Pewnie jakaś ostrożna opcja pro-choice, propozycje rozdziału Kościoła i państwa, większe niż w pierwszej kadencji Tuska skupienie na usługach publicznych, ale jednocześnie z wizerunkiem rynkowej partii, wierzącej w społeczeństwo obywatelskie i samorząd, nie w centralizację. Interesujące i być może znaczące na przyszłość było to, że Budka i Trzaskowski nie mówili prawie w ogóle o kłopotach przedsiębiorców, bardzo dużo za to o zapaści państwa i dostarczanych przez nie usług.

Hołownia wymierza kobietom drugi policzek

Ciekawe jest, że w tym pierwszym nowym otwarciu tego roku PO nie mówiła w zasadzie o polityce zagranicznej i Europie. Choć to jest obszar, gdzie po pięciu latach doskonale widać klęskę strategicznego projektu PiS i osamotnienie Polski. Polityka zagraniczna i europejska ciągle są sferą, w której widać kompetencyjną przewagę opozycji, a większość społeczeństwa pozostaje bardziej proeuropejska niż nasz obecny rząd.

Ważne, że jest

Mnie osobiście taka zmacronizowana PO podobałaby się bardziej niż ta spod znaku prezydenta Komorowskiego i posła Rasia. Jako opcja stanowiąca możliwość wyboru dla lewicowych wyborców sprawiłaby problemy Lewicy, ale jednocześnie zmusiłaby ją, by udoskonalić swoją ofertę i metody jej komunikowania – co dla wyborcy Lewicy będzie tylko korzystne. Pytanie tylko, czy w Polsce jest dość progresywno-mieszczańskiego elektoratu, by „polski macronizm” był w stanie wygrywać. Jeśli nie, skręt PO w tę stronę skończy się miesiącami klinczu z mówiącym do bardzo podobnego elektoratu Hołownią.

Z pewnością PO z soboty mówiło do klasy średniej i mieszkańców miast. Nie widać było pomysłu, jak dla Koalicji 276 przejąć ludowych, socjalnych, pragmatycznych wyborców PiS. Być może faktycznie PO lepiej zrobi, jeśli zostawi to innym członom demokratycznej opozycji – jeśli jednak nikt nie zdoła ich odebrać PiS, o Koalicję 276, a nawet 231, łatwo nie będzie.

Niemniej jednak, przy wszystkich krytycznych uwagach wobec sobotniego eventu PO jedno trzeba mu oddać: w końcu partia wyszła z inicjatywą. To ważne, że jakaś jest.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij