Kraj

Piechociński: Polska „daleko od szosy” transformację ocenia surowo

Politycy obiecywali polskiej wsi bardzo dużo.

Cezary Michalski: We wszystkich sondażach i badaniach społecznych mieszkańcy wsi okazują się grupą w największym stopniu odrzucającą przemiany po roku 1989, a nawet wejście Polski do Unii Europejskiej. Nawet mimo tego, że na wieś trafiają całkiem spore środki unijne. Co tu jest ideologią, co nieuzasadnionym lękiem, a co wynika z faktycznych błędów popełnionych na wsi i wobec wsi w całym procesie polskiej transformacji?

 

Janusz Piechociński: Polska wieś jest rzeczywiście laboratorium polskiej transformacji. Proporcje odrzucenia i zadowolenia z przemian, proporcja społecznych zysków i strat polskiej wsi pozwala zrozumieć zyski i straty, jakie poniosło całe polskie społeczeństwo. Obecna polska polityka niewiele w tym wszystkim pomaga. Zatraciła kontakt z ludźmi, nie buduje kapitału społecznego. Politycy obiecywali polskiej wsi bardzo dużo, potem jednak zostawiają ludzi z niespełnionymi obietnicami. Ci, którzy je składali przechodzą z rządu do opozycji, z jednych partii do drugich, z parlamentu polskiego do europejskiego, nie interesując się polityczną czy społeczną kontynuacją.

 

Częścią tego świata polityki, którą pan krytykuje, jest PSL, sukcesywnie tracące polityczne poparcie na wsi, podgryzane z jednej strony przez prawicowy populizm PiS-u i Radia Maryja, z drugiej strony przez społeczny populizm „Samoobrony”, częściowo przejęty dzisiaj przez Ruch Palikota.

 

Nasz wyborca jest „społeczno-gospodarczy”, a jego jest mniejszość. Większość to wyborca „ideowo-radykalny”. Ale prawda jest taka, że to racjonalne, chłopskie, zdroworozsądkowe centrum, które w dalszym ciągu udaje nam się politycznie reprezentować, jest dziś zalewane stabloidyzowaną polityką miejską opartą na czystej ideologii. Oczekuje się też od PSL-u, że przejmie w całości odpowiedzialność za społeczne zorganizowanie wsi. Wręcz za za jej społeczną i ekonomiczną odbudowę. To mają zrobić działacze PSL, wójtowie i starostowie. Ale kiedy zobaczymy, że globalizacja wymusza zupełnie nowe sposoby organizowania się wsi i przeciwstawiania się biedzie, wymusza tworzenie grup producenckich, organizowanie się nowej dobrowolnej spółdzielczości wiejskiej – widzimy, że to wszystko są formy organizacji bardzo kapitałochłonne, wymagające bardzo aktywnych i konkretnych form polityki gospodarczej państwa. PSL, choćby nawet działało, nie wiem jak prężnie, nie może zrównoważyć bierności całego państwa w całym praktycznie okresie polskiej transformacji. Proporcja pomiędzy tymi, którym się na wsi powiodło, którzy potrafili zbudować dochodowe gospodarstwa dające sobie radę na rynku, dające satysfakcję z bycia rolnikiem, a „wsią tradycyjną”, jest najbardziej precyzyjnym wskaźnikiem tego, jak w ogóle może wyglądać proporcja pomiędzy tymi, którym się powiodło, a „ofiarami transformacji”.

 

Zatem wasz elektorat to elektorat ludzi sukcesu, podczas gdy większość wsi ma wrażenie społecznej porażki?

 

Tradycyjna wieś to niekoniecznie wieś, której się nie powiodło, ale to na pewno wieś, która się w zachodzących zmianach nie odnalazła, gdzie społeczne więzi uległy po 1989 roku osłabieniu, o ile nie całkowitemu zerwaniu. Awans na wsi – tak jak zresztą w całej Polsce – nie rozłożył się równomiernie. Beneficjentami po wejściu do UE było pokolenie młodsze, lepiej wykształcone i znające języki – przedsiębiorcy i większe miasta. Reszta została z boku. Transformacja brutalnie zredukowała aktywność przemysłową na wsi. Nawet jeśli część tych zmian jest nieuchronna, koszty społeczne dla prowincji i dla wsi są ogromne. Zredukowaniu uległo wszystko, co stanowiło szkielet społecznej organizacji wsi, począwszy od transportu publicznego, poprzez sieć urzędów, szkół, sądów…

 

Walkę o zachowanie sieci tych instytucji wielu komentatorów postrzega jako kontynuację „patologii i nepotyzmu cechującego PSL”, choć prawdę mówiąc, także partie „miejskie” lubią obsadzać urzędy i spółki skarbu państwa.

 

W naszym oporze przeciwko likwidowaniu tych instytucji nie chodzi o chęć „załatwiania sobie” przez działaczy PSL-u czegoś „na miejscu”. Po prostu w konsekwencji takich „reform” drastycznemu uszczupleniu ulega potencjał społeczny, nie tylko polskiej wsi, ale także polskiej prowincji, całej tej części kraju, która leży „daleko od szosy”. To prawda, że „tradycyjna wieś” oczekuje tradycyjnego państwa, które by zorganizowało życie i pracę. Ale jednocześnie ludzie w znacznej części są tu zbyt biedni, aby stanowić klientelę małych zakładów fryzjerskich, małych placówek usługowych czy handlowych wypieranych sukcesywnie przez „Biedronki” czy inne supermarkety. Jednocześnie ci sami ludzie widzą w mediach na co dzień to, czego nie widzieli w PRL-u. Widzą celebrytów, kolorowy syty świat, Carringtonów tego świata, którym się wszystko udaje. Dowiadują się o gigantycznych pensjach i o tym, że ludzie, którzy te pensje dostają, uważają się jeszcze za pokrzywdzonych, narzekają na ograniczenia dochodów czy premii. Mieszkaniec „tradycyjnej wsi” powtarza to samo, co można usłyszeć i w mieście: „Nie o taką Polskę żeśmy walczyli, miała być bardziej solidarna, bardziej społeczna, bardziej życzliwa ludziom, szczególnie tym słabszym, zatrzymanym na starcie”.

 

Każda dziura w polskim ładzie społecznym, na wsi jest widoczna jeszcze bardziej.

 

Trzeba też pamiętać o procesach demograficznych, które osłabiły potencjał rozwojowy Polski „daleko od szosy”, która tak surowo polską transformację ocenia. Jeśli całe pokolenie młodych, najbardziej ruchliwych, najlepiej wykształconych ludzi po gimnazjach i liceach emigruje, znika z danego obszaru, ten obszar ulega społecznej destrukcji. Więc na roszczeniowość tych, którzy zostali, nie można narzekać, bo państwo było zbyt bierne w okresie, kiedy ład społeczny na tym obszarze ulegał załamaniu.

Wzrosła nam liczba organizacji pozarządowych, ale na wsi nie przybyło działaczy społecznych, wręcz przeciwnie. Mimo że z taką mocą mówiliśmy o zrównoważonym rozwoju przestrzennym, o niwelowaniu różnic pomiędzy metropoliami a prowincją, niewiele zostało zrobione. Nawet w okresach lepszej koniunktury państwo było pasywne. To co na początku transformacji było tylko bolesnym udziałem społeczności popegeerowskich, dziś dotarło do innych środowisk, do całej „tradycyjnej wsi”. I teraz ci sami politycy, którzy pewnych rzeczy nigdy nie zrobili, nawet kiedy rządzili, przychodzą na wieś z obietnicami i z ideologią. To jest jedna z przyczyn, że PSL-owi, który na tej wsi zawsze był i zawsze był bezpośrednio przez wieś rozliczany, jest czasem trudno politycznie konkurować z PiS-em czy z Palikotem.

 

Janusz Piechociński, ur. 1960, pracował w Katedrze Historii Gospodarczej SGH, działacz i poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego na Sejm I, II i IV kadencji, pokonał Waldemara Pawlaka w wyborach na prezesa PSL.  


Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.