Kraj

Mason: Czas na postkapitalizm

Obecny model rozwoju kapitalizmu się wyczerpał, a wypływające ze świata technologii alternatywy rosną w siłę – twierdzi dziennikarz Paul Mason.

Tekst jest zredagowanym zapisem wykładu Paula Masona, który autor książek Skąd ten bunt? Nowe światowe rewolucje i Post-capitalism. A Guide to Our Future wygłosił na zaproszenie „The Guardian”. Za tydzień publikujemy w Dzienniku Opinii polemikę z tezami Masona autorstwa Jakuba Dymka. 

***

Moja najważniejsza idea zawarta w tej książce dotyczy kapitalizmu. Podczas gdy nazywamy go systemem, lepszym słowem byłby „organizm”. Ma swój początek, środek i koniec. Już w tym zdaniu tkwi oburzenie na główną doktrynę ekonomiczną naszych czasów, która zakłada, że kapitalizm jest najdoskonalszym systemem na wieki wieków. Nie jest. Byłoby logiczniej założyć, że jak każdy żywy organizm miał swój początek, ma swój środek i w pewnym momencie będzie miał swój koniec. To skomplikowany i – żeby użyć modnego słówka – adaptacyjny system. Jego kluczową cechą przez dwieście lat istnienia była umiejętność dopasowania się, adaptacji. Adaptacje te – a poświęciłem im w książce sporo miejsca – zawsze robią wrażenie. Często tak wielkie, że wielu, widząc je, myśli, że to, co powstało, nie może być już kapitalizmem, bo nie przypomina tego, co było wcześniej.

Jedną z najbardziej charakterystycznych i powtarzających się form dostosowania kapitalizmu jest zdolność adaptacji przez zawłaszczenie tego, co dotychczas było poza nim – czy chodzi o zamorskie kolonie, czy ludzkie umysły. Kapitalizm zawsze umie wprowadzić komercyjne wartości i działania tam, gdzie wcześniej nie było dla nich miejsca. Nie jest to jedyny, ale jeden z ważniejszych sposobów, w jaki odbywają się adaptacje. Teza mojej książki jest taka, że kapitalizm doszedł do kresu swojej zdolności dopasowywania się. Nie twierdzę, że kapitalizm w ogóle się nie dopasowuje się czy nie dopasowywał się w przeszłości, albo że nie jest skomplikowany czy też nie miał cyklicznej historii, ale uważam, że dziś po prostu doszedł do granic wytrzymałości.

Dziś jesteśmy w trakcie co najwyżej przyhamowanej transformacji ku trzeciemu rodzajowi kapitalizmu. Pierwszym był ten kupiecki, niewolniczy kapitalizm, który zaczyna się w czasach Wolf Hall, drugi to przemysłowy kapitalizm, którego początki widzimy w serialu Poldark, natomiast trzeci to kapitalizm informacyjny, którego wszyscy się spodziewaliśmy. Twierdzę, że nawet jeśli dochodzimy do tej trzeciej postaci, transformacja ta utknęła w miejscu z powodów, które zaraz wyjaśnię. Za bardziej prawdopodobne uważam jednak to, że w ogóle nie jesteśmy w trakcie transformacji ku trzeciemu rodzajowi kapitalizmu – tylko ku postkapitalizmowi. Chciałbym wytłumaczyć, co to znaczy.

Zacznę od jądra problemu: twierdzę, że neoliberalizm, wolnorynkowy system, który rządzi i steruje światową gospodarką, zepsuł się. Zepsuł się nie tylko z kilku oczywistych względów, a nie ma bardziej oczywistych dowodów niż to, przez co widziałem będąc korespondentem w Grecji. Widzieliśmy, jak globalny system poprzez strefę euro oznajmia państwu: jeśli chcecie wybrać sobie rząd, który obiecuje zerwać z neoliberalizmem,  to albo zmienicie ustrój, albo was zniszczymy. A zaczynasz rozumieć, co znaczy „zniszczyć”, kiedy siedzisz w kawiarni ze zwykłymi ludźmi, którzy nagle wybuchają płaczem w sposób, jaki widziałem dotychczas tylko w miejscach takich jak strefa Gazy po nocnym bombardowaniu. Ta zdolność systemu do sięgania po ludzkie życie i wygaszania go, do wygaszania pewności, do wygaszania bankowości, do wygaszania możliwości płacenia czynszu – co właśnie dzieje się w Grecji –  to tylko najnowsze z dowodów, że kapitalizm nie umie już się dostosować. Jego zdolność przetrwania coraz bardziej zależy od nagich sił ekonomicznych.

Wielu ludzi na tej sali może to wiedzieć, ale mówię również do młodszej widowni, której trzeba to przypomnieć – fundamentami neoliberalizmu nie był rynek, idee, globalizacja czy technologia, jego fundamentem było zniszczenie wspólnoty, zniszczenie solidarności i zastraszanie biednych, ciężko pracujących ludzi. Właśnie to zaczęli robić Thatcher i Reagan, zanim wzięli się za następne rzeczy. To jest ten kamień węgielny neoliberalnego kapitalizmu.

Skutki odczują pokolenia. W wielu istotnych gospodarkach świata płace i przychody gospodarstw domowych pozostały tak daleko w tyle za innymi wskaźnikami, że udział pracy w globalnym rynku spadł. To samo twierdzi Piketty i nie sądzę, by wiele dowodów temu przeczyło. A jeśli do tego dodamy finansjalizację, utworzenie dwóch strumieni przychodu – jednego, który płynie przez naszą pracę i zapewniane przez nas usługi, i drugiego, który bierze się z długu. To jest posunięte tak daleko [uzależnienie gospodarki od długu], że dla wielu biednych ludzi pierwszy kontakt z kapitalizmem następuje w sklepie, gdzie sprzedaje im się lodówkę z tysiącprocentowym zyskiem. Postępując tak, stwarza się wielki problem. Bez wzrostu płac, z finansjalizacją wymagającą coraz większego zwrotu, wraz z utworzeniem rynku aktywów i złożonych rynków finansowych o globalnym zasięgu, prowadzi się wprost do cyklu hossy i bessy. Globalny cykl hossy i bessy – w ciągu ostatnich dwudziestu lat, w erze neoliberalizmu, mieliśmy takie trzy – nie jest stanem ustalonym. Globalna hossa i bessa to nie „hossa, bessa, i co z tego?”. Hossa poprzedza bessę, za którą musi zapłacić państwo. Za każdym razem, kiedy tak się dzieje, państwo musi płacić coraz więcej. Jeśli nie daruje się części długu, państwo płaci dalej – kosztem swojej zdolności do zapewnienia usług obywatelom, gwałtownie zubożałym w konsekwencji stagnacji zarobków na niskim poziomie i powtarzających się cykli hossy i bessy.

Uważam, że neoliberalizm upada przede wszystkim dlatego, że stał się maszyną do wytwarzania hossy i bessy, maszyną do niszczenia państwa dobrobytu i nadal będzie tak funkcjonować.

Ale jest jeszcze jedna sprawa – w książce niemal obsesyjnie piszę o teorii długich cykli koniunkturalnych. Ci, którzy znają prace Josepha Schumpetera, będą wiedzieć, o co mi chodzi, gdy mówię o pięćdziesięcioletnich cyklach koniunkturalnych kapitalizmu. Pierwszym twórcą tego pojęcia był Nikołaj Kondratiew, lewicowy, ale nie marksistowski ekonomista radziecki. Skupmy się na chwilę na ich odkryciu – postaram się je streścić do pół minuty. W pięćdziesięcioletnim cyklu mamy dwadzieścia pięć lat wzrostu, kiedy technologia współgra z modelami biznesowymi, jest wspaniale, ale nagle wszystko to wyparowuje. Rozpęd kapitalizmu odbija się od ściany. Uznaje się, że od 1790 roku miały miejsce cztery takie cykle. Elita wyrosła wokół konkretnego modelu chce się ratować obniżając płace. Zazwyczaj, kiedy pracownicy są zorganizowani – tak działo się tak w latach czterdziestych i siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku oraz dwudziestych dwudziestego wieku – protestują i przymuszają przedsiębiorców do sporządzenia czegoś, co nazywamy wysokowartościową syntezą. Następna fala zaczyna się więc od tego, że pewni przedsiębiorcy reagują w taki sposób: nie uda się nam rozwiązać problemu według starego modelu, potrzebujemy nowych technologii, nowego modelu biznesowego i nowego paradygmatu, wtedy odbijemy się od dna, żeby wszystkim było lepiej. Rozejrzyjcie się po jakimkolwiek zachodnim mieście z czasów Belle Epoque, ery postępu czy okresu edwardiańskiego, to świetne przykłady skoku, który zaczął się wraz z wysokowartościową syntezą. Twierdzę, że neoliberalizm, likwidując wspólnotę klasy pracującej, zlikwidował nacisk na przedsiębiorców, który zmusiłby ich do poszukiwania innowacji. A bez nowego modelu innowacji technologicznej nie powstanie nowy model innowacji gospodarczej i społecznej. Powstanie to, co widać w centrum Coventry o dziewiątej wieczorem – pozamykane lokale, ulice pełne żebraków, sklepy z najtańszym towarem, stoiska charytatywne i chwilówki na czarną godzinę. To właśnie zasługa neoliberalizmu. Ja twierdzę, że jest lepsze wyjście.

Dawna droga wyjścia z kapitalizmu była dobrze znana socjalistom, związkowcom, socjaldemokratom – wymusić na rynku przez aktywność państwa rynek marszu, wspieranie ludzi świadczeniami w ramach państwa dobrobytu albo gospodarki planowanej. Uważam, że otwarła się nowa droga wyjścia z kapitalizmu, a jej istota leży w trzech kwestiach, które przyniosła nam technologia informacyjna. Nie wmawiam nikomu technologicznego determinizmu – nie twierdzę, że to musi się stać; że społeczeństwo zatańczy, jak zagra mu krzemowy czip – ale uważam, że technologie informacyjne dokonały oddzielenia pracy od płacy. Każdy, kto pracuje w branży IT, o tym wie. Kiedy siedzisz w samolocie z laptopem na kolanach i przełączasz się między filmem i arkuszem kalkulacyjnym – przecież nikt nie wie, co robisz, nie jesteś online. Wielu z nas żyje w świecie, gdzie oddzielono pracę od płacy. Wielu specjalistom płaci się tak naprawdę za bycie związanym z firmą, a nie za pojawienie się w pracy. Są w pracy 24 godziny na dobę, choćby budząc się i włączając iPhone’a. Związek między pracą a płacą rozwiązano. To coś, co może stać się tylko w czasach maszyn informacyjnych, kiedy tak wiele wykonywanej pracy ma charakter umysłowy i społeczny. Praca z informacją jest społeczna i bardzo trudno uchwycić ją w karcie przepracowanych godzin.

Druga sprawa – twierdzę, tak jak znany mainstreamowy ekonomista Paul Romer już w latach dziewięćdziesiątych, że dobra informacyjne rządzą się innymi prawami. Odkąd można po prostu coś skopiować i wkleić, choć oczywiście ma to jakiś koszt produkcji, koszt krańcowy reprodukcji jest bliski zeru. Szokujące konsekwencje tego zjawiska nie zostały w pełni zrozumiane przez ekonomistów głównego nurtu, którzy pisali o nim jaki pierwsi, ponieważ zakładali, że kapitalizm będzie trwał. A my znamy odpowiedź – dlaczego „Love Me Do” Beatlesów kosztuje na iTunesie 99 pensów, podczas gdy cena winylu wzrosła od 23 pensów w momencie premiery do przypuszczalnie tysięcy funtów, jeśli komuś uda się dziś znaleźć oryginalny i nieuszkodzony egzemplarz? Skąd te 99 pensów? Ponieważ piosenka za 99 pensów na iTunesie nie ma nic wspólnego z rynkiem. Nie ma absolutnie nic wspólnego z  podażą i popytem, z kosztem krańcowym i tym podobnymi. Jedynie z tym, że należy do Apple, do którego należą również środki przesyłu danych.

Kenneth Arrow, guru mainstreamowej ekonomii lat sześćdziesiątych, powiedział niegdyś bardzo ciekawą rzecz. Kiedy po raz pierwszy zaczęto rozumieć, czym jest własność intelektualna, tłumaczono to w następujący sposób. Celem wynalezienia społeczeństwa informacyjnego jest wytwarzanie własności intelektualnej. Dopóki się to udaje w ramach wolnego rynku, owocem tej własności jest, jak mówi Arrow, niewykorzystanie informacji w pełni. Jeśli algebraicznie odwrócimy znaki, możemy zaproponować rewolucyjną tezę: w społeczeństwie, które w pełni korzysta z informacji, nie ma miejsca na własność intelektualną ani wolny rynek w wymiarze, w jakim mamy je teraz. Tak brzmi mój argument. Rewolucja zerowego kosztu rozpoczęta przez informację już namacalnie skapuje do świata fizycznego, bo informacja jest fizyczna. Software jest mechanizmem, informacje są przechowywane w maszynie o masie i energii. Dyskutowałbym ze słynnym hasłem Norberta Wienera, jednego z twórców cybernetyki, który powiedział, że informacja jest nowym elementem rzeczywistości. Jest nowym elementem rzeczywistości gospodarczej, ale jest też fizyczna, więc – jako fizyczny mechanizm – musi mieć wpływ na inne rzeczywiste, fizyczne mechanizmy. Wszyscy wiemy, o czym mowa. Wykres cen pasm internetowych, krzemowych czipów, sekwencjonowania DNA, niemal każdego fizycznego dobra związanego z informacją, wygląda jak kolejka górska, na której nikt nie chce się znaleźć tuż po kolacji. Gwałtowny zjazd. Ceny wielu namacalnych rzeczy runęły, a mechanizm cen funkcjonuje tylko dzięki istnieniu monopoli, których kurs giełdowy opiera się na przejmowaniu informacji od dziś aż do końca świata. A to im się nie uda. Blackberry, Research In Motion, AltaVista, Microsoft, Nokia – to nagrobki na cmentarzu korporacji, którym wydaje się, że mogą na zawsze zatrzymać każdą informację, która ma powstać w przyszłości. To nigdy się nie wydarzy.

A co wydarzy się zamiast tego?  Trzecia sprawa. Informacja w gospodarce informacyjnej jest społeczna, więc jeśli mechanizm, który nazywamy software’em, aktualizuje się w jednym miejscu, zaktualizuje się wszędzie. Postęp natychmiast staje się społeczny, w wyniku czego nowe formy działalności gospodarczej funkcjonują obok starych. Szukam więc zarodków postkapitalizmu w prawdziwej ekonomii współdzielenia. Nie w Uberze czy Airbnb, lecz w ponad siedemdziesięciu projektach, z którymi zetknąłem się w Grecji, próbując stworzyć ich mapę. Banki czasu, równolegle używane waluty, okablowanie górskich wiosek – te rzeczy, które ekonomiści mają za nieistotne czy niemal nie-ekonomiczne, są dla mnie zarodkami nowego systemu. Musimy to zrozumieć  i wcielić w życie, a jeśli chcemy utworzyć nowy system, musimy być równie bezwzględni w nadawaniu nowych reguł, jak brytyjski kapitalizm, kiedy dał zielone światło fabrykantom, bankom, jednej walucie, pracy dzieci. Nie chcemy robić niczego szkodliwego, ale musimy działać w taki sposób jak oni. Socjolog Max Weber powiedział kiedyś, że kapitalizm nie narodził się w fabrykach, tylko w umysłach kilku ludzi, którzy myśleli inaczej o pieniądzach i o tym, co z nimi zrobić. Nazwał to nowym duchem kapitalizmu. Myślę, że trzeba rozpoznać podobnego ducha wokół nas i że rozpoznali już go czytelnicy „Guardiana”, którzy – co dla mnie niesamowite – udostępnili fragment mojej książki opublikowany na stronie Guardian.com 300 000 razy. Nie sugeruję, że należy mi się Legia Honorowa. Znaczy to tyle, że to, co napisałem, uderzyło w czułą strunę. Pojawił się nowy duch, nazwijmy go duchem postkapitalizmu. Używam właśnie tego słowa, bo jest negatywnym wypełniaczem.

Na sam koniec – w serialu „Wolf Hall” jest genialna scena, kiedy Mark Rylance, grający Thomasa Cromwella,  mówi do jakiegoś uszlachconego rycerza coś takiego – „Myślisz, że świat kręci się wokół zamków, szranków, rycerzy, zbrój, monarchii, prestiżu, feudalizmu… Tak naprawdę, przyjacielu, kręci się wokół banków a ja mogę jutro zakończyć twój rycerski świat jednym listem do moich przyjaciół w Amsterdamie.”

My nie chcemy być tak brutalni jak Thomas Cromwell, ale powiedzielibyśmy Goldmanowi Sachsowi, Google’owi czy Europejskiemu Bankowi Centralnemu, ludziom, którzy w lipcu znęcali się nad Grecją: myślicie, że świat kręci się wokół banków, wokół handlu, że świat jest dobry dzięki nierównościom. Że świat, w którym kurs giełdowy Google’a i Apple’a opiera się na niedostatku informacji, jest najlepszym z możliwych światów. Patrząc na nasze banki czasu, carpooling, spółdzielcze przedszkola i banki żywności, możemy wam powiedzieć, że nie zamierzamy wykańczać waszego świata, bo i bez naszej pomocy wykańcza się dość skutecznie. Ale zamierzamy go czymś zastąpić. Jak dla mnie, przywrócono wykonalność projektu zastąpienia kapitalizmu „czymś lepszym”, co było nie do pomyślenia w starej, dwudziestowiecznej, hierarchicznej metodzie. Tyle.
***
Przełożył Krzysztof Juruś, fotografie wykorzystane w tekście: Jakub Dymek, Ateny 2015. 
 
***

Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się książka Paula Masona Skąd ten bunt? Nowe światowe rewolucje ze wstępem Edwina Bendyka, w przekładzie Michała Sutowskiego.

Entuzjazm i ciekawość Paula Masona są po prostu zaraźliwe.
„Observer”

Mason stał się prawdopodobnie najbardziej zaangażowanym mainstreamowym dziennikarzem naszych czasów.
„New Statesman”

Wyjaśniając, jak powstały i rozwinęły się nowe kultury protestu, Mason jest o wiele bardziej przenikliwy i precyzyjny niż większość dziennikarzy.
„Guardian”

 
**Dziennik Opinii nr 16/2016 (1166)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.