Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Dlaczego wstyd zamienia się w Polsce w nienawiść?

Autor i autorka raportu „Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce” wyjaśniają, jak wstyd i duma napędzają polską polaryzację.

Przemysław Sadura, Julia Szostek i Kaja Puto podczas rozmowy Rozmowa
Kontekst

📊 Instytut Krytyki Politycznej zakończył badania Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce.

🍎 Inspirowane socjologią Arlie Russel Hochschild badania przeprowadzone zostały na Wareckim Szlaku Jabłkowym – regionie traktowanym jako społeczny „środek Polski”.

⚔️ Badacze i badaczki analizowali, czego wstydzą się i z czego są dumni Polacy i jak to się ma do niszczącej nas polaryzacji.

📄 Pełen tekst raportu z badań znajdziesz tutaj.

18
Serce
Celnie!
Walka
WTF

13

Kaja Puto: Czego wstydzą się Polacy?

Przemysław Sadura: Przede wszystkim siebie nawzajem. Jesteśmy mistrzami świata w biciu się w cudze piersi. Liberalna inteligencja z syndromem oblężonej twierdzy wstydzi się wyborców PiS-u, klasy ludowej, mieszkańców wsi. Mieliśmy tego próbkę po wywiadzie prezydentowej Marty Nawrockiej w TVN24, po którym liberałowie komentowali, że „dziewczyna z blokowiska” nie nadaje się do Pałacu Prezydenckiego. Z kolei wyborcy prawicy wstydzą się polityków – oczywiście nie swoich, bo ze swoich są dumni. Są dumni z Karola Nawrockiego, który potrafi dołożyć, a i dziennikarza do pionu postawi, jak trzeba. Wstydzą się za to tych, których uważają za zdrajców Polski.

Skąd pomysł, by zbadać, czego się wstydzimy, a z czego jesteśmy dumni?

Julia Szostek: Zainspirowała nas książka Arlie Russell Hochschild zatytułowana Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy, którą wydaliśmy w wydawnictwie Krytyki Politycznej w ubiegłym roku. Socjolożka ta ruszyła w amerykańskie Appalachy, by zbadać dumę i wstyd wśród wyborców prawicy. Zastanawiała się, dlaczego mieszkańcy regionu, który na dużą skalę korzysta z bezpłatnych programów opieki zdrowotnej, głosują na polityków, którzy chcą im te programy zabrać. Wyszło na to, że stoi za tym protestancki wstyd za deficyt środków ekonomicznych.

A zatem i my postanowiliśmy zadać sobie pytanie, w jaki sposób konstruuje się w Polsce dumę i wstyd. W przeciwieństwie do Hochschild nie ograniczyliśmy się jednak do wyborców prawicy. Z nimi również rozmawialiśmy; wśród naszych respondentów dominował jednak elektorat głosujący na koalicję.

Nie wybraliście się też do miejsca zdegradowanego upadkiem przemysłu – Appalachy, które odwiedziła Hochschild, to część słynnego Pasa Rdzy. Warecki Szlak Jabłkowy, czyli słynące z sadów jabłkowych tereny na południe od Warszawy, nie przeżył wielkiego wstrząsu. W czasach PRL „badylarzom” wiodło się tam całkiem nieźle, a i dziś z owoców da się żyć.

P.S.: Inspirowaliśmy się Hochschild, ale chcieliśmy te badania zrobić lepiej. Bardzo szanuję tę badaczkę, starszą panią profesor, która potrafi swoją kalifornijskość zawiesić na kołku i rozmawiać z wyborcami Trumpa. Ale gdy wybiera się w miejsca, w których żyją stereotypowi prawicowcy, wyciąga z tego obrazy wynikające z tych stereotypów. My wybraliśmy Warecki Szlak Jabłkowy, bo to taka średnia Polska, Polska w pigułce – trochę Polska wschodnia i mazowiecki interior, ale jednak blisko Warszawy.

J.S.: Tereny badane przez nas odzwierciedlają średnie poparcie dla partii politycznych w Polsce. Nie jest to wyjątkowo liberalna Warszawa ani wyjątkowo konserwatywne Podkarpacie, lecz coś pomiędzy. Badane przez nas miasta są bardziej liberalne, a wsie – konserwatywne, choć ten stereotypowy podział zaburzony jest przez wzmożone po pandemii przepływy ludności z miast do wsi i na odwrót.

Z Waszych badań wynika, że Polacy jako zbiorowość przeszli terapię. Nie dadzą się już zawstydzać politykom, że są niewystarczająco nowocześni i europejscy.

P.S.: Ta strategia liberalnych elit stosowana była przez pierwsze dwie dekady transformacji. Piętnowano zachowania, z którymi wstyd pokazać się na europejskich salonach, a odchylenia od neoliberalnej normy – jak na przykład obronę państwa opiekuńczego czy strajki – określano mianem „oszołomstwa”. Jednak PiS doszedł w 2015 roku do władzy, zapowiadając koniec z „pedagogiką wstydu”. To wyszło i daje efekty.

Czytaj także Skończmy już z monarchizowaniem pierwszej damy Galopujący Major

Polacy przestali się wstydzić tej swojej niższości, polskości, wiejskości. Nie dadzą się zapędzić do narożnika inteligenckimi ocenami. Nie będą wstydzić się tego, że Karol Nawrocki był kibolem ani że pochodzi z blokowiska. Wręcz przeciwnie – fakt, że człowiek z takim backgroundem został prezydentem, napawa ich dumą.

Teraz terapii potrzebuje raczej ta liberalna bańka. Z waszych badań wynika, że choć nienawidzimy się wszyscy nawzajem, najsilniej nienawidzą liberałowie – a jak wiadomo, jeśli się tak bardzo nienawidzi, to bardziej świadczy to o tym, kto nienawidzi, a nie tym, kto jest nienawidzony. Jeden z waszych respondentów o poglądach prokoalicyjnych twierdzi, że „pisiora rozpozna na odległość”, bo oni tak charakterystycznie charczą, garbią się i mają zaczerwienione oczy.

P.S.: Im by się przydała terapia, ale i trening zastępowania agresji [śmiech]. Nasi rozmówcy idą przykładem celebrytów, którzy mieszają polityków i wyborców PiS z błotem. Wróćmy do przykładu pary prezydenckiej, która doprowadza liberalny salon do obłędu. Manuela Gretkowska nazywa prezydenta „naćpanym ruchaczem” i diagnozuje, że prezydentowa ma „słomę w głowie”. Z kolei feministka na łamach Wyborczej odmawia Nawrockiej prawa głosu. Tego rodzaju agresja nie oczernia pary prezydenckiej w oczach wyborców Nawrockiego – za to ociepla ich wizerunek jako ofiar liberalnych hejterów. Nienawiść do elektoratu PiS nakręca im poparcie, a Nawrocki między innymi dlatego wygrał wybory, że zmieniono je w plebiscyt, czy trzeba urodzić się na salonach, żeby zostać prezydentem Polski.

A nie wstydzimy się już – jak u Hochschild – biedy?

J.S.: Nasi respondenci rzadko odnosili się do jakiegoś biograficznego czy też prywatnego wstydu. Nie usłyszeliśmy od nikogo, że wstydzi się swojej sytuacji materialnej czy ekonomicznej. Wybrzmiewało to natomiast w formie frustracji – to niesprawiedliwe, że ktoś ma lepiej niż ja. I ta frustracja przerzucana jest na tego rzekomo uprzywilejowanego Innego. Kogoś, kto się wpycha w naszą kolejkę.

Metaforę „kolejki” zaczerpnęliście również od Hochschild.

Czytaj także Nie wie lewica, czym żyje prawica Kaja Puto

J.S.: Użyła jej swojej poprzedniej książce, Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy. Była ona zwieńczeniem badań przeprowadzonych w Luizjanie – wówczas autorkę interesowało, dlaczego mieszkańcy terenów zrujnowanych przez samowolę koncernów naftowych głosują na partie, które przyznają tym koncernom jeszcze większą swobodę działania.

I co jej wyszło?

J.S.: Że to wyborcy, którzy nie rozumieją, dlaczego nie mogą spełniać swojego amerykańskiego snu tak jak poprzednie pokolenia. Przeciętny Amerykanin parę dekad temu mógł ciężką pracą wyrwać się z biedy, zapracować na samochód i dom pod miastem, dziś to raczej niemożliwe. I ci wyborcy obwiniają o ten stan rzeczy kobiety, czarnych, osoby LGBTQ+ – grupy, którym państwo według nich w jakiś sposób pomaga. Zdaniem prawicowych wyborców to oni „wpychają się im w kolejkę” po amerykański sen.

A naszej prawicy przeszkadzają Ukraińcy, którzy ich zdaniem wpychają się im w kolejkę do lekarza na NFZ.

P.S.: Tak, i to jest właśnie Hochschild po polsku. W Stanach ludzie, którzy są ofiarami wolnego rynku, bronią go, bo wierzą, że dzięki niemu odniosą sukces. Państwo w ich oczach jest negatywnym bohaterem, który w tym przeszkadza. Z kolei u nas państwo jest bohaterem pozytywnym, ale uprawnienie do korzystania z jego usług jest ekskluzywne. Pojawia się walka o dostęp.

J.S. Nasi konserwatywni rozmówcy mówili, że boją się, że polskich usług publicznych nie starczy dla wszystkich. W raporcie pojawiła się nam również metafora „kołdry”, która jest za krótka, żeby starczyła dla wszystkich obywateli.

Czytaj także Polacy za Ukrainą, ale przeciw Ukraińcom. Raport z badań socjologicznych Sławomir Sierakowski, Przemysław Sadura

P.S.: Oni się po prostu obawiają, że to wszystko się zaraz zawali, a tu nagle jeszcze tyle gęb do wykarmienia. I zaczynają mnożyć te niestworzone antyukraińskie opowieści, które wyłapaliśmy ze Sławomirem Sierakowskim w innych badaniach przeprowadzonych dla Instytutu Krytyki Politycznej zaledwie kilka miesięcy po wybuchu wojny.

Moment, ale od stwierdzenia faktu, że od wybuchu wojny trudno się dostać w lokalnej przychodni do pediatry, do zapiekłej antyukraińskości jeszcze daleka droga. To oczywiście nie wina Ukraińców, a Rosji, która napadła na Ukrainę oraz Polski, która nie potrafi dostarczyć swoim obywatelom przyzwoitej opieki zdrowotnej. Niemniej za tymi „niestworzonymi historiami” często stoją realne napięcia…

P.S.: Tak, tylko że w tej prawicowej narracji winna jest nie Rosja ani Polska, tylko Ukraińcy. Mówi się o nich dokładnie tym samym tonem, który pamiętam z czasów, gdy robiłem badania w północno-wschodniej Anglii w okolicach Brexitu. Wszystkiemu, co złe, byli winni Polacy.

Czyli można powiedzieć, że to nędza polskich usług publicznych napędza polską ksenofobię i prawicowy elektorat?

P.S.: Tak. Prawica świetnie potrafi zagospodarować wszystkie niedomagania państwa polskiego, wskazując winnych – migrantów oraz zewnętrzne ograniczenia w postaci Brukseli i Berlina.

A realny kontakt z migrantami – w przychodni czy szkole – nie osłabia podatności Polaków na wiarę w „niestworzone historie” o nich? Niemal dekadę temu przygotowywałam dla „Krytyki Politycznej” reportaż o uchodźcach w Polsce. Z badań przeprowadzonych wówczas przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika wynikało, że najsilniejsze uprzedzenia względem migrantów żywią ci, którzy nie mają z nimi do czynienia wcale. Ci, którzy mieszkają w ich pobliżu, ale nie mają z nimi kontaktu, bo posyłają dzieci do innych – lepszych – szkół, mają o nich najlepsze zdanie – wyłącznie deklaratywne. Natomiast ci, którzy z uchodźcami mijają się na korytarzu w przychodni, podchodzą do nich neutralnie.

J. S.: W naszych badaniach stosunek do migrantów jest wyraźnie zależny od deklarowanego światopoglądu politycznego. Powiedzieliśmy już o wyborcach konserwatywnych, którzy traktują Ukraińców jako „konkurencję” w kolejce po usługi publiczne. Wyborcy liberalni podchodzą do ich obecności bardziej pozytywnie – pewnie po części również dlatego, że z usług publicznych korzystają rzadziej.

Jednak pozytywnie nie znaczy podmiotowo. W narracji jednego z waszych rozmówców wybrzmiała nuta postkolonialna: Ukraina w jego odbiorze to dawna przestrzeń polskich Kresów. Czyli migrant jest nam niezbędny jak chłop szlachcicowi?

Czytaj także Integracja migrantów po polsku: państwo mówi „pracuj”, a potem zamyka drzwi Olena Babakova

J.S.: Na szczęście nie wszyscy widzą to w ten sposób, ale można powiedzieć, że w oczach liberalnych wyborców migrant to pracownik sezonowy, który jest potrzebny, bo wykonuje szybko, tanio i dobrze pracę, której Polak nie chce wykonać lub żąda za to wyższej stawki. W pełnym uzyskaniu tej podmiotowości nie pomaga nawet wzorcowa integracja. Jedna z naszych respondentek, Ukrainka, doszła od zbierania jabłek w sadach do otworzenia własnej firmy. Ale do dziś spotyka się z podejrzliwością.

Wyborcy liberalni są przy tym skłonni krytykować antyukraińskie czy antymigranckie narracje. Towarzyszy temu niekiedy dość zaskakujące uzasadnienie. Usłyszeliśmy od jednego z rozmówców, że wstydzi się „pisiorów”, że tak się niefajnie wypowiadają o migrantach, a przecież w sadach potrzebni są pracownicy, więc nie powinniśmy ich zniechęcać.

A z czego mieszkańcy Wareckiego Szlaku Jabłkowego są dumni?

J.S.: Oczywiście z jabłkowych sadów. Ci konserwatywni przede wszystkim z tego, że polskie jabłka mają swoją markę, ci liberalni – że sady z pomocą unijnych środków stały się nowoczesne, a sadownicy stali się przedsiębiorcami.

Co również łatwo przełożyć na ogół kraju i to, jak te grupy myślą o Polsce. Zastanawiam się jednak, czy w naszym stosunku do Unii Europejskiej nie widać jakiejś różnicy pokoleniowej? Starsi liberałowie idealizują Unię Europejską, starsi konserwatyści demonizują kojarzony z nią liberalizm np. obyczajowy. Obie grupy odnoszą się przy tym do świata „sprzed Unii”, na który młodsi nie mogą się powołać…

P.S.: Starsi wyborcy są zakładnikami własnej pamięci. Liberałowie myślą, że jeśli nie Unia Europejska, to wróci PRL, konserwatyści chcą tkwić w swoim zaścianku do końca świata i jeden dzień dłużej. Młodsi są pod tym względem mniej labilni – podchodzą do Unii mniej lub bardziej krytycznie, ale rzadziej są w tym tak radykalni jak starzy. Co stanowi w sumie wyjątek, bo młodość sprzyja radykalnym poglądom.

Jest za to coś, co nas wszystkich łączy – przekonanie o własnej słuszności, a także nienawiść i brak zaufania do innych. Puentujecie swój raport słowami: „Nie jest problemem, że mamy kibola w pałacu, a to, że jesteśmy społeczeństwem kiboli.”

P.S.: Polaryzacja to globalny problem, ale w Polsce ma szczególny charakter, bo nasze zaufanie społeczne jest najniższe w Unii Europejskiej. W książce Społeczeństwo populistów pokazaliśmy, że to właśnie niskie zaufanie czyni nas podatnymi na populistyczne – czy to liberalne, czy prawicowe – narracje. Tu się tylko zmieniają ci, którym nie ufamy: platformersi lub pisowcy, Ukraińcy lub Warszawiacy, wieśniacy lub geje. Możesz sobie wybrać, kogo nienawidzisz.

Co ciekawe, z waszych badań wynika też, że Polacy nienawidzą polityków i obwiniają ich za wywoływanie polaryzacji.

J.S. Zarówno rozmówcy konserwatywni, jak i liberalni mówią o tym, że nie chcą już powielać tej polaryzacji, że nie chcą rozmawiać o polityce z rodziną czy sąsiadami. A w kolejnym zdaniu obwiniają za tę sytuację drugą stronę. Rzadko towarzyszy temu autorefleksja. A dopiero zrobienie własnego rachunku sumienia co do tego, jakiego języka używamy i czy jest on przemocowy, może dać nam nadzieję na zmianę.

P.S. Niby to, co usłyszeliśmy od obu zwaśnionych stron, nie było dla nas nowością, ale zaszokował nas poziom dehumanizacji przeciwnika. Każdy badacz społeczny jest na nią wyczulony, bo to klasyczny symptom wejścia w nastroje przedpogromowe. W takiej sytuacji migracyjnej i geopolitycznej, w jakiej obecnie się znajdujemy, podsycanie polaryzacji to bawienie się zapałkami nad beczką prochu. Gdy w Polsce zapanowały nastroje antyukraińskie, ostrzegaliśmy, że jeśli tego nie rozbroimy, skończy się na kimś w rodzaju Brauna.

Czyli wasz raport to wezwanie do polityków władzy i opozycji: opamiętajcie się?

P.S: Do polityków, ale też do mediów, które biorą udział w tworzeniu równoległych rzeczywistości. Ale przede wszystkim do nas samych. Czy ja jestem wolny od tego, co właśnie krytykujemy? Oczywiście, że nie. A ty?

ObserwujObserwujesz

Redaktorka naczelna KrytykaPolityczna.pl. Dziennikarka, redaktorka i komentatorka spraw międzynarodowych. Specjalizuje się w regionie Europy Wschodniej, Kaukazu Południowego i Niemiec. Pasjonuje się tematyką przemian społecznych, urbanistyki i transportu, w tym szczególnie kolejnictwa. Laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego (2020) oraz V edycji Stypendium im. Leopolda Ungera dla młodych dziennikarzy (2016), nominowana do Grand Press (2019), Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego (2019) i Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (2024). Publikuje w mediach polskich, niemieckich i międzynarodowych. Związana z stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Korporacja Ha!art. Absolwentka MISH i filozofii UJ, studiowała także wschodoznawstwo w Berlinie i Tbilisi.

Napisz do mnie
Tagi:
Wydanie: 20260326

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
18 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
19610731wg
2026-03-26 12:36

Całość ciekawa i niegłupia!
Kilka spostrzeżeń bardzo trafnych. My, pisiory, wstydzimy się za tych, których uważamy za zdrajców Polski. Wiecej, wstydzimy się z powodu poziomu umysłowego niektórych posłów, ministerek demokratycznie wybranych przez nas Polaków. Rzeczywiście, uważamy, że fundusz NFZ nie jest z gumy.
Faktem jest, że Profesor Markowski, Artystki Janda i Szczepkowska i reszta Liberalnych Elit nas nienawidzą ale to nas raczej bawi niż martwi.
Lubię słuchać ich wypowiedzi, daje mi to miłe poczucie wyższości moralnej i intelektualnej.

skiperko
2026-03-26 16:00
Odpowiedź do  19610731wg

My, nie-pisiory, też wstydzimy się za tych, których uważamy za zdrajców Polski. Więcej, wstydzimy się z powodu poziomu umysłowego niektórych opozycyjnych posłów, byłych ministrów demokratycznie wybranych przez Polaków. Rzeczywiście, uważamy, że fundusz NFZ nie jest z gumy.
Faktem jest, że Czarnek, Nawrocki, Kaczyński, Mentzen, Bosak, Braun i reszta prawackich elit nas nienawidzą ale to nas raczej bawi niż martwi.
Lubię słuchać ich wypowiedzi, daje mi to miłe poczucie wyższości moralnej i intelektualnej.

Ostatnio edytowane 20 dni temu przez skiperko
19610731wg
2026-03-26 18:38
Odpowiedź do  skiperko

Z artykułu, który komentujemy wynika, że nie ma symetrii.

skiperko
2026-04-02 00:20
Odpowiedź do  19610731wg

Ten artykuł… Cóż, nie czuję skruchy, że kogoś zawstydzałem, bo nigdy nikogo nie zawstydzałem. Czuję za to, że prawica nienawidzi wszystkich, którzy ośmielają się nie być prawicowi. Nie ma symetrii, powiadasz… Czyli lewicowcy muszą się podporządkować prawicy, bo w przeciwnym razie dostaną z główki od prezydenta polski albo jednej z jego licznych emanacji. Ty uważasz lewicę za chorobę umysłu, a ja uważam prawicę za chorobę umysłu. Rozwód byłby najlepszym rozwiązaniem. Bez tego głupiego gadania o wstydzie. Ale czuję, że człowiek prawicy nie pozwoli na rozwód. On chce przemocą podporządkować sobie tych po drugiej stronie. Ale nie myśl sobie, że pójdzie łatwo.

skiperko
2026-03-26 16:04

Od dawna mam już tylko jedno marzenie – podzielić ten kraj na dwa osobne byty polityczne i terytorialne, bo zgody nie będzie już nigdy, a prawdopodobieństwo wybuchu otwartej przemocy jest coraz bardziej prawdopodobne. Kto wie, czy w perspektywie kilku lat nie dojdzie do wojny domowej. Bo każda ze stron chętnie pogodzi się z drugą, ale tylko wtedy gdy ta druga złoży bezwarunkową kapitulację. Tylko przecięcie tego rosnącego z dnia na dzień węzła gordyjskiego mogłoby przywrócić normalność. Niech jedni i drudzy mają swoją Polskę, w której będą czuli się dobrze i nie będą mieli poczucia wstydu. Oraz obawy, że ta druga strona chce im siłą narzucić kierunek, w którym Polska ma zmierzać. I całej reszty „dobrodziejstw” wynikających z wyniszczającej polaryzacji.

Niestety, dobrze wiem, że to marzenie niespełnialne. Polska zostanie jedna, pogrążając się w coraz większym chaosie, urzeczywistniając ideę polskiego piekła.

dg30
2026-03-26 17:24
Odpowiedź do  skiperko

Był kiedyś taki kraj w którym podobnie oczekiwano wojny domowej a nawet rewolucji. Była to Francja w roku 1968. W kwietniu były zamieszki na uniwersytetach. W maju była okupacja uniwersytetów i strajki, w czerwcu stał już cały kraj, nic nie funkcjonowało. W lipcu zaczęły się wakacje. Wybory parlamentarne przeprowadzone w tym miesiącu wygrał zdecydowanie obóz rządowy.
Jak myślicie czego spodziewam się w Polsce?

skiperko
2026-03-26 18:25
Odpowiedź do  dg30

Prawdę mówiąc, nie rozumiem. Ja nie oczekuję wojny domowej, tylko się jej obawiam i rozmyślam jak można jej uniknąć. A czego ty się spodziewasz i jak to się ma do sytuacji we Francji w 1968 – tym bardziej nie mam pojęcia.

dg30
2026-03-27 09:52
Odpowiedź do  skiperko

Follow the Money!

bartekchorazki1
2026-03-26 18:34
Odpowiedź do  skiperko

Wyobrażam sobie, że to marzenie, nawet gdyby miało się ziścić raczej nie spełniłoby oczekiwań. Co, na jednym podziale się skończy? Niby dlaczego? Pewna presja i wspólny interes jednak w jakimś tam stopniu łączy front lewicowo liberalny (jak i różne warianty prawicy). Moment w którym ta presja znika popycha ku dalszemu rozdrobnieniu.

To jest nie moja obserwacja, ale w mojej opinii zapadająca w pamięć: zastanawiał się pani/pan dlaczego prawie zawsze (poza jakimiś naprawdę przewrotami) tak jakoś jest, w polityce polskiej jak i międzynarodowej, że główne frakcje mają tak zbliżone wyniki? Niby skąd się to bierze? Tak się złożyło że ludzkość jest podzielona między korespondujące rozmiarem obozy polityczne? Nie wiem, ale do mnie przemawia model postulujące że wszystkie partyjne frakcje nieustannie balansują między maksymalizacją własnych interesów a działaniem na rzecz sukcesu parti. Tuż powyżej progu ~51% poparcia presja na kontrybucje partyjne spada (a co za tym idzie kohezja ideowa, kompromis medialny, wspólny przekaz itd), i każdy zaczyna się szarpać żeby ugrać jak najwięcej dla siebie.

No ale rozgadałem się. Generalnie tyle chciałem powiedzieć, że ta fantazja jest niespełnialna konceptualnie a nie tylko pragmatycznie.

skiperko
2026-03-27 19:26
Odpowiedź do  bartekchorazki1

Nie jestem tak biegły w teoretycznej alchemii społeczno-politycznej, ale wyczuwam, że w pana argumentach jest wiele racji. Wyartykułowałem publicznie moją fantazję nie po to, by dowodzić jej wątpliwej wartości konceptualnej, lecz dlatego, że narasta we mnie strach przed czymś w rodzaju wariantu izraelskiego, gdzie coraz bardziej radykalne, choć zarazem nienawidzące się wzajemnie odłamy prawicy zawiązują sojusz, który służy tylko jednemu – zdeponowaniu władzy po „właściwej” stronie i trzymaniu jej tak mocno, żeby opozycji nie udało się tej władzy odbić, przynajmniej w zauważalnej perspektywie. U nas może być podobnie – niby sojusz z Braunem jest przez Kaczora i Konfę wykluczany, ale jak przyjdzie do tworzenia rządu po wyborach – animozje na prawicy zostaną zawieszone na kołku, byle tylko zachować moc niszczenia „lewactwa” i wszelkiej alternatywy pozaprawicowej. Taki rząd jedności narodowej prawdziwych polaków. Wiem, że temperatura sporu jest u nas mniejsza, a kontekst społeczny zupełnie inny niż w Izraelu, ale myślę że jeśli komuś uda się poparzyć przeciwników politycznych letnią wodą, to właśnie polskiej prawicy.

dg30
2026-03-27 17:36
Odpowiedź do  Kaja Puto

Proponuję przemyśleć raz jeszcze hasło „wzmocnienie samorządności”. Co by to miało znaczyć? Dla miast małych i gmin wiejskich jest to droga do katastrofy. Ich ludność kurczy się zarówno na skutek naturalnego ruchu ludności, jak i migracji. Jednostki zarządu lokalnego w wyludniających się regionach nie mogą liczyć na wysokie dochody, przy obecnym systemie finasowania struktur administracyjnych. Z kolei w obrębie obszarów metropolitarnych mamy różnice pomiędzy dużymi miastami a okolicznymi gminami. Trudno oczekiwać korzyści z „wzmocnienia samorządności” bez zmiany struktur świadczących usługi publiczne. Proponuję rozważyć starą lewicową koncepcję: podniesienie podatków, zwłaszcza dla najbogatszych. Z tych podatków finansujemy najpotrzebniejsze wydatki, np. podniesienie budżetu NFZ do 8 % PKB. Pomysł stary, ale daje się rozumieć jego znaczenie.

Ostatnio edytowane 19 dni temu przez dg30
skiperko
2026-03-27 19:33
Odpowiedź do  Kaja Puto

Pięć lat temu przeniosłem się z dużego ośrodka do małego i widzę jak działa ta polska samorządność. To nic innego jak tworzenie sieci klientelistycznej i prywatyzacja władzy i wszystkich fruktów z nią związanych. Słysząc o „mocnych samorządach” widzę wciąż reprodukujące swą władzę komitety poparcia lokalnych bonzów. Chyba za słabo odrobiliśmy lekcję samorządności, żeby ją teraz dodatkowo wzmacniać. Silny samorząd współpracujący z silną centralą – to też rodzaj niespełnialnej fantazji.
Ale pewnie diabeł tkwi w szczegółach.

pete_dablju
2026-03-26 17:46

Ta nienawiść strony „liberalnej” wynika po części z frustracji, bo cały turbo liberalizm lat 90′ wtłaczał im do głowy klasizm, darwinizm społeczny. I teraz PiS proponuje motłochowi* wstawanie z kolan bezwarunkowo… Najgorsze jest to że PiS i PO (KO) to partie emeryckie, mainstreamu. I z moich obserwacji wynika że stare osoby są bardzo nietolerancyjne, bardzo egoistyczne i mało empatyczne. Zarówno wyborcy PiS jak i KO. Słucham radiowej Trójki i TokFm. Bardzo często telefonują tam osoby starsze (ok 90% rozmówców) w audycjach. I te osoby starsze są bardzo przeciwne wspieraniu młodych ludzi w dostępie do mieszkania, w pomocy uchodzcą, czy prawach osób LGBT. Zawsze motywują to tym że im nikt nie pomógł jak oni byli młodzi. Że wszystko sami wypracowali itp. Dodatkowo że młodzi są leniwi i roszczeniowi. Bardzo smutny obraz się wyłania. Polska kraj starych ludzi, zawistnych i mało empatycznych.

*motłoch – ulubione słowo klucz liberałów określające osoby gorzej sytuowane, zarówno z własnych złych nawyków i wyborów, jak i osoby które nie zawiniły swojej złej sytuacji…

gimailtoszajs
2026-03-26 18:20
Odpowiedź do  pete_dablju

Dopowiem: ci ludzie wychowali albo lewaków (zdecydowana mniejszość)* albo prawaków. To w dużej mierze ludzie młodzi i w średnim wieku stanowią o bazie Konfederastii Mencena. Zostali wychowani przez ludzi całkowicie porzuconych przez III RP i przez to nauczeni przez swoich rodziców: licz na siebie, masz tylko tyle ile sam wyszarpniesz bo nam nikt nie pomógł. Co więcej w oficjalnym przekazie, całe swoje życie słyszeli, ze podatki to kradzież i marnotrawstwo, ubezpieczenia społeczne to bezsens etc.
Dlatego tak Nałroki do nich przemawia: mocna łapa, łapał okazje i odniósł sukces.
PiS pomijam bo biologicznie jest to partia schyłkowa, choć o tyle ciekawa, że jest to też partia ,,rozkoszy zemsty” na ,,mądralach” III RP

19610731wg
2026-03-26 18:41
Odpowiedź do  gimailtoszajs

całe swoje życie słyszeli, ze podatki to kradzież i marnotrawstwo, ubezpieczenia społeczne to bezsens etc. Dlatego tak Nałroki do nich przemawia: „

Proszę nie obraź się ale Twoja diagnoza jest idiotyczna.

gimailtoszajs
2026-03-27 15:01
Odpowiedź do  19610731wg

Nie sądzę. Od początku III RP w oficjalnym przekazie dominowało, że ,,podatki powinny być niskie”, ,,państwo tanie i minimum”, ,,prywatne lepsze niż publiczne”.
Wielokrotnie różni ,,eksperci” wyznaczali datę bankructwa ZUSu więc o emeryturę zatroszcz się sam.
Nałroki właśnie wyborców z takiego backgroundu złowił w II turze.

krzysztof.ratman
2026-03-27 06:16

Określiłbym to zacofaniem mentalnym społeczeństwa; z wielu złożonych powodów historycznych, społecznych , ekomicznym, brak nam samoświadomości osobistej, wspólnotowej, zrozumienia jak funkcjonuje państwo, duża wspólnota, my sami…Bardzo smutna jest ślepota nie pozawalająca zauważyć, że na jednym wózku jedziemy, w każdym ludzkim wymiarze, a drugi człowiek nie jest „innym”.