Kraj

Wychowanie seksualne z Janem Pawłem II

Autor książki „Miłość i odpowiedzialność” zastrzega się i tłumaczy, że choć sam nie miał okazji do uprawiania „sexusu”, że choć brak mu osobistego doświadczenia intymności z drugą osobą, to jednak jako duszpasterz pozostaje specjalistą od ludzkich relacji.

Zapewne słyszeliście, że minister edukacji Przemysław Czarnek na łamach „Gościa Niedzielnego” zaproponował, „aby w najstarszych rocznikach szkół ponadpodstawowych wprowadzić elementy nauczania Jana Pawła II na temat ludzkiej seksualności, które zawarł ten np. w książce Miłość i odpowiedzialność. Zadziwiający pomysł odbił się w mediach głośnym echem, zapewne również dlatego, że niewiele wcześniej przetoczyła się przez nie debata o tym, co Karol Wojtyła wiedział o pedofilii w zarządzanej przez siebie instytucji. Wnioski z tej debaty są jednoznaczne. Papież wiedział, miał na biurku raporty, zapewne nawet je czytał, ale w doniesienia nie wierzył albo je ignorował.

Nie wiem, czy minister Czarnek przeczytał książkę, której elementy proponuje włączyć do lektury uczniów szkół ponadpodstawowych. Prawdę mówiąc, szczerze wątpię. Zapewne zna ją wyłącznie z opracowań. Nic zresztą dziwnego. Całość przekazu tego dzieła można by streścić na kilku stronach. A wiem, bo przeczytałem tę dwustustronicową rozprawkę, abyście wy ani żadni uczniowie nie musieli tego robić.

Młody Karol Wojtyła. Fragment ekspozycji Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach. Fot. Jakub Szafrański

Miłość i utylitaryzm

Jest to dzieło wyjątkowo nudne, pełne powtórzeń i tautologicznych rozważań. Niewiele mówi ono o ludzkiej seksualności, za to świetnie ukazuje mierność intelektualną i filozoficzną ówczesnego krakowskiego biskupa i profesora KUL-u.

Miłość i odpowiedzialność ukazała się w 1960 roku, gdy na świecie rodziły się idee tak frapujące jak postmodernizm, czy poststrukturalizm, ale Karol Wojtyła musiał chyba o tym nie wiedzieć, bo nie poświęca im ani zdania, zamiast tego cały rozdział przeznacza na krytykę utylitaryzmu, którego na dodatek nawet nie rozumie. Pozwolę sobie przypomnieć, że utylitaryzm jest to kierunek etyki zapoczątkowany w XVIII wieku, według którego to, co jest pożyteczne, jest dobre, a miarą słuszności postępowania jest użyteczność skutków tego postępowania. Najbardziej znanymi przedstawicielami tego kierunku byli John Stuart Mill i Henry Sidgwick, czyli filozofowie żyjący i popularni w XIX wieku.

Karol Wojtyła tymczasem przejechał się po idei, którą nazywa utylitaryzmem, jednak definiuje ją jako nastawienie na użycie drugiego człowieka. Idea ta jest według niego „znamienną właściwością mentalności oraz postawy życiowej współczesnego człowieka”.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że papież wolałby raczej polemizować z konsumpcjonizmem albo z kapitalizmem, ale trochę się boi, więc za worek do bicia obrał sobie przebrzmiałą i niegroźną ideę, która już od dawna nie jest obiektem dyskusji. Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że istnieje w świecie postawa konsumpcyjna i ludzie, którzy traktują innych jak przedmioty, a nie jak osoby. Ale nazywanie ich „utylitarystami” jest co najmniej mylące, a dla utylitarystów wręcz obraźliwe.

Karol Wojtyła ustawia się jako wyznawca filozofii personalistycznej i akcentuje wyjątkowość każdego człowieka, co zasadniczo nie budzi mojej niechęci. Choć nie wiem, czy musi powtarzać to na każdej stronie, ale najwyraźniej ma swoich uczniów i czytelników za głupków, którzy inaczej nie zrozumieją. Albo miał za dużo wolnego czasu i dostawał wynagrodzenie od wiersza. Trudno mi inaczej uzasadnić rozwlekłość i tautologiczność jego rozprawki na wyrost nazywanej „studium moralnym”.

Niewątpliwie w swoim podejściu dostrzega pewną lukę. W rozdziale poświęconym analizie słowa „używać” wskazuje, że świat zasadniczo można podzielić na rzeczy i osoby. Szybko jednak ujawnia wątpliwości: „Zawahamy się, gdy przyjdzie nam nazwać rzeczą zwierzę czy nawet roślinę. Niemniej jednak nikt nie mówi z przekonaniem o osobie zwierzęcej”. Nikt? Ok, Wojtyła mógł nie znać rodzących się w podobnym czasie filozofii ekologicznych, ale jako wykładowca etyki powinien był przynajmniej słyszeć o panteizmie czy różnych wierzeniach szamańskich, które widziały w roślinach i zwierzętach byty rozumne, a nawet boskie. Najwyraźniej jednak ignoruje te nurty, żeby dalej prowadzić swoje nudne, przyczynkarskie rozważania. Szczerze współczuję uczniom szkół ponadpodstawowych, którzy pod panowaniem Czarnka mieliby te analizy czytać i wkuwać na pamięć…

Sypialnia rodziców Karola Wojtyły w Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach. Fot. Jakub Szafrański

Stosunki pomiędzy y a x

Obawiam się, że zaledwie niewielu z nich będzie miało pewną przyjemność z uprawianej przez Wojtyłę, pod płaszczykiem personalizmu, analizy układu „stosunków pomiędzy y a x”, bo tak przeważnie przyszły papież pisze w swoim dziele o kobietach i mężczyznach.

Zgadzając się z Wojtyłą, że każdej „osobie należy się słusznie, aby była traktowana jako przedmiot miłości, nie zaś jako przedmiot użycia”, warto wgryźć się głębiej w przedstawiony przez niego kuriozalny i niewiele mający wspólnego z rzeczywistością świat.

Episkopat do zwolnienia, połowa biskupów do więzienia

Ówczesny biskup wyraźnie zdaje sobie sprawę, że osoba z założenia żyjąca w celibacie nie jest najbardziej oczywistym ekspertem od analizy ludzkiej seksualności, więc od razu zastrzega się i tłumaczy, że choć sam nie miał okazji do uprawiania „sexusu” (słowo „seks” najwyraźniej nie jest w stanie mu przejść pod piórem), że choć brak mu osobistego doświadczenia intymności z drugą osobą, to jednak jako duszpasterz pozostaje specjalistą od ludzkich relacji, gdyż zbiera przeżycia całej rzeszy swoich owieczek.

Jestem w stanie to zrozumieć, choć nie sposób nie dostrzec, że najwyraźniej wśród jego studentów i podopiecznych nie było żadnych osób homoseksualnych, według przyszłego papieża niezdolnych do miłości, która możliwa jest wyłącznie między kobietą a mężczyzną. A może po prostu Wojtyła świadomie wyklucza osoby homoseksualne z bożego planu?

Byłoby to oczywiście zgodne z nauką Kościoła katolickiego, ale trochę dziwne, że w książce o seksualności jest tylko jedno zdanie o homoseksualności, i to w nawiasie: „(nie mówimy w tej chwili o zboczeniach, w ramach których owa wartość seksualna może się łączyć z ciałem osoby tej samej płci czy nawet nie-osoby, lecz jakiegoś zwierzęcia lub rzeczy martwej)”. W końcu nawet w KKK jest parę paragrafów, że osobom homoseksualnym należy się szacunek i brak „niesłusznej dyskryminacji”. Najwyraźniej nazywanie homoseksualności zboczeniem jest rodzajem dyskryminacji słusznej, a może i zbawiennej, której bać się nie należy.

Ujęcie miłości według JP2 jest zresztą bardzo wykluczające. Nie zdziwi was zapewne, że zdaniem Wojtyły miłość istnieć może wyłącznie w ramach monogamicznego małżeństwa. Krakowski biskup idzie nawet krok dalej, oświadczając, że monogamiczne małżeństwo „zasadniczo wyklucza możliwość traktowania osoby jako środka do celu”. Pisze też przyszły papież: „bez instytucji matrimonium bowiem osoba we współżyciu seksualnym zostaje siłą faktu zepchnięta do pozycji przedmiotu użycia dla drugiej osoby (x dla y)”. Ale czy nie jest idiotyzmem już samo pojmowanie seksu w małżeństwie jako dobra, a  seksu poza nim jako zła? Mamy przecież przemoc i gwałty w małżeństwach, i wspaniałą równościową miłość poza nimi. Ale być może takie wyjaśnienie pozwala nie dostrzegać przemocy małżeńskiej? Może chodzi o to, by przekonać ludzi, że krzywda, która dzieje się w związku uświęconym sakramentem to nie jest zło? A miłość, która kwitnie bez sakramentu ma siać zgorszenie?

Książka Karola Wojtyły ma już swoje lata i wiele tez w niej zawartych nie wytrzymało próby czasu. Choćby tych dotyczących zwierząt: „przyjemność seksualna nie może stanowić osobnego celu”. Może przyszły papież nigdy nie słyszał o szympansach bonobo? Zresztą nie tylko bonobo, ale wiele innych zwierząt uprawia seks dla przyjemności. W świetle obecnego stanu wiedzy trudno też przyjąć inne jego doktrynalne twierdzenia, jak choćby takie, że: „Człowiek, osoba ludzka, jest kobietą lub mężczyzną. Płeć jest także pewnym ograniczeniem, jednostronnością. Mężczyzna potrzebuje więc kobiety niejako dla: uzupełnienia swojego bytu, ona podobnie potrzebuje mężczyzny”. Abstrahując od tego, że istnieją przecież osoby trans, niebinarne, homoseksualne czy panseksualne, nie sposób nie zapytać, co w takim razie z księżmi czy zakonnicami? Czy są bytami niepełnymi i ograniczonymi?

Miłość i dzieci

Na stronie sześćdziesiątej ósmej czytanego przeze mnie PDF-a trafiłem na myśl, która mnie zafrapowała: „spotykamy się również z przejawami zmysłowości zabarwionymi seksualnie u dzieci, których organizm nie jest jeszcze seksualnie dojrzały”. Zważywszy, że wcześniej Wojtyła stwierdza, że „zmysłowość sama z siebie ma orientację konsumpcyjną” i „posiada przede wszystkim nastawienie pożądawcze”, musiał chyba zdawać sobie sprawę z istnienia pedofilii. Co prawda, poza wspomnianym zdaniem więcej o problemie tym nie pisze.

Dziemianowicz-Bąk: Stanisław Dziwisz powinien odpowiadać karnie

Ale żeby nie było tak całkiem smutno, przyjrzyjmy się jeszcze wyjątkowo zabawnej ekwilibrystyce, którą Wojtyła uprawia w kwestii antykoncepcji. Jak wiadomo, jedyną słuszną i naturalną metodą uznawaną przez KK i JP2 jest kalendarzyk małżeński. Ale nie wiem, czy wszyscy na pewno jesteście świadomi, że każdy „sexus” powinien łączyć się z gotowością spłodzenia potomka. Każdy! Gotowość na macierzyństwo stanowi konieczny warunek miłości. Inaczej „sexus” jest tylko niegodnym użyciem drugiej osoby. Nawet osoby bezpłodne albo po menopauzie powinny w trakcie seksu być gotowe na stworzenie nowego człowieka, „sama bowiem niepłodność nie wyklucza tej postawy wewnętrznej »mogę«, tj. »jestem gotów, jestem gotowa« przyjąć fakt poczęcia, jeśli ono nastąpi”. To podejście nie przeszkadza późniejszemu papieżowi być przeciwnikiem in vitro. Musisz chcieć, ale nie możesz sobie pomóc. Ja pierdolę.

Na koniec zacytujmy jeszcze znamienne zdania, które pewnie do dziś odbijają się echem na lekcjach wychowania do życia w rodzinie: „Środki antykoncepcyjne są z natury swej szkodliwe dla zdrowia. Środki biologiczne obok wyjałowienia chwilowego mogą sprowadzić daleko idące i nieodwracalne zmiany w ustroju człowieka. Środki chemiczne są z natury swej jadami komórkowymi, inaczej nie miałyby siły do zabicia komórek rozrodczych, są więc szkodliwe fizycznie. Środki mechaniczne wywołują z jednej strony lokalne uszkodzenia w drogach rodnych kobiety, a prócz tego naruszają spontaniczność aktu płciowego, co jest nie do zniesienia zwłaszcza dla kobiety”. Co prawda lateksowe prezerwatywy zostały wynalezione w 1912 roku, ale najwyraźniej do lat 50. XX wieku nie dotarły do Krakowa.

Szkoda tylko, że nawet we współczesnym wydaniu brak jakiegokolwiek przypisu do tych kuriozów. Cóż, chyba komuś zależy na tym, żebyśmy żyli w ciemnocie. Na szczęście dostęp do wiedzy jest obecnie większy niż kiedykolwiek, więc zamiast czytania tego pitolenia polecam licealistom sexed.pl albo Stonewall TV.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jaś Kapela
Jaś Kapela
Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor tomików z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i książek non-fiction („Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”, „Polskie mięso”, „Warszawa wciąga”) oraz współautor, razem z Hanną Marią Zagulską, książki dla młodzieży „Odwaga”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun serii z morświnem. Zwyciężył pierwszą polską edycję slamu i kilka kolejnych. W 2015 brał udział w międzynarodowym projekcie Weather Stations, który stawiał literaturę i narrację w centrum dyskusji o zmianach klimatycznych. W 2020 roku w trakcie Obozu dla klimatu uczestniczył w zatrzymaniu działania kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Drzewce.
Zamknij