Kraj

Dziemianowicz-Bąk: Stanisław Dziwisz powinien odpowiadać karnie

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk Fot. Materiały prasowe

Kościół nie potrafi poradzić sobie z własnymi grzechami, traci moralne prawo do rozliczania kogokolwiek z czegokolwiek. Na pewno publikacja raportu i kolejne ujawniane skandale przyczynią się do dalszego rozdziału społeczeństwa od Kościoła – bo do rozdziału państwa od Kościoła dojdzie dopiero po zmianie władzy na autentycznie świecką – mówi posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

Mateusz Witczak: Co ostatnio oglądała pani na Netfliksie?

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka Lewicy: (śmiech) Ostatnio nie mam za wiele czasu na Netfliksa, ale niedawno nadganiałam Borgen, duński serial o rządzie.

Raczej niespecjalnie promuje on „homoseksualizm, hedonizm i rozwiązłość”, które – jak twierdzi abp Gądecki – przenikają z Netfliksa do umysłów młodzieży, popychając ją do udziału w protestach.

Zdecydowanie nie promuje. Promuje natomiast silne kobiety w polityce. To w ogóle jest dobry serial o polityce, również tej kuluarowej.

Nie damy, by nas znetfliksił wróg!

Borgen ma już dobrych kilka lat i to widać. Główna bohaterka zostaje premierką trochę przez przypadek, chwilę wcześniej wycofuje się z koalicji z centroprawicą, która na ostatniej prostej kampanii próbuje zagrać antyimigrancką kartą. Z kolei podczas debaty wyrzuca napisane przez spin doktorów przemówienie do kosza. Jest odpowiedzialną żoną stanu, która kieruje się w polityce przede wszystkim wartościami. Czy we współczesnej Polsce jest miejsce dla takich postaci?

W fikcyjnej przestrzeni wszystko odbywa się łatwiej niż w realnej polityce, ale myślę, że kultura popularna często ilustruje potrzeby społeczne. W tym konkretnym przypadku: nadzieję na to, że polityka może wyglądać inaczej. Wszyscy chcemy przecież polityki, w której ważne są wartości fundamentalne, i polityków, którzy potrafią przedłożyć interes państwa nad interes partii. Kieruje nami poczucie, że to jest możliwe, nawet jeśli przydarza się rzadziej niż gabinetowe układy i kuluarowe deale.

Bez tej nadziei – przez niektórych uznawanej za naiwność – stawalibyśmy się coraz bardziej technokratycznym społeczeństwem, które sprowadzałoby politykę do administrowania resortami. Taka „apolityczność” wpędziłaby nas w pułapkę; stanęlibyśmy w miejscu. Od zarządzania, nawet sprawnego, nic się przecież nie zmienia, to nie jest metoda na postęp, rozwój, na poszerzanie wolności i sprawiedliwości.

Czy przed protestami Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Polacy byli na drodze do takiej „apolityczności”?

W koleinach takiej drogi byliśmy od dawna, jeszcze przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Osiem lat koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u to były rządy ciepłej wody w kranie, podobnie było w pierwszym okresie rządów PIS-u, który przypadł na dobrą koniunkturę gospodarczą. To był czas „jeszcze cieplejszej wody w trochę innym kranie”, bo rząd mógł sobie pozwolić na transfery, a polityka nie była przestrzenią sporu o wartości.

Ale ten czas skończył się, gdy niechętne dalszego podgrzewania wody Prawo i Sprawiedliwość zaczęło rozpętywać kolejne wojny, najpierw wojnę z praworządnością: przejęło TK, uzależniło od siebie wymiar sprawiedliwości, a później wystąpiło przeciwko kobietom (mam na myśli nie tylko obecne protesty, ale też sytuację z roku 2016), zaczęło szczuć na uchodźców i atakować społeczność LGBT.

Październikowa rewolucja godności

To tematy, nad którymi nie można przejść obojętnie, rozgrywane dziś w scenografii pandemii i kryzysu gospodarczego. To znaczy kryzys miał być scenografią, być na drugim planie, od którego kolejne batalie odciągną uwagę, ale stało się inaczej. Widzimy, że kolejne grupy – rolnicy, przedsiębiorcy, pracownicy – nawet jeśli wcześniej nie interesowały się polityką, teraz widzą, że polityka powinna zainteresować się nimi, że państwo powinno wziąć większą odpowiedzialność za ich życie i bezpieczeństwo. Nie jesteśmy już na drodze do „apolitycznego” społeczeństwa. Nadeszły czasy, w których widać jak na dłoni, ile zależy od woli politycznej. Łącznie z egzystencją – na przykład to, czy ludzie będą mieli środki do życia, czy będą mieli co włożyć do garnka, czy zostaną podłączeni do respiratora, czy umrą w karetce pod szpitalem. Nie da się już ściemniać, że wszystko reguluje rynek. Trzeba wziąć polityczną odpowiedzialność za ludzkie życie.

W środę 11 listopada na ulice Warszawy wyszła – przynajmniej według posła Macierewicza – Antifa. Z kolei wicepremier Gliński twierdzi, że zamieszki są wynikiem „atmosfery podgrzewanej od kilku tygodni nielegalnymi protestami” Strajku Kobiet. Kto pani zdaniem jest odpowiedzialny za rozróby podczas Marszu Niepodległości?

Odpowiedzialność ponoszą organizatorzy i ich sympatycy, przy przyzwoleniu – a w tym roku wręcz na zaproszenie – elit Prawa i Sprawiedliwości. Przypominam, że nie kto inny, ale Jarosław Kaczyński, wicepremier ds. bezpieczeństwa, zawezwał prawicowe bojówki do wyjścia na ulice. A one grzecznie prezesa posłuchały, najpierw atakując we Wrocławiu dziennikarki i kobiety demonstrujące w obronie swoich praw, a w środę: policję i bezbronnych mieszkańców. Natomiast Antifa wyszła w jednym celu: po to, żeby pomóc panu Stefanowi, którego mieszkanie podpalili uczestnicy marszu, posprzątać po pożarze. Proszę wybrać, kto w tej historii jest bandytą, a kto patriotą.

Kierownictwo PiS debatuje nad tym, jak ten bałagan posprzątać. Uda im się?

Od mieszania herbata nie staje się słodsza. Wicepremier Kaczyński stosował naciski na policję, żeby ta brutalnie rozprawiła się z protestującymi kobietami. Te naciski nie przyniosły, przynajmniej początkowo, skutku, nie dziwi mnie więc, że prezes ma na pieńku z przedstawicielami policji i ministerstwa. Natomiast to on ponosi odpowiedzialność za te akty agresji, powinien przede wszystkim odwołać z ulic prawicowe bojówki, wytłumaczyć się opinii publicznej i na forum Sejmu złożyć wyjaśnienia. A w razie ich braku podać się do dymisji.

Kryzys się pogłębia, stoimy u progu kolejnego lockdownu, Polacy masowo wychodzą na ulice. Jaki będzie długofalowy efekt tego wzmożenia? Jak będzie wyglądać Polska w 2021?

Nie wiem, czy to kwestia kolejnego roku, ale jestem przekonana, że protesty, pandemia i wywołany nią kryzys obnażyły słabość państwa. Za jednym zamachem i III, i tzw. IV RP. W dodatku sfalsyfikowały neoliberalną ideologię, zgodnie z którą każdy jest kowalem własnego losu, wolny rynek wszystko ureguluje, a jeżeli nie chcesz stać w kolejce do lekarza, to po prostu idziesz do prywatnej przychodni. Zmierzamy w kierunku fundamentalnej zmiany rozumienia roli państwa.

Przez ostatnie lata Lewica, związki zawodowe i aktywiści walczący o prawa kobiet czy osób LGBT byli w pewnej awangardzie, próbowaliśmy malować nowe przestrzenie wolności, tyle że malowaliśmy je w starych ramach. Nadchodzi czas, w którym te ramy się zmieniają. Król jest nagi, zobaczyliśmy, że Polska nie działa, ochrony zdrowia de facto nie ma, system jest niewydolny, edukacja trzeszczy, sieć wsparcia socjalnego istnieje czysto teoretycznie.

Kapitalistyczne państwa narodowe nie były przygotowane na tak głęboki kryzys. Pokolenie, które dziś wychodzi na ulicę i traci pracę, równocześnie martwi się o swoich rodziców, którzy zostali zamknięci w domach. A to jest jedyne, co rząd może rekomendować seniorom: żeby nie wychodzili z mieszkania. Młodzi ludzie, którzy w przyszłości zadecydują o kształcie sceny politycznej, nie będą chcieli wrócić do tego, co było.

Czy beneficjentem tego zwrotu na pewno będzie Lewica? Wasze posłanki i wasi posłowie byli na pierwszej linii frontu: blokowali sejmową mównicę, towarzyszyli demonstrującym na ulicach, jeździli po komisariatach za zatrzymanymi. W dodatku od lat podnosicie postulaty zgodne z postulatami Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Natomiast w sondażach zyskuje przede wszystkim Polska 2050 Szymona Hołowni.

Beneficjentem tego, co się właśnie dzieje, na pewno będzie zmiana. Czy to będzie zmiana głęboka, rewolucyjna, czy reakcyjna, restauracyjna – o to bój się dopiero toczy. Jeśli tę zmianę weźmie na sztandary Lewica, to powinna być to zmiana fundamentalna, odważna, bez tabu i posttransformacyjnych, neoliberalnych bożķów. Faktycznie środowiska lewicowe – zarówno te parlamentarne, jak i pozaparlamentarne – od lat mówią o konieczności głębokiej, systemowej zmiany, która pozwoli osiągnąć nowy, bardziej sprawiedliwy ład.

Wzrosty Hołowni to pewien doraźny efekt. Abstrahując nawet od tego, że sondaże przeprowadzane w trakcie tak dynamicznych sytuacji nigdy nie są w pełni wiarygodne, widać po nich pewną podstawową kwestię. Utratę zaufania do klasy politycznej. Oczywiście, co zrozumiałe, najbardziej cierpi na tym partia rządząca, widzimy też spadki po stronie największej partii opozycyjnej… Natomiast jeżeli chodzi o Lewicę, to albo mamy wzrosty, może niespektakularne, bo kilkupunktowe, albo utrzymujemy się na tym samym pułapie. To jest wyraz kredytu zaufania, zadaniem Lewicy będzie rzetelnie go spłacić.

Czy dzięki protestom wygrają kobiety, czy może Hołownia?

Nowe, pozaparlamentarne środowiska wskakują na tę falę oburzenia, stając się krótkoterminowymi beneficjentami krytycznych nastrojów. Jest im łatwiej, bo nie są jeszcze kojarzone z klasą polityczną. Tyle że Polska 2050 jest może i świeża, ale – patrząc na jej program i wartości – dostrzegamy kolejną chadecką, konserwatywną partię, wpisująca się w logikę i tradycję III RP. Już za moment przestanie być ona zresztą pozaparlamentarna, bo strategia, którą obrał Szymon Hołownia, zakłada „łowienie” posłów i senatorów wśród obecnych parlamentarzystów. To może być krótkowzroczna decyzja, bo lider ani się obejrzy, a już będzie się musiał mierzyć z tą samą krytyką, z którą mierzy się cała klasa polityczna. Hołownia może stracić „dziewictwo” polityczne jeszcze przed wyborami parlamentarnymi.

Gill-Piątek: Chcę budować z Hołownią nowe polityczne centrum

Może i Polska 2050 jest „świeża”, co pozwala jej być „krótkoterminowym beneficjentem”, ale zastanawia mnie, czy w walce o rząd dusz Lewica nie mierzy się z problemem, który nie jest ani świeży, ani krótkoterminowy. Kierujecie swój przekaz również do osób gorzej sytuowanych, mieszkańców małych miejscowości i wsi, natomiast trafia on głównie do wielkomiejskich elit.

Żeby trafić na tzw. prowincję, trzeba mieć albo dostęp do mediów publicznych (który jest radykalnie ograniczony w obecnej sytuacji), albo – i to ścieżka, którą każdy lewicowiec powinien obrać – postawić na pracę u podstaw. Ona jest nie tylko politycznie potrzebna, ona jest po prostu słuszna. Musimy pomagać ludziom, którzy tracą posady w małych zakładach pracy, albo w lokalnych PKS-ach, które nagle, pod wpływem kryzysu, redukują zatrudnienie. To są zadania, do których Lewica jest powołana, naszym obowiązkiem jest reagować. Musimy zakorzenić Lewicę w elektoracie sceptycznym, być może w ogóle niezainteresowanym polityką. Sondażowe efekty zwrotne nie pojawią się w ciągu kwartału czy nawet roku, ale to lekcja, którą Lewica musi odrobić, a w zasadzie odrabiać cały czas.

Konkretni ludzie na konkretnej prowincji wyżej niż konferencje i orędzia telewizyjne cenią sprawczość. W tej chwili jest ona po stronie władzy, ale tam, gdzie władza zawodzi, rolą Lewicy jest zapełnianie tych luk. Są posłowie Lewicy, którzy skupiają się na wsparciu pracowników transgranicznych, są posłanki, które walczą z wykluczeniem transportowym albo takie, które skupiają się na wsparciu pacjentek w dostępie do opieki ginekologicznej. Ja na początku pandemii przekształciłam swoje biuro poselskie w centrum pomocy pracowniczej. Do tej pory każdego dnia otrzymuję maile i telefony o nadużyciach ze strony pracodawców. Na każde takie zgłoszenie reaguję, często skutecznie. Oczywiście nie spodziewam się, że po załatwieniu takiej interwencji osoba natychmiast zadeklaruje bezkrytyczne poparcie dla Lewicy, ale długofalowo to buduje zaufanie i pozwala „zademonstrować” sprawczość nawet przed zdobyciem władzy.

Gdy relacjonowałem dla „Polityki” rozdanie Koron Równości KPH-u, nie uszło mojej uwadze, że w ciągu naszej krótkiej rozmowy aż pięć razy użyła pani słowa „ideologia”. Tyle że nie w odniesieniu do osób LGBT, ale polityków PiS. Zastanawiam się, czy próbuje pani „odbić” to określenie? I czy na drodze do zbudowania szerszego poparcia dla Lewicy nie stoi aby brak języka, który przemawiałby do mas?

„Ideologia”, słowo zawłaszczone przez prawicę i używane przez nią w kontekście pejoratywnym, jest do odzyskania. Lewica musi móc go używać, bo musi mieć spójną wizję tego, w jakim kierunku powinno zmierzać państwo i świat. Bez tego trudno będzie pozyskać czyjekolwiek poparcie, nie wspominając o szerokich elektoratach.

Właśnie dlatego trzeba skończyć z technokratyzmem, ze sprowadzaniem polityki do menadżeryzmu. Nie, w polityce nie chodzi o zarządzanie sektorami, ale o to – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – żeby zmieniać świat. Myśl lewicowa, socjalistyczna, socjaldemokratyczna, to jest tradycja myśli głęboko ideologicznej: czerpiącej z wartości, ale przekuwającej je w strategie zdobywania hegemonii kulturowej i realizacji zmiany.

Po transformacji lewica dała się uwieść postpolitycznemu językowi, ideologii „końca ideologii”, „trzeciej drodze”, bojąc się zapewne skojarzeń z poprzednim systemem i mentalnego utkwienia w nim. Ale minęło już tyle czasu, a sama lewica tak głęboko rozliczyła się ze swoją przeszłością, że jak najbardziej możemy sięgać do ideologicznych kategorii, które zawłaszczyła prawica. Regularnie używam chociażby „patriotyzmu”, przejętego niemal całkowicie przez Prawo i Sprawiedliwość czy skrajną prawicę. No, przynajmniej na płaszczyźnie języka, bo jeśli chodzi o czyny, a nie słowa, to specjalnie patriotycznie w chwili sprawdzianu i wojny z pandemią, szczując na bohaterów: odbierając dodatkowe wynagrodzenia medykom, próbując przerzucić na nich odpowiedzialność za pandemię i sugerując, że są leniwi. Szczują na tych, którzy są bohaterami z krwi i kości, w dodatku współczesnymi, nie przekutymi w pomniki.

Patriotyzm prawicy składa się z artefaktów – pomników, znaków, symboli – ale jej politycy kompletnie nie wiedzą, co zrobić z prawdziwymi bohaterami, którzy chodzą po ulicach polskich miast i miasteczek. Zapewne dlatego, że ci bohaterowie i bohaterki żyją i mają własne opinie. Zadaniem Lewicy jest te kategorie – patriotyczne, państwowe – odbić.

Ale czy to wystarczy? Odbicie „patriotyzmu” dla lewicowego dyskursu byłoby pożądane, ale czy Lewica jest w stanie stworzyć równie prosty, nacechowany emocjami przekaz co prawica? Wszyscy mówimy PiS-em: „kastą,”, „pedagogiką wstydu”, „donoszeniem do Brukseli”, „państwem teoretycznym” i „targowicą”, nie wydaje mi się, aby Lewica – również z racji pewnej uczciwości intelektualnej – mogła postawić na równie populistyczny język.

Rozmawiamy o dylemacie: populizm kontra polityka oparta na wiedzy. Jestem jednak przekonana, że możliwy i konieczny jest dziś „populizm oparty na wiedzy”. Bez manipulacji, dezinformacji czy wpisywania się w konkurs „kto barwniej kłamie”. Da się przekuwać rzetelną, naukową wiedzę w nośne hasła i emocjonalne narracje. Postulaty dotyczące praw pracowniczych można włączyć w historie konkretnych, pokrzywdzonych przez system ludzi. W coś, z czym drugi człowiek mógłby empatyzować, czuć, że to o nim, o niej. Że jedziemy wszyscy na tym samym wózku. To jest do zrobienia.

Rozmawiając o strategii Lewicy, ważne jest również zbudowanie nieoczywistych sojuszy, choćby tych, które zawiązały się na protestach, gdy razem z kobietami protestowały osoby LGBT, rolnicy, przedsiębiorcy i górnicy. Takie sojusze są konieczne, ich efektem jest dodawanie potencjałów, sumowanie sił. Czy to droga do zdobycia rządu dusz? Na pewno do tego, by te dusze poczuły, że są sobie bratnie – a to pierwszy krok do głębokiej zmiany, o którą powinno chodzić lewicy.

W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” powiedziała pani kiedyś, że kluczem do realizacji postulatów feministycznych jest dotarcie z nimi do osób, które nie nazywają się feministkami. Czy protesty po orzeczeniu Trybunału Julii Przyłębskiej przyniosą taki właśnie efekt?

To się już udało, ale tak naprawdę udało się Zjednoczonej Prawicy, żaden spin doktor by tego lepiej nie wymyślił, niż wymyślili Jarosław Kaczyński z Julią Przyłębską. Orzeczenie pseudotrybunału odpaliło bombę, w dodatku w środku pandemii, w sytuacji, w której liczne grupy – nawet te niezwiązane z ruchem kobiecym, nieinteresujące się prawami reprodukcyjnymi – są sfrustrowane i pozbawione zabezpieczeń. Ten ruch wywołał spontaniczną solidarność i przetłumaczył postulaty feministyczne na nowe języki. Do protestów przyłączają się nawet kobiety konserwatywne i wierzące, również te, które niekoniecznie zdecydowałyby się na przerwanie ciąży. One rozumieją, że wybór to wybór, że państwo nie może do niczego przymuszać obywatelek.

Posłanki i posłowie Lewicy złożyli do Sejmu projekt ustawy, która ma depenalizować przerywanie ciąży. Zgodnie twierdzicie, że jest za późno na powrót do kompromisu z 1993, ale jeżeli jest za późno, to w którą stronę będzie ewoluować sytuacja?

Władza ewidentnie się zakiwała. Na poziomie legislacji i prawa wydarzyć się może wszystko. Zjednoczona Prawica może mieć problem z zebraniem większości dla ustawy prezydenckiej, jednak prawda jest taka, że co będą chcieli – to uchwalą. Ale pojawiła się przestrzeń społecznego wpływu na to „chcenie”.

Duda zaproponował „nowy kompromis”. Chyba chce go zawrzeć z biskupami, bo na pewno nie z Polkami

Natomiast 22 października coś się w Polsce skończyło, broniony przez prawicę tzw. kompromis aborcyjny przestał być przyjmowany bezkrytycznie, stał się on przedmiotem refleksji i debaty. Coraz więcej ludzi uświadamia się, że mieliśmy bardzo, bardzo restrykcyjne prawo antyaborcyjne, jedno z najbardziej skrajnych w Europie.

To nie był kompromis, to była kompromitacja

To jest czas, kiedy trzeba odważnie zażądać liberalizacji. Ona nie jest radykalnym postulatem, tylko – po prostu – wejściem na pewien europejski standard, który obowiązuje w Czechach, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Musimy wprowadzić Polskę do Europy także w kwestii praw i wolności kobiet.

Prezydencki projekt zakłada dopuszczalność aborcji w przypadku wad letalnych. Czy uspokoi on nastroje?

Odwieszając na chwilę całe oburzenie związane z tym, że także ten projekt, podobnie jak decyzja Julii Przyłębskiej, ma legalizować torturowanie kobiet – to jest po prostu bubel prawny. Ta ustawa mówi, że płód można usunąć, jeżeli jest obciążony wadą, która „niechybnie” i „bezpośrednio” doprowadzi do śmierci… ale nie da się naukowo odnieść do tej propozycji. Jeżeli przejdzie – znajdziemy się w sytuacji, w której wiele będzie zależeć od dobrej czy złej woli lekarza, a także od jego obawy o własną odpowiedzialność karną. W efekcie nawet legalne – w świetle nowego prawa – aborcje po prostu nie będą wykonywane.

W przypadku orzeczenia pseudotrybunału mieliśmy do czynienia z techniką „drzwiami w twarz”, jeszcze zanim ono zapadło, 80 proc. Polek i Polaków było przeciwnych wykreślaniu z ustawy przesłanki embriopatologicznej. Andrzej Duda próbuje przedstawić swoją propozycję jako łagodniejszą, władza niby wycofuje się z tego radykalnego ciosu, który wykonała, ale – de facto – dalej zaostrza kurs i delegalizuje aborcję w Polsce. Jestem przekonana, że jeżeli jej się to uda, wahadło wychyli się w drugą stronę i już za kolejnej władzy dojdzie do liberalizacji prawa aborcyjnego.

A jaki z tego wszystkiego wyjdzie Kościół? Episkopat odciął się od orzeczenia Trybunału Julii Przyłębskiej, przypominając, że przecież to nie duchowni stanowią w Polsce prawo. Z drugiej strony abp Jędraszewski stwierdził, że „trudno sobie wyobrazić lepszą wiadomość”, a abp Gądecki przyjął decyzję trybunału „z wielkim uznaniem”.

Episkopat cieszy się z tego orzeczenia, zresztą – sam zabiegał, by ono zapadło. Nikt nie uwierzył w próby „odcinania się” i bardzo dobrze, że Kościół został włączony do adresatów gniewu społecznego. Jego udział zarówno w podtrzymywaniu pseudokompromisu aborcyjnego, jak i dalszym zaostrzeniu kursu jest absolutnie bezdyskusyjny.

Mamy jednak do czynienia z czymś większym. Z pokoleniowym buntem przeciwko instytucji, która swoją obecnością osaczała młodych ludzi od dnia ich urodzenia. Przez całe życie żyli oni w ramach konkordatu i obserwowali deale hierarchów z prawicowymi politykami. Gdy zakwestionowano prawa kobiet, poczuli, że mają dość. Mają dość religii w szkołach, mają dość przymusowych rekolekcji i tego, że jak otwiera się nowe boisko szkolne, to koniecznie musi je poświęcić biskup. Poczuli, że Kościół jest instytucją totalną, ingerującą w każdą sferę ich życia.

A jak na sytuację Kościoła wpłynie publikacja raportu w sprawie kardynała McCarricka i reportażu Don Stanislao Marcina Gutowskiego? Czy powinniśmy się przygotowywać na scenariusz irlandzki?

Kościół nie potrafi poradzić sobie z własnymi grzechami, traci moralne prawo do rozliczania kogokolwiek z czegokolwiek. Na pewno publikacja raportu i kolejne ujawniane skandale przyczynią się do dalszego rozdziału społeczeństwa od Kościoła – bo do rozdziału państwa od Kościoła dojdzie dopiero po zmianie władzy na autentycznie świecką.

Irlandia zerwała z dyktatem Kościoła. Jak im się to udało?

Czy Stanisław Dziwisz powinien odpowiadać karnie?

Zgodnie z art. 240 Kodeksu karnego niezawiadomienie organów ścigania o dokonaniu czynu zabronionego w postaci m.in. zgwałcenia, wymuszenia czynności seksualnej lub seksualnego wykorzystania małoletniego podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Tak, powinien on odpowiadać karnie, dokładnie tak, jak odpowiadać powinien każdy, kto jest uwikłany w proceder systemowego ukrywania pedofilii w Kościele.

Ale oprócz odpowiedzialności karnej przyszedł czas na wyciągnięcie odpowiedzialności w sferze symbolicznej. Na uwolnienie szkół, ulic, placów spod patronatów wspólników zbrodni na dzieciach. Złożyłam wniosek do rady miejskiej we Wrocławiu o zmianę nazwy pl. Jana Pawła II, o przywrócenie nazwy pl. 1 Maja (zresztą głęboko zakorzenionej w świadomości wrocławianek i wrocławian).

Wpływy Kościoła z pewnością nie osłabną w szkolnictwie. Minister Czarnek zagroził konsekwencjami uniwersytetom, które zezwoliły na godziny rektorskie w czasie protestów, jak i szkołom, w których nauczyciele zachęcali do strajku.

Gdybym była na miejscu Przemysława Czarnka, cieszyłabym się z tego, że młodzi ludzie są tak aktywni politycznie, a w dodatku widzą w swoich nauczycielach i pedagogach partnera do dialogu. Ich zaangażowanie postrzegam jako szansę i wspaniały kapitał dla przyszłości państwa. Ale ja to ja.

Ofensywa ideologiczna Przemysława Czarnka przypomina czasy, gdy MEN-em kierował Roman Giertych, i przyniesie taki sam efekt. Im większy nacisk – tym większy opór. Czarnek wzbudzi wśród młodzieży nastroje emancypacyjne, które być może będą realizowane poza formalnymi kanałami edukacji, chociaż – jestem przekonana – pedagodzy i nauczyciele staną w tej walce po stronie uczniów.

Nowy minister zostanie ze swoimi pomysłami jak Himilsbach z angielskim, stanie się aparatczykiem, który będzie mógł co najwyżej nakazać kuratorom czy dyrektorom zwołanie apelu. Ferment, energia i zaangażowanie młodzieży nie będą przecież pod jego kontrolą. Młodzież nie jest karna, nie poddaje się władzy, bo… młodzież tak po prostu ma. I jest to w niej wspaniałe.

Ma pani wykształcenie pedagogiczne, a w lewicowym rządzie chciałaby zostać ministrą edukacji. Gdyby była dziś pani na miejscu Przemysława Czarnka – jak kierowałaby pani resortem?

Przede wszystkim chciałabym oddać głos młodym, bo uczniowie i uczennice nie są „przedmiotem” systemu edukacji, ale najważniejszym podmiotem tego systemu. Najwyższy czas, by mieli oni coś do powiedzenia; przy MEN powinna powstać rada, w której młodzi ludzie mieliby prawo do wyrażania swoich potrzeb.

Dziemianowicz-Bąk: Chcę być ministrą edukacji w lewicowym rządzie

Mam prawie 37 lat, ale chyba nie ujmuje mi przyznanie, że młodzi ludzie dużo lepiej rozumieją wyzwania współczesności – chociażby kryzys klimatyczny albo problemy związane z rynkiem pracy. To są ich obawy. To oni, wkraczając w dorosłość, są najbardziej narażeni na wyzysk, na łamanie praw pracowniczych i to oni najlepiej wiedzą, czego potrzebują. Szkoła powinna ich wyposażyć w narzędzia, za pomocą których będą mogli się chronić przed nadużyciami i walczyć o swoją godność.

Ale młodzi to nie jest jedyny aktor systemu oświaty, koniec końców to od wykształcenia i kompetencji nauczycieli będą zależeć wyniki uczniów. Na pewno trzeba dowartościować i dofinansować ten zawód, co pozwoliłoby skończyć z problemem odpływu młodych nauczycieli. To jest palące wyzwanie, którego nie podjął żaden minister edukacji od wielu lat.

***

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – posłanka Lewicy, działaczka społeczna i naukowczyni. Przez ponad 3 lata była członkinią Zarządu Krajowego Partii Razem. Jedna z organizatorek Czarnego Protestu. W 2016 znalazła się na corocznej liście FP Top 100 Global Thinkers czasopisma „Foreign Policy”. W 2018 obroniła pracę doktorską w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Mateusz Witczak – reporter, dziennikarz, absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze o kulturze cyfrowej, osobach LGBT, prawach kobiet i niepełnosprawności, współpracuje z „Polityką”, „Gazetą Wyborczą” i Dwutygodnikiem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij