Kraj

Gdula: Partie księgowych i bojówkarzy

Co się stało za Tuska albo o nowym systemie politycznym.

Gdy w dość nieoczekiwany sposób z polskiej polityki zniknął Donald Tusk, nie pojawiło się zbyt wiele analiz odnoszących się do dziedzictwa najdłużej urzędującego premiera III RP. Było przecież dużo świeżych tematów: wybory samorządowe, konflikt na Ukrainie, nowe nagrania ze starych podsłuchów, zegarki Kamińskiego i sukienki Ogórek. Jasne, że media zawsze przedkładają aktualne nad minione, ale brak pogłębionych analiz przy okazji odejścia Tuska jest jednak symptomem zmiany, która nastąpiła w trakcie siedmiu lat jego premierowania.

Nie był on oczywiście sprawcą zmiany, ale dobrze rozumiał jej charakter. Wynikała ona z rewolucji, której dokonał internet. Przez jakiś czas istniał on na doczepkę do dawnej rzeczywistości medialnej, ale mniej więcej od rozpoczęcia globalnego kryzysu przebudował całą architekturę komunikacji.

Świat polityki i mediów, jaki się z tego wyłonił, okazał się jednak zupełnie inny niż oczekiwania optymistów dotyczące wzrostu roli publiczności, sieciowości i wszelkiej interaktywności.

Cofnijmy się najpierw do tego, jak wyglądała sfera publiczna przed 2007 rokiem. Chociaż jest to nieco kontrintuicyjne, to jednak był to przede wszystkim świat prasy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chociaż telewizja i radio spełniały ogromną rolę w kształtowaniu sfery publicznej, były one jednak zasilane przez dziennikarstwo i debatę prasową. Życie redakcji w radiach i telewizjach zaczynało się przecież od przeglądu gazet i wyboru tematów, które wypełnią dzień. Teksty były zazwyczaj obszerne, informacje porządnie sprawdzone, a zakres tematów, jakimi zajmowali się dziennikarze prasowi, sprawiał, że było w czym wybierać. Tekstom typowo dziennikarskim towarzyszyły porządne działy opinii z tekstami na piętnaście tysięcy znaków, do których można było się odwołać, żeby pogłębić analizy i przedstawić kwestie sporne. Audycje publicystyczne w radio i telewizji były w znacznej mierze „puszczeniem w ruch” gazetowych działów opinii.

Nie chcę idealizować tego czasu, bo miał on swoje ciemniejsze strony. Dominacja dwóch, trzech tytułów prasowych sprawiała, że łatwo było kontrolować to, co wchodzi do mainstreamu. I redaktorzy gazet skwapliwie z tego korzystali, nie puszczając na przykład tekstów, w których pozytywnie pisano o związkach zawodowych albo ruchach społecznych. Pewne tematy i sposoby mówienia o nich zepchnięte były na margines i dobicie się z nimi do debaty wymagało małpiej sprawności w posługiwaniu się eufemizmami.

W sferze publicznej opartej na prasie polityka uprawiana była w przeważającej mierze przez struktury partyjne. Sukces odnosiły partie, które dysponowały elitą specjalizujących się w odpowiednich obszarach polityków, komórkami terenowymi i aktywistami mobilizowanymi na wybory. Liczył się każdy poziom tych struktur. Posiadanie grupy polityków-ekspertów sprawiało, że partii łatwiej było zaznaczyć swoją obecność w debacie publicznej, która była często pogłębionym sporem w określonej dziedzinie. Politycy-eksperci byli też aktywni podczas konstruowania programu partii. Spośród tej grupy łatwo też było wybrać nowego przywódcę, co miało duże znaczenie ze względu na utrzymywanie poparcia w sytuacji zgrania się starych liderów. Struktury terenowe ważne były nie tylko przy okazji wyborów lokalnych, ale także zbierania podpisów i rekrutowania polityków na wyższe szczeble hierarchii. Lokalni aktywiści pomagali w kampaniach, rozklejając plakaty i spełniali ważną rolę w toczących się podczas wyborów podwórkowych i rodzinnych dyskusjach.

Konfrontacja partii w sferze publicznej odbywała się jako konflikt narracji. Chodziło o stworzenie pewnego opisu rzeczywistości, w którym odnajdzie się publiczność, identyfikując w nim swoje interesy, tożsamości i ideały. Lata 90. w znacznej mierze zdominował spór między narracją partii z obozu postsolidarnościowego i partii postpeerelowskich. Pierwsza odwoływała się do konieczności wprowadzania zmian i przyspieszenia w budowie normalności rozumianej jako powrót do Europy i wprowadzanie porządku rynkowego. Tej opowieści przeciwstawiony był nieco konserwatywny język obrony ciągłości i ochrony poszkodowanych przez transformację. Jeszcze na początku poprzedniej dekady sukces PiS-u polegał na stworzeniu alternatywnej narracji o układzie, która łączyła elementy dwóch poprzednich, czerpiąc zarówno z dyskursu przyspieszenia, jak i z języka obrony poszkodowanych przez system.

Przejście, które dokonało się w trakcie kilku ostatnich lat, można zwięźle opisać, posługując się opozycjami.

Kiedyś ważny był dyskurs, dziś liczy się wydarzenie. Kiedyś wygrywały struktury, dziś zwycięża lider. Kiedyś linie sporu wyznaczał mainstream, dziś mamy publiczność niszową.

Wszystko to stwarza zupełnie nowe warunki uprawiania polityki.

Internet przemeblował sferę publiczną. Prasa papierowa musiała radzić sobie z odpływem czytelników, za którymi podążyli reklamodawcy. W pierwszym kroku oznaczało to cięcie kosztów, obniżanie płac dziennikarzy i redukowanie etatów. W drugim dostosowywanie się do nowych przyzwyczajeń odbiorców, kształtowanych przez internet, czyli skracanie tekstów, koncentrację na najbardziej chwytliwych tematach i pogoń za nowością. Sprawiało to, że działał mechanizm sprzężenia zwrotnego: im mniej czytelników, tym większa pogoń za społeczną uwagą prowadząca do spadku jakości i dalszego odpływu czytelników. Mniej więcej to samo działo się w telewizji i w mniejszym chyba jednak stopniu w radio. Telewizje skoncentrowały się na dostarczaniu rozrywki informacyjnej dla tych, którzy ze względu na wiek nie przerzucili się jeszcze w całości na internet.

Chociaż byłoby przesadą określać dawną relację między polityką a mediami w terminach kontroli pierwszej przez drugie, to jednak strukturalnie istniały ku temu większe możliwości i dość często rzeczywiście się to działo. Dzisiaj na spełnianie funkcji kontrolnej nie ma za bardzo ani pieniędzy, ani czasu.

Media i politycy stoją w jednym szeregu rozpaczliwej walki o społeczną uwagę. Tym głównie wytłumaczyć można ulubiony dziś format rozmowy politycznej polegający na napuszczeniu na siebie polityków, którzy zamiast debatować, starają się poniżyć przeciwnika i to najlepiej tekstem o wysokiej klikalności.

Przewidywalność tego schematu jest na tyle duża, że rozmowy takie śledzą już tylko najwytrwalsi i przy okazji najbardziej plemienni kibice partii politycznych. Reszta publiczności polityką interesuje się tylko przy okazji wydarzeń. Są to zjawiska nagłe, czasami losowe, spektakularne i bezwzględnie kryzysogenne. Stanowią wyłom w rutynowej politycznej przepychance i rządzeniu rozumianym jako administrowanie państwem. Do wydarzeń zaliczyć można na przykład katastrofę w Smoleńsku, aferę podsłuchową czy awarię systemu liczenia głosów przy okazji wyborów samorządowych. Podczas wydarzenia wielką rolę odgrywają materia (wrak, nagrania, system komputerowy), emocje i działania liderów politycznych. Ci ostatni stają się kluczowi w rozbrajaniu lub podkręcaniu sytuacji kryzysowej.

Potęga Tuska zbudowana została właśnie na mierzeniu się z wydarzeniami. Z Tuskiem nie wiązał się przecież żaden projekt, który dałoby się opisać inaczej niż „żeby było dobrze”. Nie stworzył on żadnego nowego języka opisu rzeczywistości, żadnej nowej narracji. Polityki jego rządu nie przedstawiały żadnego spójnego planu. A jednak stwierdzenie, że był politykiem miernym, jest do gruntu nieprawdziwe. Doskonale wyczuł on bowiem, co kształtuje dziś politykę. Podczas wydarzeń był na czas i dawał do zrozumienia, że kontroluje sytuację i podjął wszelkie kroki zaradcze. Był w stanie trafnie rozpoznawać społeczne nastroje i wyartykułować je, to znaczy skierować w taką stronę, że publiczność identyfikowała się z jego sposobem interpretowania i przeżywania wydarzeń.

W nowej architekturze sfery publicznej największymi zwycięzcami są polityczni liderzy. Gdy niszowa publiczność porzuca na chwilę filmiki o kotkach, nowe przepisy kulinarne i zdjęcia znajomych z wakacji, kierując swoją uwagę na wydarzenie, liderzy zarządzają sytuacją i kształtują interpretacje. Nie potrzebują wielkich struktur partyjnych, rozbudowanych dyskursów i ekspertów. Przygotowując reakcję, majsterkują przy różnych językach i odruchach, odmierzając je wedle własnej intuicji i doświadczenia. Nie za bardzo muszą się obawiać zorganizowanej krytyki i kontroli w starym stylu, bo nie są one dopasowane do polityki dziejącej się w rytmie wydarzeń, a zresztą i tak media nie mają na nie siły i pieniędzy. Liderzy nie muszą się też obawiać partyjnej konkurencji.

Rutyna polityki zamieniła partie w zjednoczenia księgowych i medialnych bojówkarzy. Na ich tle liderzy świecą jak diamenty. Obecna smuta w Platformie Obywatelskiej jest oczywiście efektem sprzeczności dzisiejszego systemu, w którym odejście lidera z partii pozostawia wyrwę trudną do zapełnienia.

Trzeba przyznać, że w nowym systemie w pewnym sensie o wiele łatwiej działać też ruchom społecznym. Odejście od praktyki wąskich furtek realizowanej niegdyś przez prasę sprawia, że obywatelska aktywność może liczyć na zainteresowanie i ma większą siłę przebicia niż kiedyś. Dzieje się tak zwłaszcza podczas wydarzeń, jak stało się na przykład podczas awarii systemu liczenia głosów po wyborach samorządowych, kiedy wtargnięcie przedstawicieli Ruchu Narodowego do siedziby PKW nadało sprawie nową dynamikę. Ruchy społeczne mają też jednak swoją własną moc tworzenia wydarzeń, jak działo się to choćby podczas konfliktu o Rospudę, Białego Miasteczka czy protestów przeciw ACTA.

Sądzę, że mylą się jednak wszyscy ci, którzy w nowej władzy, jaką zyskały ruchy społeczne, widzą głęboką zmianę reguł funkcjonowania polityki w stronę bardziej sieciową, równościową i partycypacyjną. Nie dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że ruchy społeczne działają w ramach tej samej architektury komunikacji co liderzy polityczni. Mogą zatem skupić na chwilę uwagę publiczności, uczestnicząc w kształtowaniu wydarzenia, ale niedługo potem nie są już w stanie utrzymać ani społecznej uwagi, ani zaangażowania swoich uczestników. Dlatego dziś inaczej niż czterdzieści lat temu nie wyłaniają się trwałe formacje walczące o zmianę w określonych dziedzinach, jak ekologia, pacyfizm itd. Ruchy społeczne są w stanie ograniczyć swoją efemeryczność, jedynie wyłaniając lidera i przekształcając się w partie polityczną lub asekurując się słabnącymi instytucjami starego typu jak związki zawodowe.

Dziesięć lat temu cieszyłem się na wizję rozpadu sztywnych instytucji medialnych kontrolujących, co nadaje się publicznie do powiedzenia, a co należy przemilczeć. Niespecjalnie poważałem też stare partie polityczne, ku czemu było 100 powodów. Dziś jednak obserwując efekty komunikacyjnej rewolucji, nie sądzę, że mamy się z czego cieszyć. Można łatwiej przebić się do sfery publicznej ze swoją narracją, ale nie ma to już znaczenia. Jakość debaty publicznej systematycznie spada, co ma związek z malejącą ilością środków na uprawianie dziennikarstwa i nowymi przyzwyczajeniami publiczności. Liderzy polityczni mają więcej władzy niż kiedykolwiek, a politycy generalnie w mniejszym stopniu są kontrolowani. Jeśli dziś mamy poczucie, że świat polityki jest schyłkowy, śmieszny i żenujący, to niestety nasze możliwości są dość ograniczone. Albo od czasu do czasu będziemy dawali się ponieść ruchom społecznym i krótkiemu romantyzmowi działania, albo powinniśmy szukać nowego lidera w nadziei, że uda mu się żeglować trochę przeciw fali.

**Dziennik Opinii nr 85/2015 (869)

Bio

Maciej Gdula

| dr hab. nauk społecznych, publicysta Krytyki Politycznej
Socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: "Style życia i porządek klasowy w Polsce" (2012, wspólnie z P. Sadurą), "Oprogramowanie rzeczywistości społecznej" (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i "Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne" (2015), „Nowy autorytaryzm” (2018).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.