Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Gdzie trzymać prąd? Polska musi skończyć z marnotrawstwem

Polska w krótkim czasie rozbudowała możliwości odnawialnych źródeł energii. Tymczasem za magazynowanie nadwyżek prądu zabiera się na poważnie dopiero teraz.

ObserwujObserwujesz
Walka

Boom na fotowoltaikę wygenerował znaczny wzrost mocy produkcyjnej czystej energii w Polsce, ale też nowe wyzwania. Nie uda się trwale zwiększyć udziału OZE w miksie energetycznym bez instalacji magazynujących nadwyżki prądu, by móc wykorzystywać słoneczne i wietrzne dni także wtedy, gdy na niebie są chmury, a w powietrzu cisza. Magazynowanie to wciąż jedno z wąskich gardeł polskiego systemu elektroenergetycznego, chociaż w ostatnich dwóch latach zaszły w tym obszarze zmiany na lepsze. Niestety niewystarczające.

Wyrzucanie prądu do śmieci

Wzrost znaczenia odnawialnych źródeł energii nad Wisłą na przestrzeni dekady jest spektakularny. Według danych Forum Energii w całym 2015 roku udział OZE w łącznej produkcji prądu przekraczał jedną trzecią podczas zaledwie 25 godzin. Jeszcze w 2019 roku było ich tylko 68. W 2025 roku takich godzin było już 3,4 tysiąca. W ciągu kilku lat polski krajobraz energetyczny zmienił się nie do poznania. W 2019 roku maksymalny udział OZE wynosił 38 proc. W zeszłym roku rekord wyniósł 73 proc., co znaczy, że w pewnym momencie prawie trzy czwarte energii produkowanej w Polsce pochodziło ze źródeł odnawialnych.

Czytaj także Na brak prądu zielony prąd? Wnioski z blackoutów [rozmowa] Paulina Januszewska

Problem w tym, że znaczącemu wzrostowi produkcji prądu z OZE towarzyszy regularny przyrost skali jego marnowania. Zamontowane już instalacje odpowiadają za ponad połowę łącznych mocy w całym kraju. Wyprodukowały one jednak tylko jedną trzecią prądu. Oczywiście bezpośrednim powodem jest niestabilność tego typu produkcji. Przykładowo w styczniu zeszłego roku średnia generacja prądu przez panele PV była najwyższa o godzinie 11 i wynosiła 2,5 gigawatogodziny (GWh). W sierpniu o tej samej porze średnia produkcja wyniosła niespełna 10 GWh, czyli cztery razy więcej. Jeszcze większe różnice występują między poszczególnymi dniami miesiąca, gdyż jednego dnia panele pracują pełną parą, a drugiego wcale. Mając rozwiniętą sieć magazynowania, można optymalnie tymi nadwyżkami i niedoborami zarządzać.

W Polsce sieć magazynów jest dopiero rozwijana i w ostatnich latach nie nadążała za przyrastaniem mocy. Jeszcze w 2023 roku zmarnowało się tylko 0,1 terawatogodziny (TWh) wyprodukowanej przez lądowe farmy wiatrowe i komercyjne instalacje PV. Te dane nie obejmują prosumentów, czyli paneli montowanych na dachach i posesjach gospodarstw domowych, a czasem nawet na balkonach w budynkach wielorodzinnych. Mowa tylko o instalacjach o skali przemysłowej. W 2024 roku zmarnowało się już 0,7 TWh, a w zeszłym roku aż 1,4 TWh – 0,4 z farm wiatrowych i równe 1 TWh ze słońca. Aż 98 proc. energii utraconej wynikało z „przyczyn bilansowych”, czyli zbyt dużej produkcji. Pozostałe dwa procent to kwestie sieciowe, takie jak awarie.

Sprzedający płaci

W tym roku ten trend się utrzymał. Według danych Forum Energii w kwietniu 2026 roku zanotowano rekord „nierynkowego redysponowania wielkoskalowych farm wiatrowych i PV”, czyli – mówiąc po ludzku – ilości prądu, który nie trafił do sieci. W pierwszych czterech miesiącach tego roku zmarnowało się 642 GWh – gdyby to ekstrapolować na kolejne miesiące, w 2026 roku utracimy 2 TWh energii elektrycznej, czyli o niespełna połowę więcej, niż w 2025 roku.

Co więcej, w kwietniu zanotowano również najwięcej w historii godzin z „ujemnymi cenami na Rynku Dnia Następnego”. Mówiąc w dużym uproszczeniu, prądu w systemie było tak dużo, że trzeba byłoby dopłacić, żeby się go pozbyć. Oczywiście nikt tego nie robi, po prostu potencjalna wytwórczość energii nie trafia wtedy do sieci i się marnuje. Łącznie w całym miesiącu zanotowano sto takich godzin, tymczasem poprzedni rekord – z czerwca 2025 roku – wynosił 92. W całym 2025 roku było 400 godzin z cenami ujemnymi, czyli dwukrotnie więcej, niż w roku wcześniejszym. Padł również rekord najniższej ceny w historii (-528 zł za MWh w czerwcu).

Gdyby system był obudowany magazynami, nadwyżki trafiałyby do nich. Ich przyrost jest całkiem efektowny, problem w tym, że trwa to dopiero od dwóch lat. Według danych Agencji Rynku Energii na koniec zeszłego roku do sieci podłączonych było niecałe 114,5 tys. magazynów energii. Rok wcześniej było ich ponad 47 tys., więc 2,5 razy mniej. Aż 112,5 tys. urządzeń należało do mikroinstalacji o pojemności poniżej 50 kWh. Najczęściej były własnością osób prywatnych, które montują je w celu zarządzania własną produkcją, dzięki czemu nie muszą korzystać z płatnego prądu z sieci.

Polska daleko za Bułgarią

Według danych ARE pojemność polskich magazynów energii w 2025 roku wyniosła niespełna 9 GWh. Za ponad 7,5 GWh odpowiadały jednak instalacje szczytowo-pompowe. To rodzaj elektrowni wodnych, które funkcjonują w systemie jako magazyny prądu. Sposób ich działania jest całkiem prosty. Posiadają dwa zbiorniki – górny i dolny. Gdy w systemie pojawia się nadwyżka energii, trafia ona do elektrowni szczytowo-pompowej (ESP), której turbina pompuje wodę z dolnego zbiornika do górnego. W ten sposób nadmiarowa ilość prądu jest magazynowana w skumulowanej na górze wodzie. Gdy pojawia się potrzeba jej użycia, turbina pompuje wodę w dół, produkując prąd.

Czytaj także Czy Polakom zabraknie prądu? Michał Sutowski

Tego typu instalacje mają liczne zalety i wady. Do zalet zalicza się ich ogromna pojemność – elektrownia w Żarnowcu może pomieścić aż 3,6 GWh energii. To zupełnie nieporównywalne z żadnymi działającymi w Polsce magazynami bateryjnymi (BESS – battery energy storage system), które łącznie zbliżają się do 1,5 GWh. Największa elektrownia szczytowo-pompowa znajduje się w Fengning w Chinach – jej pojemność to aż 40 GWh. Poza tym ESP są wyjątkowo długowieczne. Podczas gdy magazyny bateryjne z biegiem czasu wyczerpują swoją moc i pojemność, instalacja ESP może działać nawet sto lat.

Problem w tym, że do budowy ESP potrzeba warunków środowiskowych, tymczasem uboga w wodę Polska ich nie posiada, więc możliwości rozbudowy takiej infrastruktury są ograniczone. ESP istotnie ingerują też w środowisko, zaburzając ekosystem zbiornika wodnego. Co więcej, efektywność ESP jest stosunkowo niewielka, gdyż marnowana jest w nich nawet jedna trzecia trafiającego tam prądu. Dlatego też z perspektywy przyszłości niezbędne jest rozwijanie infrastruktury BESS.

Według danych Eurostatu w 2024 roku pojemność bateryjna w Polsce osiągnęła niespełna 688 MWh. Rok wcześniej było to ledwie 138 MWh, więc zanotowano kilkukrotny wzrost tylko w ciągu roku. W zeszłym roku wzrosła dwukrotnie, jednak ten wynik był daleki od europejskiej czołówki. Według raportu EU Battery Storage Market Review 2025 na pierwszym miejscu znalazły się Niemcy (6,6 GWh nowej pojemności), na drugim Włochy (niespełna 5 GWh), a na trzecim nieoczekiwanie Bułgaria, w której rozbudowa nowych elektrochemicznych zasobników energii zwiększyła się o… 1152 proc. rok do roku, co oznaczało dodatkowe 2,5 GWh pojemności. Za Bułgarami znaleźli się Holendrzy (1,7 GWh) i Hiszpanie (1,4).

Dmuchanie na zimne

W Bułgarii niebywały wzrost tego rynku był napędzany przez środki z tamtejszego odpowiednika KPO. Polska jest spóźniona z realizacją programu odbudowy i odporności. Dopiero w tym roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej uruchomił program dotacji dla osób fizycznych inwestujących w magazyny energii – wnioski można było składać w okresie od 30 marca do 24 kwietnia 2026 roku. Mowa o drobnych instalacjach, mogących pomieścić kilka kilowatogodzin energii. Równocześnie rząd planuje jednak odcięcie od takich inwestycji części społeczeństwa.

Przygotowywane właśnie rozporządzenie Warunki Techniczne 2026, które wejdzie w życie we wrześniu, nakłada szereg restrykcji na osoby chcące zainstalować własne baterie powyżej 2 kWh. Wśród wielu nowych obowiązków kluczowe jest jedno – wydzielenie pomieszczenia technicznego dla przydomowego magazynu. Zakazane będzie instalowanie ich w lokalach mieszkalnych, na balkonach, klatkach schodowych czy nawet nieużywanych poddaszach i strychach. Mieszkańcy budynków wielorodzinnych będą musieli obejść się smakiem, gdyż parametry większości najpopularniejszych domowych systemów modułowych osiągają 2,2-2,5 kWh.

Oczywiście to kwestia dbałości o bezpieczeństwo. Pytanie jednak, czy restrykcje nie idą zbyt daleko. Mowa przecież o naprawdę małych urządzeniach, które można zamontować na ścianie, położyć na biurku albo nawet wziąć pod namiot. Posiadacze pojazdów elektrycznych (EV) mogą nimi bez problemu stawać na publicznych parkingach czy parkować w podziemiach bloków, chociaż ich baterie osiągają 40-80 kWh, czyli są nawet 40 razy większe. Poza tym w systemach domowych montowane są systemy litowo-żelazowo-fosforanowe, których awaryjność jest dużo mniejsza niż litowo-jonowych, zainstalowanych w starszych samochodach EV. Mimo to nie notujemy serii pożarów wywołanych przez pojazdy elektryczne.

Czytaj także Sztuczna inteligencja nie zabierze nam pracy, tylko prąd Piotr Wójcik

Wielkie zaskoczenie: prąd trzeba gdzieś magazynować!

Dotychczas motorem rozwoju potencjału bateryjnego nad Wisłą byli prosumenci, jednak rządzący ewidentnie stawiają na rozbudowę wielkoskalowych zasobników bateryjnych. Zasadniczo jest to nawet słuszne, problem w tym, że ich wciąż brakuje. Pierwsza tego typu instalacja uruchomiona została dopiero w tym roku w Starym Grodkowie. Magazyn francuskiej spółki EDF pomieści 120 MWh, więc nie jest przesadnie duży.

Rząd dofinansował jednak 172 wielkoskalowe projekty, które zwiększą możliwości gromadzenia energii w Polsce o 14,5 GWh do 2028 roku. Największym z nich jest Magazyn Energii Żarnowiec, budowany od zeszłego roku przez Polską Grupę Energetyczną. Uruchomiony zostanie w drugim kwartale 2027 roku, a jego potencjał to niespełna 1 GWh, co będzie go stawiać w gronie największych magazynów bateryjnych w Europie. Żarnowiec będzie więc tylko nieco mniejszy od całej pojemności bateryjnej, jaka dotychczas została zainstalowana w kraju. Do 2035 roku PGE zamierza rozbudować swoje zasoby do 18 GWh, z czego 8 GWh będą stanowić BESS.

Trudno nie zauważyć, że Polska jest spóźniona. Rozbudowała w krótkim czasie możliwości OZE, tymczasem za magazynowanie nadwyżek zabiera się na poważnie dopiero teraz. W 2025 roku w całej UE przybyło 27,1 GWh nowych BESS, zaś w Polsce ok. 0,7 GWh. Cała pojemność zainstalowana w Europie przekracza 77 GWh, więc Polska odpowiada za niespełna 2 proc. Rozwój OZE w kraju najwyraźniej zaskoczył samych rządzących, którzy nie zorientowali się w porę, że wytwarzany przez nie prąd trzeba jeszcze gdzieś trzymać.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x