Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Chwiejny sukces i umiarkowana rewolucja. Rynek już weryfikuje skuteczność reformy PIP

Już 8 lipca wejdą w życie przepisy reformujące PIP. Choć w kampanii Lewicy i resortu pracy przeczytamy o „reformie, na którą urząd i pracownicy czekali latami”, w praktyce mamy do czynienia raczej z nowelizacją niż gruntowną naprawą instytucji.

Dziennikarka ekonomiczna
Uśmiechnięta Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w czerwonej marynarce, z uniesionymi rękami na tle budynku Państwowej Inspekcji Pracy, po prawej stronie Donald Tusk pokazujący gest "figi z makiem" (fotomontaż)
Kontekst

💼 8 lipca wejdą w życie nowe przepisy dotyczące działania Państwowej Inspekcji Pracy. Rząd przekonuje, że reforma ma ograniczyć nadużywanie samozatrudnienia i fikcyjnych umów B2B.

📉 Polska od lat należy do państw z wysokim udziałem niestandardowych form zatrudnienia. Według danych ZUS zdecydowana większość samozatrudnionych odprowadza minimalne składki emerytalne, co w przyszłości może zwiększyć koszty dla państwa.

🏛️ Wzmocnienie kompetencji PIP było jednym z tzw. kamieni milowych wymaganych do uruchamiania środków z KPO. Ostateczny kształt reformy został jednak znacząco złagodzony w trakcie negocjacji koalicyjnych.

📊 Mimo zapowiedzi zmian liczba jednoosobowych działalności gospodarczych nadal szybko rośnie. Część firm i pracowników uznaje, że korzyści podatkowe z przechodzenia na B2B wciąż przewyższają ryzyko kontroli.

Płacz

1

To, co ostatecznie zaakceptowano w trybie wewnątrzkoalicyjnych negocjacji, jest wykastrowaną wersją pierwszego projektu resortu pracy. Absolutnym minimum, które Komisja Europejska była w stanie uznać za spełnienie kamienia milowego KPO o zwalczaniu segmentacji rynku pracy.

Jak słusznie dostrzeżono w Brukseli, rozwarstwienie w dostępie do zabezpieczeń społecznych, które wprost wynika z omijania umów o pracę, prowadzi do utraty społecznej spójności i staje się dla państwa kosztem odłożonym w czasie. Dobrze pokazał to choćby głośny raport pt. Dobrowolne ubóstwo, który dla ZUS w 2024 roku przygotowała Polska Sieć Ekonomii. Badacze wykazali w nim, że 99,2 proc. wszystkich samozatrudnionych odprowadza minimalne składki na ubezpieczenia społeczne. Do ich emerytur w przyszłości słono będzie więc dopłacać państwo.

Brak ochrony wynikającej z prawa pracy stwarza też szereg innych zagrożeń – jak dużo słabsze zabezpieczenie przed zwolnieniem, brak prawa do L4 czy płatnego urlopu. Za dzisiejsze oszczędności samozatrudnionych wszyscy zapłacimy cenę – również w sensie dosłownym – w przyszłości. Problem jest realny i mierzalny, a nadchodzące wzmocnienie PIP w niewielkim stopniu przybliża nas do jego rozwiązania.

Wykastrowana reforma

Przypomnijmy, że w pierwszych projektach resortu pracy założono ambitny (biorąc pod uwagę, że przepisy musiały potem uzyskać akceptację Koalicji Obywatelskiej i PSL-u) plan nadania inspektorom kompetencji przekształcania umów. Wersja, która wkrótce zacznie obowiązywać, została złagodzona do tego stopnia, że w trakcie kontroli inspektor będzie zobowiązany do podpowiedzenia pracownikowi i pracodawcy – jeśli będzie to zgodne z ich wolą – co muszą zrobić, by móc dalej (współ)pracować na podstawie samozatrudnienia.

O co chodzi? Dajmy na to fakturowiec jest wpisany w firmowym grafiku na dyżury w określonych godzinach i musi odbywać je w biurze. To mocna przesłanka wskazująca na pracę w określonym czasie i miejscu, co jest typowe dla stosunku pracy. W takiej sytuacji inspektor uprzejmie podpowie – jeśli strony chcą utrzymać zatrudnienie na B2B – że trzeba z tych dyżurów zrezygnować.

Uczciwie należy przyznać, że tak zaplanowane przepisy mają potencjał uporządkowania stosunków pracy i wprowadzenia jasnego podziału na to, co faktycznie jest podwykonawstwem, a co pracą w rozumieniu Kodeksu pracy. Można bowiem wyobrazić sobie osobę, która faktycznie ma kilka źródeł zarobków, a jasne postawienie sprawy pozwoli jej też stawiać granice zleceniodawcy: nie, nie możecie ściągać mnie do biura, nie, nie możecie kazać mi pracować w weekend.

Jest też druga strona medalu. Przepisy w nowym kształcie mogą stać się formą legitymizacji wypychania pracowników na fikcyjne B2B.

Samo powstanie prawa pracy opiera się na założeniu, że relacja, w której występuje hierarchiczna i finansowa zależność, nie może być równa. Jedna strona ma wyraźną władzę ekonomiczną i symboliczną nad drugą. Założenie, że w przypadku kontroli PIP wola obydwu stron będzie miała takie samo znaczenie, jest sprzeczne z rzeczywistą dynamiką relacji przełożony-pracownik. Nawet jeśli inspektor zapewni pracownikowi poufność, ten podejmując decyzję będzie miał świadomość, że kontrola kiedyś się skończy, a po niej przyjdzie czas decyzji o podwyżkach, awansach i podziale zadań.

Choć przepisy chronią pracownika, któremu przekształcono umowę przed zwolnieniem, pracodawca dysponuje licznymi możliwościami umykającego przepisom o zapobieganiu odwetom. W tym sensie przenoszenie ciężaru odpowiedzialności z inspektorów na „strony” i ich „wolę”, jest istotnym osłabieniem funkcji ochronnych ustawy.

Jakimś jednak cudem rządowi udało się przekonać Brukselę do tego planu minimum. Lewica może po swojemu odtrąbić naciągany sukces, a rząd pochwalić się kolejną transzą środków wypłaconych z KPO. Chwiejność tego sukcesu i umiarkowaną przełomowość reformy odnotowuje jednak rynek. Poziom obaw firm (niski) czy liczba nowopowstałych JDG (wysoka) najlepiej oddaje, jak umiarkowanie obeszła przedsiębiorców ta reforma.

Pół miliona jednoosobowych firm, które nikogo nie zatrudniają

W ostatnim kwartale 2025 roku, gdy opinia publiczna wiedziała już o planach rządu na wzmocnienie PIP, odnotowaliśmy absolutny rekord w liczbie działających w Polsce jednoosobowych działalności gospodarczych, które nikogo nie zatrudniają i mają jedno główne źródło dochodu. Na koniec minionego roku było ich już ponad pół miliona. Dokładnie – 509 tysięcy.

Jeszcze większe wrażenie od liczb nominalnych robi w tym przypadku skala przyrostu. Zaledwie rok wcześniej, pod koniec 2024 roku, samozatrudnionych, co do których domniemywać możemy, że w istotnej części są de facto pracownikami, było w Polsce 384 tysięcy. W rok przybyło więc 125 tysięcy nowych JDG. To wzrost o 33 procent w 12 miesięcy.

Ktoś może powiedzieć, że etap prac legislacyjnych to za wcześnie, by wyciągać wnioski. Spójrzmy więc na inne dane, zebrane w marcu tego roku, gdy ostateczny kształt nowych przepisów był już powszechnie znany. Wiosną nastroje pracodawców wobec „elastycznych form zatrudnienia” (to rzekomo eleganckie, obowiązujące w świecie biznesu określenie na nie-etaty i śmieciówki) zbadał EY i platforma Giglike.

Wnioski? Aż 60 proc. badanych firm nadchodzące zmiany w przepisach o PIP ocenia jako neutralne dla „elastyczności pracy”, nie spodziewając się, że znacznie zachwieją one tzw. gigeconomy, czyli wizją gospodarki, w której pracownicy funkcjonują jak wolne elektrony, łapiąc zlecenia od firm, które nie muszą ponosić kosztów utrzymywania ich na etatach. Jeszcze parę lat temu, w okolicach pandemii, część badaczy wierzyła, że to kierunek, w którym zmierza platformizujący się, nomen omen, rynek pracy. Dziś widać znaczący spadek tego trendu i jasne staje się, że prognozy masowego porzucania etatów i zabezpieczeń społecznych były raczej projekcją liczących na oszczędności firm, niż szczerą wolą pracowników.

Uczciwie trzeba dodać, że odsetek firm, które spodziewają się, że reforma coś zmieni, nie jest marginalny – mowa o co czwartej organizacji. Znacznie przeważają jednak sceptycy, którzy nawet wtedy, gdy za sprawą politycznej awantury Kodeks pracy znalazł swoje miejsce w debacie publicznej, nie obawiają się zmian.

Sprawczość, w którą nikt nie wierzy

Dlaczego? Po pierwsze: tak wielu zaniedbań, które przełożyły się na wizerunek PIP, nie da się odrobić w krótkim czasie. Stopniowe rozbrajanie instytucji, choćby przez brak sensownego finansowania przy jednoczesnym dokładaniu kolejnych obowiązków, trwa od wielu lat. Bezzębność Polskiej Inspekcji Pracy nie jest tajemnicą, a wykastrowanie projektu ustawy tylko przypieczętowało jej niewielką sprawczość. Skoro rząd nie uważa, by silna PIP była ważna dla funkcjonowania państwa, dlaczego obywatele mieliby ją jako taką postrzegać?

Po drugie: przyrost, który widzimy w danych GUS, wynika prawdopodobnie z faktu, że dla części samozatrudnionych o najlepszych zarobkach bodziec fiskalny jest dużo silniejszy niż obawa, że ktoś może ich umowę zweryfikować. Gdyby na wadze położyć potencjalne konsekwencje i doraźne zyski finansowe, dla posiadaczy tzw. luksusowych śmieciówek szala wciąż przechyla się na korzyść tych drugich.

Kluczowe znaczenie ma tu sposób konstrukcji systemu podatkowego. A raczej brak waloryzacji progów, który prowadzi do zjawiska bracket creep. W opublikowanej kilka miesięcy temu w „Gazecie Wyborczej” rozmowie na jego rolę zwracała mi uwagę Justyna Klejdysz, badaczka systemów podatkowych. Jej zdaniem to brak zmian w wysokości progów podatkowych po 2022 roku, przy jednoczesnym szybkim tempie wzrostu płac w latach 2023-2024 (przez wiele miesięcy średnie zarobki rosły w tempie kilkunastu procent rok do roku) powoduje, że część osób szuka drogi ucieczki przed 32-procentową stawką podatku. Skoro zawsze można się wykręcić wolą stron, to czemu nie spróbować B2B?

To sugeruje, że z segmentacją rynku pracy, nie poradzimy sobie tylko dalszym wzmacnianiem PIP. Nieodłączonym elementem tej walki musi być reforma podatkowa. W scenariuszu idealnym – nie tyle waloryzująca progi podatkowe, ile wprowadzająca większą progresję, w której nauczycielka z najwyższym stopniem awansu zawodowego i całą pulą nadgodzin nie płaci takiej samej stawki podatku, jak dyrektor finansowy w korporacji.

**

Maria Korcz – dziennikarka społeczna i ekonomiczna Wyborczej.biz. Pisze o pracy, nierównościach i wpływie polityki na zmiany gospodarcze. Absolwentka ekonomii na UEP i studiów „Język i Społeczeństwo” na UW. Uczestniczka programu Komisji Europejskiej dla młodych dziennikarzy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x