Jakub Majmurek: Odwołanie Aleksandra Miszalskiego to klęska także krakowskiej Nowej Lewicy i jej projektu politycznego?
Tomasz Leśniak: Nasza współpraca z Aleksandrem Miszalskim układała się dobrze, mieliśmy sporą swobodę działania. Zwłaszcza w obszarach, za które odpowiadała wiceprezydentka Maria Klaman, czyli w mieszkalnictwie, edukacji i polityce społecznej.
Mam poczucie, że w tym krótkim okresie 2 lat po 22 latach prezydentury Jacka Majchrowskiego sporo udało się w tych dziedzinach zrobić. Kraków będzie miał w końcu miejską Społeczną Inicjatywę Mieszkaniową, uruchamiamy konkursy architektoniczne na mieszkania społeczne na wynajem, w mieście zaczęła działać Rzeczniczka Praw Lokatorów i jako pierwsze miasto wojewódzkie zmniejszyliśmy maksymalną wielkość grup w przedszkolach samorządowych. Nie byłoby tych zmian bez naszej współpracy.
Czemu w takim razie referendum się udało? Co sprawiło, że mieszkańcy Krakowa odrzucili projekt, firmowany także przez lokalną Nową Lewicę?
Na pewno wyzwaniem było przejęcie rządów po pięciu kadencjach Jacka Majchrowskiego. Sama reorganizacja pracy tak dużego urzędu miasta trwa około 1-1,5 roku, a przez pierwsze pół roku działaliśmy w oparciu o budżet poprzednika. Ze względu na relatywnie wysokie zadłużenie miasta, jakie odziedziczyliśmy, musieliśmy też w dość krótkim czasie przeprowadzić podwyżki opłat za wywóz śmieci, parkowanie i komunikację miejską.
Jest wreszcie Strefa Czystego Transportu, polegająca na tym, że mieszkańcy Krakowa nie mogą już rejestrować samochodów niespełniających określonych norm emisji (mogą jednak ich używać do momentu śmierci technicznej pojazdów, jeśli zarejestrowali je przed wejściem w życie SCT), a „niemieszkańcy” po kilkuletnim okresie przejściowym stracą możliwość wjazdu do Krakowa samochodami niespełniającymi norm. Uważam, że tu zarówno Jackowi Majchrowskiemu, jak i Aleksandrowi Miszalskiemu należy się szacunek za odwagę. Kraków – w przeciwieństwie do takich miast jak Warszawa, Szczecin czy Katowice – wprowadził Strefę Czystego Transportu, która będzie miała realny wpływ na jakość powietrza w mieście. Według urzędowych szacunków SCT w ciągu kilku lat zmniejszy emisję rakotwórczych tlenków azotu o około 30 procent.
Pod warunkiem, że strefy nie zlikwiduje przyszły prezydent.
Istnieje takie ryzyko. Obawiam się teraz backlashu w polityce transportowej. Kraków był pod tym względem – na tle innych miast – dość progresywny. Już prezydent Majchrowski inicjował działania ukierunkowane na uspokojenie ruchu w centrum miasta. Natomiast prawica w referendum sprawnie wplotła temat SCT w swoją agendę antyunijną i zmobilizowała mieszkańców podkrakowskich gmin.
Oni przecież nie głosowali.
Nie, ale generowali znaczną część ruchu w internecie wokół tematu referendum. Z danych wynika, że najwięcej głosów wzywających do odwołania Miszalskiego pochodziło z podkrakowskich gmin. Te głosy docierały do mieszkańców Krakowa i miały wpływ na debatę publiczną. Jednocześnie badania pokazały, że mieszkańcy samego Krakowa w większości popierają strefę – głosy rozkładają się mniej więcej w proporcjach 70 proc. za, 30 proc. przeciw. Czyli zgodnie z wynikiem referendum – bo wzięło w nim udział 30 proc. osób.
Czy ta sytuacja nie pokazuje, że SCT wprowadzona była zbyt szybko, bez należytych konsultacji i że ludzie raczej oburzają się o to, że ktoś im ogranicza wolność poruszania, zwłaszcza jak nie stać ich na nowy samochód, niż doceniają efekty zdrowotne?
Mam wrażenie, że zadziałał tu raczej typowy dla Koalicji Obywatelskiej brak odwagi w komunikowaniu własnej polityki. Prezydent, zamiast skoncentrować się na korzyściach zdrowotnych płynących z ograniczenia emisji tlenków azotu, tłumaczył, że SCT wynika ze zmian ustawowych wprowadzonych przez PiS. I to też jest prawda, ale jakie to ma znaczenie dla mieszkańców?
Jeśli chodzi o konsultacje społeczne, to one zaczęły się jeszcze w czasach prezydenta Majchrowskiego. Zawiodła natomiast komunikacja z ościennymi samorządami. Myślę, że wprowadzeniu SCT powinno towarzyszyć doinwestowanie transportu zbiorowego z podmiejskich gmin.
Słyszałem jednak zarzuty, że miasto jednocześnie wprowadza SCT – a więc w języku prawicy „walczy z samochodami” – a z drugiej podnosi ceny biletów komunikacji miejskiej, obniżając atrakcyjność cenową alternatyw dla samochodu. To nie była wewnętrznie sprzeczna polityka?
Podwyżki wynikały głównie ze wzrostu cen paliwa i energii w ostatnich latach. Warto przy tym zaznaczyć, że w tym samym czasie mocno rosły wynagrodzenia w Krakowie, więc dostępność cenowa biletów po podwyżkach nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Bilet miesięczny w cenie 99 złotych to – poza Warszawą – najbardziej atrakcyjna cenowa oferta w mieście wojewódzkim, w relacji do mediany i średniego wynagrodzenia.
Ale już bilety jednorazowe są na tle innych dużych miast dość drogie.
Są, ale to świadoma polityka – chcemy by tańsze były bilety dla regularnie korzystających z komunikacji miejskiej mieszkańców, a droższe dla turystów czy osób odwiedzających miasto w celach biznesowych. Oczywiście, wolelibyśmy nie wprowadzać żadnych podwyżek, ale – jak wspomniałem – odziedziczyliśmy taką, a nie inną sytuację budżetową.
Czy ta sytuacja z „buntem” ościennych gmin nie pokazuje, że polskie miasta bardzo potrzebują ustawy metropolitalnej? Może błędem jest myślenie o Krakowie tylko w administracyjnych granicach miasta, bez uwzględnienia Krzeszowic, Wieliczki czy Proszowic?
Nawet bez ustawy metropolitalnej dało się lepiej podzielić koszty związane z transportem publicznym i przedstawić taką ofertę razem ze wprowadzeniem SCT. Natomiast ustawa metropolitalna jak najbardziej przydałaby się Krakowowi. Przełożyłaby się na większe wpływy do samorządowego budżetu i lepsze możliwości koordynacji działań z okolicznymi gminami, np. w obszarze transportu i polityki antysmogowej. Dlatego jestem rozczarowany tempem prac nad ustawą.
Nagrał pan wideo wzywające mieszkańców, by nie szli na referendum. Czy taktyka na demobilizację nie była błędem?
Konstrukcja instytucji referendum odwoławczego w Polsce poniekąd wymusza stawianie na demobilizację przez organy samorządowe, które są zagrożone odwołaniem. Obawialiśmy się raczej, że część zwolenników prezydenta Krakowa pójdzie zagłosować, nieświadomie przyczyniając się do jego odwołania. Tak było w Zabrzu. Dlatego potrzebujemy reformy instytucji referendum odwoławczego, tak by obu stronom konfliktu opłacało się walczyć o wysoką frekwencję.
Zniechęcając do głosowania nie narażacie się na zarzuty lekceważenia mechanizmów demokracji bezpośredniej?
Przekonywaliśmy mieszkańców, że wyborcy, którzy chcą, żeby Aleksander Miszalski pozostał na stanowisku, idąc do referendum i głosując przeciwko odwołaniu dostaną przeciwieństwo tego, na co głosowali.
Pojawiają się głosy, że krakowski przypadek pokazuje, że taktyka na demobilizację nie działa przy tak dużym poziomie polaryzacji i konfliktu politycznego. Nie jestem do końca przekonany. W Krakowie zadecydowały tylko trzy punkty procentowe. Warto pamiętać, że otoczenie Łukasza Gibały wpompowało w kampanię gigantyczne pieniądze. Opłacili reklamy w ogólnopolskich mediach, reklamę zewnętrzną, kampanię online – to są moim zdaniem koszty na poziomie kilku milionów złotych. Takiego splotu okoliczności nie widać w innych dużych miastach.
W czwartek przed referendum radni KO i Nowej Lewicy zerwali kworum na specjalnej sesji Rady Miasta, gdzie dyskutowany miał być Plan Ogólny Miasta Krakowa. To nie utwierdziło ludzi w przekonaniu, że władze w mieście są aroganckie i odmawiają rozmowy z przedstawicielami mieszkańców?
Zerwanie sesji było politycznym błędem. Opozycja zwołała ją, żeby podgrzać emocje przed weekendem referendalnym, ale ja nie widziałem takiego zagrożenia. Należało na tą sesję iść i uczciwie porozmawiać o planie. Urzędnicy pracują obecnie nad jego uzasadnieniem i we wrześniu gotowy projekt zostanie poddany konsultacjom społecznym.
Ale ostatecznie pan nie poszedł?
Tak zadecydował nasz większy koalicjant, nie było sensu spierać się o to przed referendum. Dyskusja odbyła się ostatecznie podczas sesji zwołanej przez nas 27 maja.
Nowa Lewica wystawi swojego kandydata w przedterminowych wyborach?
Marszałek Czarzasty zapowiedział to już w zeszły poniedziałek.
Są jakieś pomysły, kto by mógł wystartować? Czy miałby to być ktoś z radnych, czy osoba spoza polityki, identyfikująca się z lewicowymi wartościami?
Krakowska Nowa Lewica ma wielki atut w postaci popularnej posłanki Darii Gosek-Popiołek i najrozsądniejszym ruchem będzie postawienie na nią.
Posłanka Gosek-Popiołek, gdy jeszcze była polityczką Razem, wynegocjowała porozumienie tej partii w wyborach samorządowych z Łukaszem Gibałą – politykiem, który istotnie przyczynił się do sukcesu referendum.
Decyzja Razem wynikała z uprzedzeń do polityków Koalicji Obywatelskiej. To był błąd. Dziś Gibała bardzo mocno przesunął się na prawo, odciął się od jakichkolwiek związków z lewicą i ruchami miejskimi.
Co Nowa Lewica po dwóch latach rządów w mieście wspólnie z Miszalskim może położyć na stole i powiedzieć: proszę, dowieźliśmy?
Udało nam się zainicjować głęboką zmianę w polityce mieszkaniowej. Właściwie wszystkie władze lokalne w Krakowie od początku lat 90. traktowały mieszkalnictwo miejskie wyłącznie jako narzędzie polityki socjalnej, ograniczone do osób w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej. Miasto nie miało w zasadzie żadnej oferty dla osób w luce czynszowej – zbyt zamożnych na najem komunalny, a niedostatecznie zamożnych, by wynająć lub kupić mieszkanie odpowiednie do swoich potrzeb. Jesteśmy jedynym miastem wojewódzkim, które w latach 90. nie zdecydowało się na powołanie swojego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. A dzięki nam nadrabiamy te zaległości. W grudniu ubiegłego roku przyjęliśmy uchwałę o wyrażeniu zgody na powołanie Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej, która będzie budowała mieszkania na dostępny cenowo wynajem.
To będzie nośny temat w przedterminowych wyborach na prezydenta miasta?
W badaniach Barometru Krakowskiego mieszkańcy wskazują wysokie koszty życia jako jeden z najważniejszych problemów związanych z jakością zamieszkania w Krakowie. Można to interpretować bardzo szeroko, ale wysokie koszty wynajmu i kupna mieszkań stanowią istotną część problemu. Rynek najmu został zniszczony przez najem krótkoterminowy, który jest bardziej opłacalny od tradycyjnego, długoterminowego wynajmowania mieszkań.
Sytuację powinny zmienić ustawowe zmiany, które są zapowiadane przez rząd na ten rok. Dzięki nim zyskamy jako samorząd możliwość ustanawiania obszarów, w ramach których nie będzie możliwości wynajmowania mieszkań turystom. Z kolei wspólnoty mieszkaniowe będą mogły zablokować możliwość prowadzenia tego typu działalności.
Więc tak, temat mieszkaniowy mocno wybrzmi w kampanii. Pokazuje to choćby powszechne oburzenie mieszkańców na próbę eksmisji lokatorów z należących do zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich kamienic na ulicach Józefa i Bożego Ciała na Kazimierzu, gdzie deweloper chciał zbudować hotel. Nie pamiętam, kiedy ostatnio temat łamania praw lokatorów w Krakowie wywołał tak duże emocje. Brzmi to jak żart, ale też nieprzypadkowo Marianna Schreiber zapowiadając start w wyborach w Krakowie zadeklarowała, że będzie budować mieszkania komunalne.
Główną konkurentką waszej kandydatki nie będzie jednak pewnie Marianna Schreiber, tylko Aleksandra Owca z Partii Razem. Jak można się spodziewać, będzie ona krytykować Nową Lewicę za to, że firmowała rządy Miszalskiego, nie będąc przy tym w stanie nic realnie zmienić w mieście. Jak na to odpowiecie?
Pokazując to, co zrobiliśmy w dwa lata. Jako radni Nowej Lewicy zabezpieczyliśmy blisko 40 milionów złotych na inwestycje w dzielnicach, w tym między innymi modernizacje szkół, nasadzenia drzew i remonty miejskich pustostanów. Jako jedyne miasto w Polsce odpowiedzieliśmy na niż demograficzny zmniejszając maksymalną wielkość grup w przedszkolach, zamiast likwidować oddziały. Po wielu latach walki ochroniliśmy Zakrzówek przed zabudową deweloperską. Krakowskie Razem w tym czasie ograniczało się do składania interpelacji i nagrywania rolek.
Nie we wszystkim zgadzaliśmy się z prezydentem Miszalskim, ale udało nam się w porozumieniu z nim osiągnąć konkretne rzeczy. Podobnie jak na szczeblu rządowym udaje się to Agnieszce Dziemianowicz-Bąk czy Tomaszowi Lewandowskiemu.
Czy wyborcy Lewicy nie liczyli jednak na to, że Miszalski po Majchrowskim przyniesie znacznie większą zmianę?
Rozmawiając z mieszkańcami nie miałem takiego poczucia. O wynikach referendum zdecydowali wyborcy PiS i Konfederacji, a nie wyborcy lewicowi.
Kto jest dziś wyborcą Nowej Lewicy w Krakowie? Rywalizujecie o ten sam elektorat, co partia Razem?
Nie, dziś są to już zbiory w dużej mierze rozłączne. Elektorat Razem jest znacznie młodszy niż nasz, w Krakowie to głównie studenci. Ja, odkąd zacząłem działać politycznie, zawsze uważałem, że lewica w Polsce powinna być przede wszystkim partią klasy średniej sektora publicznego. Dlatego w Krakowie staramy się współpracować ze skupiającymi ją związkami zawodowymi, np. Związkiem Nauczycielstwa Polskiego.
Pojawiają się analizy, że istotną rolę w referendum mógł odegrać lęk klasy średniej sektora prywatnego przed załamaniem się rozwoju miasta opartego o tworzenie centrów usług wielkich korporacji, które tną zatrudnienie i przenoszą miejsca pracy tam, gdzie taniej, albo redukując je ze względu na AI. Krakowska Nowa Lewica widzi ten problem? Jaki ma pomysł na odpowiedź?
Na razie nikt nie przedstawił kompleksowego rozwiązania tego problemu. Wydaje mi się jednak, że odporność miasta na tego typu kryzysy powinniśmy budować przez dywersyfikację gospodarki. Dlatego w planie ogólnym będziemy zabezpieczać zarówno obszary pod działalność usługową, jak i funkcje przemysłowe na obrzeżach miasta.
Czy w drugiej turze poprzecie kandydata KO w zamian za stanowisko wiceprezydenta? Możliwe jest odtworzenie koalicji?
Klub Koalicji Obywatelskiej i klub Nowej Lewicy mają ciągle większość w Radzie Miasta Krakowa. Mam nadzieję, że wybory wygra osoba, która będzie w stanie współpracować programowo z oboma klubami. Inaczej czeka nas do kolejnych wyborów dwuletni okres konfliktu między radą a prezydentem. Natomiast nie wiemy jeszcze, kogo teraz wystawi KO. Podejrzewam, że to będzie zupełnie inna osoba niż Aleksander Miszalski, zarówno światopoglądowo, jak i pokoleniowo.
A z drugiej strony – krakowska Nowa Lewica wyobraża sobie porozumienie z Łukaszem Gibałą?
Nie widzę takiej możliwości. Gibała jest koniunkturalistą, coraz bardziej prawicowym. Jako prezydent byłby zależny od klubu PiS w Radzie Miasta Krakowa. A już w poprzednich wyborach wspierała go w drugiej turze Konfederacja.
**
Tomasz Leśniak – radny miasta Krakowa Nowej Lewicy. Mieszkaniec krakowskiego Podgórza, politolog i aktywista ruchów miejskich. Ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest doktorem socjologii. Specjalizuje się w polityce edukacyjnej.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.