Kraj

Dymek: Górnicy, pamiątka po lepszym kapitalizmie

Górników w krajach bez PRL-u „restrukturyzowano” tak samo jak polskich.

„Górnicy – przywileje – nierentowność – PRL”: to ciąg skojarzeń w polskiej debacie tak już osłuchany, że właściwie przezroczysty. Wydaje się, że nie ma powodów, by kwestionować którykolwiek z elementów składowych, prawda? Górnicy istnieją, mają jakieś przywileje, jakieś kopalnie są nierentowne, a to wszystko przecież żywcem z PRL-u? „Czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy!”, można jeszcze dołożyć i mamy już kompletny obraz górnictwa, jaki wyłania się z polskiej prasy codziennej.

W odpowiedzi na to można przypominać, czym są rynki surowców albo że masowe zwolnienia nigdy nie uleczyły polskiej energetyki i przemysłu. Ale obok tych wszystkich cząstkowych ripost – nazwijmy je na potrzeby tego tekstu „twardą ekonomią” – jest coś jeszcze: ideologia. Bo to z ideologicznych, a nie „twardoekonomicznych”, powodów retoryka stosowana przeciwko związkom górniczym, i związkom w ogóle, odnosi skutek.

Przedstawianie górników jako „żywego reliktu PRL” ma bardzo konkretny skutek. Pozbycie się klasy „roszczeniowych”, „niewydajnych” i „uprzywilejowanych” pracowników kopalni ma być dokończeniem transformacji po 25 latach, normalizacją. W tym sensie jest „koniecznością dziejową”. Ze związkami, państwowymi kopalniami, przywilejami i pomostówkami będziemy bez końca trwać w stanie przejściowym i do „normalności” nie dojdziemy. W Polsce taki system odniesień („imaginarium”, „ideologia”, nazywajcie to, jak chcecie) wydaje się taki… normalny. Polemika z opowieściami o roszczeniowych górnikach na tych warunkach jest skazana na porażkę, bo nie ma sensu się upierać, że gospodarka PRL była rekordowo wydajna (nie była) ani że sektor górniczy to najbardziej przyszłościowa i najbliższa sercu Polek i Polaków branża (bo nie jest).

Warto natomiast przypomnieć, że górnictwo i przemysł ciężki „restrukturyzowano” w podobny sposób i za pomocą podobnej retoryki także w krajach, które nigdy PRL-u nie miały.

Górnicy „przestali być rentowni” w Wielkiej Brytanii, gdy do władzy doszła Margaret Thatcher, podobnie monterzy aut i części samochodowych w USA, gdy podpisano połnocnoamerykańską umowę o wolnym handlu (NAFTA), albo robotnice w przemyśle meblarskim we Włoszech czy Szwecji, gdy okazało się, że część produkcji można przenieść do właśnie otwartych gospodarek postsowieckich. Ten nowy, „rentowny” pomysł na biznes oznaczał likwidację świadczeń, prekaryzację zatrudnienia, eksternalizację kosztów i uciekanie z podatkami za granicę. W tym sensie polscy górnicy nie są jakimś kuriozum, wyjątkiem; nie są żadną „pamiątką po PRL-u”, ale co najwyżej „pamiątką po innych czasach kapitalizmu”.

Co to za czasy? Niektórzy je idealizują i nazywają „złotymi”: to dziś lejtmotyw amerykańskich liberałów, takich jak Robert Reich, twierdzących, że kiedyś istniał „kapitalizm dla wszystkich”. To rzecz jasna nieprawda, bo nigdy nie był on dla wszystkich, ale jest wiele racji w tym, że stabilne i dające perspektywy awansu społecznego zatrudnienie w przemyśle nie wydawało się jeszcze w latach 70. fanaberią i „marksizmem”. Wypracowywane nadwyżki były nie tylko zyskiem firm, szły też na zabezpieczenia dla pracowników. Rozbudowane pakiety socjalne („przywileje”!) były uważane za oczywistość, gwarantującą spokój społeczny i efektywność ekonomiczną.

Oczywiście przemysł po „zrestrukturyzowaniu” zaczął przynosić większe zyski, nie ma co do tego wątpliwości. Tylko że trafiają one do coraz węższej grupy, tej z samego szczytu coraz wyższej piramidy nierówności. Utrzymywanie jakichkolwiek zabezpieczeń dla pracowników przestało być „racjonalne z ekonomicznego punktu widzenia”, bad for business, jak mówią w Stanach. „Jak nie chcecie pracować za dziesięć dolarów na godzinę, to Chińczycy popracują za dolara dziennie” – powtarzano pracownikom w USA.

Węgiel też dało się „zrestrukturyzować”. Australijscy górnicy są nimi tylko z nazwy – taniej opłaca się ściągnąć Chińczyków i Polaków. Znam Amerykanów, którzy pojechali na antypody „robić w wydobyciu”. A afrykańskie złoża są niespecjalnie „afrykańskie”, gdyż ich eksploatacja to właściwie „górnictwo eksterytorialne” innych krajów. Związki w tym procesie oczywiście nie pomagały, więc po drodze trzeba było się ich pozbyć. Najmniejsza w historii liczebność orgaizacji pracowniczych w USA ma bezpośredni związek z wyprowadzaniem stamtąd nawet tak „amerykańskich” miejsc pracy, jak te w Boeingu.

To, czy górnictwo (albo każdy inny przemysł) jest „rentowne”, ma więc mało wspólnego z PRL-em i jego problemami. To wypadkowa wielu sił i różnych okoliczności. Tak samo zmienia się to, co uważamy za przywilej. Może być i tak, że przywilejem nie jest jakaś „trzynastka”, ale samo posiadanie pracy. Przekonali się o tym pracownicy w Stanach, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach, gdy okazało się, że pieniądze są wszędzie – na rynkach kapitałowych, w Chinach, w kredytach subprime – tylko nie w pracy, nie w przemyśle istniejącym tu i teraz.

Ci pracownicy, podobnie jak polscy górnicy, nie stanowili przeszkody na drodze do jakiejś „normalności” – tylko na drodze do unifikacji kapitalizmu we wspólnej, wszechświatowej formie.

Proces ten zwykliśmy określać jako globalizację. Nie dotyka ona polskich górników w sposób wyjątkowy, przeciwnie, robi z nimi to samo, co z każdą stabilną klasą pracowników przemysłowych na Zachodzie – likwiduje. Istnienie miejsc pracy innych niż prekarne i tymczasowe, innych niż często beznadziejnie nieopłacalne „małe biznesy” (z zarządzającym wszystkim sektorem finansowym, gdzie miejsca pracy też bywają prekarne, ale bynajmniej nie źle płatne) po prostu się w tym modelu nie opłaca.

To właśnie kryje się za mantrą o „PRL-owskich przywilejach górników”. I znów się dajemy na to nabrać.

Czytaj także:
Kinga Dunin: Czy lewica musi popierać górników?
Adam Ostolski: Rząd chce zamknąć kopalnie dzis, a pomyśleć o tym jutro
Związek Zawodowy Górników: Rząd nie ma żadnej alternatywy dla zwalnianych

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij

20kp-logo-white-500px