Kraj

Dobrowolski: Tajne więzienia, kipiący garnek i peryferyjni machos (2)

Jesteśmy państwem-kibolem, które chciało podwyższyć swój status dzięki nagiej przemocy.

Dalszy ciąg tekstu, którego pierwszą część opublikowaliśmy 26 lutego.

Dyskurs kipiącego garnka unosi się na skrzydłach typowo żołnierskiej mieszaniny infantylizmu, autorytaryzmu i paranoi, i jako filozofia wydaje się śmieszny w swojej trywialności (tak jak i Hobbes, po wgłębieniu się w jego założenia, okazuje się taki, przy całej swojej bystrości) – co jednak odpowiemy komuś, kto powie na to: Dobrze, ale skoro ci panowie w to wierzą i wedle tej wiary postępują, to tak wobec tego jest. Świat stosunków międzynarodowych rzeczywiście wydaje się wojną wszystkich ze wszystkimi… Co jeśli te opowieści głupców pełne wrzasku i wściekłości, jakie nam opowiadają trzej panowie, to właśnie fakty?

To, że wizja świata z perspektywy tajnych służb nosi w sobie ziarna prawdy nagiej i smutnej, nie powinno jednak nas zupełnie rozbrajać ani tym bardziej usprawiedliwiać zwolenników tajnych więzień – my, ich krytycy, też musimy być na swój sposób „twardzi i pryncypialni” wobec tych siłowych argumentów, nazbyt w istocie uproszczonych. Nawet jeśli jest w tym prawda (bo filozofia, przynajmniej klasyczna, jest również sztuką dokonywania trafnych uproszczeń), to nie cała i nie ostateczna. Prawdę kreują również nastawienia i przekonania, toteż nie do zaakceptowania jest, żeby istotne organy państwa uważały, wbrew stanowi całego państwa, że „prowadzą wojnę”.

Zadaniem opinii i społeczeństwa obywatelskiego jest ciągły nacisk na to, by służby nie uważały języka wojny za „naturalny” i jedyny adekwatny – na tym w istocie polega „cywilna kontrola nad służbami siłowymi”.

Równie niedopuszczalna jest – używana przez Severskiego – koncepcja „kontratypu prawnego”, w którego ramach miałby rzekomo działać szpieg – w chwili bowiem, gdy szpiegowanie technologicznie może objąć wszystkich indywidualnie, wszyscy zostajemy wyjęci spod prawa. Najważniejsza sprawa to jednak to, na ile da się oddzielić we władzach wykonawczych podmiot policyjny od podmiotu politycznego, na ile możliwa jest regulacja rozrastającej się sfery ich nieodróżnialności – czyli zachowanie cywilnego charakteru polityki? Bez wątpienia poza jakimiś rozwiązaniami instytucjonalnymi jest to również kwestia kultury politycznej ludzi z rządu i zdolności zachowania przez nich poznawczej autonomii, własnej, cywilnej perspektywy. Innymi słowy – wygląda to czarno, zwłaszcza w państwach półperyferyjnych.

Wracając do Polski i specyfiki dyskursu tajnych służb w naszych peryferyjnych warunkach i w związku ze statusem Polski jako „sojusznika” USA – jeśli wymieniliśmy infantylizm, paranoję i autorytaryzm, to polska specyfika dodaje w każdej dziedzinie coś od siebie, by być bardziej amerykańską niż sama Ameryka. W sumie jednak reprodukuje po prostu wzorzec uniwersalny, promieniujący z centrów międzynarodowego życia tajnych służb. Dlatego kompletnie niesłuszna jest teoria Antoniego Dudka, wyrażona w rozmowie z Kulturą Liberalną (historyk ten skądinąd ma pełną rację, wskazując na poważne zagrożenia płynące dla demokracji z instytucji służb specjalnych), jakoby wyjaśnieniem była tu „postkomunistyczna” czy „postautorytarna” mentalność „byłych aparatczyków”, przyzwyczajonych do „sowieckiego dyktatu”, Millera i Kwaśniewskiego. Nie ulega wątpliwości – wskazuje na to również trzeźwy do bólu Węglarczyk z tegoż wydania KL – że każda ekipa rządząca w tamtej sytuacji poszłaby na współpracę z Amerykanami. Nie ma też co się oszukiwać, że każda zrobiłaby to z równie dobrym samopoczuciem, a wręcz rozkoszą. Ze szczerym przekonaniem, że nasi przyjaciele z USA w istocie wyróżnili nas propozycją, by właśnie u nas mogli sobie poużywać.

Bo sęk w tym, że dla naszych panów z rządu i z wywiadu – panów, bo, co także znamienne, jakoś nie widać w tym kontekście kobiet – było to autentyczne wywyższenie. Wiadomo, dzielni chłopcy z CIA u siebie mają znacznie bardziej „politycznie poprawne” obyczaje, na naszej gościnnej ziemi, gdzie wolność znacznie większa i jeszcze nie tak ograniczona przez przewrażliwionych mięczaków, będą mogli poczuć smak dzikiego zachodu (a raczej wschodu). I jeszcze nam za to, ach, zapłacą, upieczemy dwie pieczenie, choć za darmo też byśmy przecież im tę willę przekazali, bo w końcu czego się nie robi dla przyjaciół? Czy nie dają nam w ten sposób dowodu głębokiego zaufania, dowodu miłości i szczególnych stosunków? Czy to nie świadczy o tym, jacy jesteśmy świetni? Więc hulaj dusza, piekła nie ma, dla przyjaciół chętnie możemy nie mieć zasad, choć na co dzień jesteśmy tak pryncypialni – kiedy np. komuś wymsknie się o „polskich obozach”. Ale jak powiedział kiedyś któryś z braci Marx: „Takie mamy zasady, a jeśli to się komuś nie podoba, to możemy je zmienić!”…

Tacy właśnie jesteśmy, naczelni kowboje Europy. Wolność do przemocy to nasza podstawowa wolność. Dlatego nawet nie będziemy was, panowie, pytać, co tam sobie będziecie robić. Czujcie się zupełnie swobodnie. Tortury? Prosimy bardzo, tym większa przyjemność po naszej stronie.

Tak to było, takie było wówczas myślenie w rządzie i służbach, nie ma co robić sobie złudzeń.

Otóż największą może publiczną tajemnicą polskich rządzących jest to, że w istocie byli i wciąż są zaskoczeni tym, że ktokolwiek im coś wytyka, i bardzo ciężko dociera do nich rzecz sama – do tej pory dominuje w nich przekonanie, że działano wówczas w dobrej wierze i słusznej sprawie. Szczerość tego zaskoczenia stanowi późną konsekwencję autentycznego przeżycia rozkoszy, jaką dała im wtedy współpraca z USA. A teraz mówią im, że to był gwałt – kiedy jouissance była prawdziwa, intensywna; była to rozkosz ślepego serwilizmu, zdolnego do czerpania dumy ze swej podległości, z poniżającego, bezceremonialnego traktowania, w imię zadowolenia Wielkiego Innego. Upór, z jakim Leszek Miller broni tamtej sytuacji, to determinacja kogoś wciąż wiernego dawnej miłości, dawnym ekstazom i uniesieniom, również przekonaniu, że grało się przy jednym stoliku z największymi graczami. To wierność głęboka i nieprzejednana, nawet gdy wszystkie dowody świadczą ewidentnie, że kochanek był łajdakiem i wystawił nas do wiatru. Jedyną ukrytą skargą na jego późniejsze postępowanie jest emfaza, z jaką wskazuje się, że „to nie my puściliśmy parę w sprawie więzień, to w Waszyngtonie ktoś zdradził!”. No cóż, nasz ukochany ma „kłopoty kadrowe”, my zaś wciąż pozostajemy doskonali i bez skazy.

Ale nawet w tym kontekście naszym panom, choć są tak podejrzliwi i przenikliwi, nie przyjdzie nawet do głowy, że być może „sojusznik” rzucił ich na żer, zrobił z nich chłopców do bicia – wszak wyciek mógł być kontrolowany i zrobiony po to, by osłonić jeszcze gorsze rzeczy za pomocą tej bezprecedensowej i sensacyjnej na międzynarodową skalę formuły: „polskich więzień CIA”. Czyż to nie ich własna logika powinna im podpowiadać, że skandal jest sterowany przez tajne służby, a więc najpewniej stanowi zasłonę dymną dla jeszcze większy skandalu?

Powiecie może, że ta seksualna metaforyka to już przesada i literatura. Ale to wcale nie metaforyka. Istotą sprawy jest bowiem właśnie „maszyna pragnienia”, która tu działa. Jak mówią w Anty-Edypie Deleuze i Guattari, „seksualność jest naprawdę wszędzie, nawet w tym, jak urzędnik tuli do siebie akta”. Nie chodzi jednak o odkrywanie, że to seks jest kluczem do sprawy. Należy dostrzec, jak w pozycji podmiotu, którym jest tutaj Polska, splatają się seksualność z geopolityką, mając za wspólny mianownik relacje władzy, dominacji i uległości – dopiero wtedy opis całej sytuacji stanie się, jak myślę, pełny i pouczający. Pozycję tę można by określić mianem „peryferyjnego macho” – a ponieważ jest w niej zawarta pewna sprzeczność, jest to pozycja, której psychodynamika obraca ją w jej przeciwieństwo, w czym właśnie ujawnia się zasadniczy dramat podmiotu. Jest to zresztą historia z patriarchalno-homofobicznego koszmaru, w której peryferyjny macho przyjmuje pozycję pasywną, mimo że z początku wydawało mu się, że jest aktywny. Peryferyjność bowiem oznacza, że Polska tylko o tyle może w ogóle być „macho”, o ile koleguje się z jakimś prawdziwym twardzielem – niesamowicie silne, głęboko utrwalone psychopolityczne przywiązanie Polski do USA jest skutkiem tego hipermaskulinistycznego marzenia o sile i dominacji, którego jednak nie można zaspokoić samodzielnie.

Zwróćmy przy tym uwagę, że ten sam schemat odtwarza się zarówno w wymiarze globalnych stosunków, jak i na poziomie indywidualnym: kompleks „peryferyjnego macho” to problem zarówno Polski, jak i wielu mężczyzn w Polsce – czyż nie on tłumaczy wzrost ruchu narodowo-kibolskiego? Przesadne akcentowanie „męskości”, podkreślanie na każdym kroku, że – jak to lubią mówić prawicowi felietoniści – „ma się cojones”, idące za tym przyzwolenie na przemoc – które nie jest tylko pobłażliwością, bo w istocie definiuje macho i każe mu się nią delektować – wszystko to ma wyraźne znamiona kompensacji, złagodzenia lęku przed realnym własnej bezsilności, zależności, niesuwerenności. Jesteśmy więc państwem-kibolem, które chciało podwyższyć swój status dzięki nagiej przemocy, w istocie identyfikującym się z tą przemocą: tak, tortury w mazurskiej willi to były, miały być, „nasze” tortury. Te więzienia były polskie. Tylko że wcale takie nie były, bo jak się okazuje, zostaliśmy wykorzystani, zamiast apanaży, zaszczytów i przyrostu mocy mamy poniżenie i wstyd.

Dodajmy na marginesie, że macho prawdziwy – „macho metropolitalny” – tym różni się od peryferyjnego, że ani nie uchybia własnej godności (a przynajmniej o tyle się przed nią kłania, o ile obłuda jest ukłonem, jaki występek składa cnocie), ani nie nadyma się kompensacyjnymi frazesami o swoim honorze. Tego rodzaju sprzeczność jest mu nieznana, bowiem rządzi się on swoim własnym pragmatyzmem i jak ktoś samodzielny robi dobrą minę do każdej gry – gdy jego pachołek musi nauczyć się nieprzyjemnej sztuki udawania, że pada deszcz, kiedy plują mu w twarz.

Serwilizm, w którym uległość łączy się z rozkoszą, pokora z miłością do pana, i fanatyczną nienawiścią do tych wszystkich, których nie lubi pan, to jeden z wzorców psychologii niewolniczej.

Zobaczycie ten serwilizm w zadowolonych, sarmacko roztkliwionych uśmiechach polskich przywódców i czołowych dziennikarzy, gdy jakiś amerykański dostojnik podczas wizyty w Warszawie wspomni o „naszym przyjacielu, dumnym i dzielnym polskim narodzie”.

W ogóle najbardziej prymitywne chwyty marketingowe i najoczywistsze pochlebstwa wystarczają amerykańskim delegacjom, by ich polscy odpowiednicy czuli się wniebowzięci – sami Amerykanie muszą być chyba trochę zgorszeni, a trochę rozbawieni tym, jak łatwo jest im Polaków wziąć pod włos, ugłaskać wszelkie fochy (a zniesienie wiz, a dreamlinery, a F-16 i „offset”?! – gdzie one są?), zrobić wodę z mózgu, oczarować za każdym razem od nowa tak, że miękną im nogi. Zobaczycie ten sam serwilizm w gawędach wspominanego tu już Severskiego, zdaniem którego stopień uzależnienia polskiego wywiadu od amerykańskiego jest większy niż od radzieckiego – ale przecież to oczywiste, bo jesteśmy tacy sami jak Amerykanie, mamy te same co oni poglądy i wartości (sic!); a przy tym na tyle sami jesteśmy „ciency”, że bez możnego protektora cóż byśmy, biedacy, poczynili? A więc bez megalomanii, jakiegoś pana mieć musimy – rozpływa się Severski.

Także tutaj chodzi, znowu, o starą dobrą dialektykę pana i niewolnika, która to bliżej określa charakter i specyfikę polskiej peryferyjności (która jest tylko jedną z wielu form peryferyjności, ale za to predestynowała nas do roli adresata amerykańskiej niemoralnej propozycji). Przyczyny, dla których ta dialektyka determinuje istotę pozycji podmiotu, jakim jest Polska, leżą w przeszłości o wiele starszej niż XX-wieczna. Tajemnicą polskiego macho, hipermaskulinistycznego, ostentacyjnie wojowniczego i rozmiłowanego w hierarchiach, jest to, że jego korzenie tkwią w folwarku. Tam ukształtował się zarówno model dominacji, jak i uległości – w tym sensie to prawda, przynajmniej w polskim przypadku, że właśnie tak, jak twierdził Hegel, pan i niewolnik są ostatecznie nieodróżnialni. I dlatego też Polska jest sługą doskonałym, wzorcowym, wymarzonym; chyba nawet momentami jakoś rozczulającym – trochę głupawym poczciwcem, wiernym, lojalnym, tanim, ale i gotowym na wszystko, sprawnym, wykwalifikowanym i spolegliwym.

Trudno się dziwić, że wielu woli tej prawdy o Polsce w ogóle nie widzieć i wypiera to skrzętnie, tak jak publicysta Dominik Zdort, który nie tak dawno złożył w imieniu peryferyjnych machos kolejną solenną deklarację nieprzemijającej i wiernopoddańczej dumy z tego, że raczyły gościć na naszej ziemi, tej ziemi, amerykańskie więzienia.

Jacek Dobrowolski – filozof, pisarz, członek Orgii Myśli. Obecnie pracuje nad książką pt. Panowie i niewolnicy. Eseje z patologii emancypacji, której powyższy tekst jest fragmentem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać