Kraj

Polska się wysusza

Fot. Jakub Szafrański

Wbrew temu, co można było przeczytać w mediach, burza piaskowa to nie import znad Sahary, lecz nasze własne, polskie dzieło. Wycinamy przydrożne drzewa, mamy monokultury i zaoraną „na łyso” glebę, która tylko czeka na wiatr, żeby ją zdmuchnął.

W rezultacie powodowanej przez nas zmiany klimatu mamy coraz wyższe temperatury. W wyższej temperaturze rośnie parowanie z gleby, tak więc dla utrzymania poziomu jej wilgotności potrzebne są większe opady.

Krótszy prysznic i gaszenie światła nie uratują nas przed katastrofą

Na każdy stopień ocieplenia klimatu do skompensowania rosnącego parowania potrzeba wzrostu opadów o 15%. Tymczasem w ciepłym półroczu ilość opadów w Polsce maleje, a wraz z postępowaniem zmiany klimatu proces ten będzie się nasilać. Opady coraz częściej mają charakter nawalny po długim okresie suszy, przez co woda zamiast wsiąkać w wysuszoną glebę, spływa. Zanik zimowej pokrywy śnieżnej dodatkowo powoduje wiosenne niedobory wody.
Susza glebowa staje się oczywistą konsekwencją zmian klimatu. W okresie 1951–1981 było w Polsce 6 susz – średnio jedna co 5 lat; w okresie 1982–2011 susz było aż 18 – średnio co 2 lata.

W okresie 1951–1981 było w Polsce 6 susz – średnio jedna co 5 lat; w okresie 1982–2011 susz było aż 18 – średnio co 2 lata.

Teraz, po najgorętszym roku w historii polskich pomiarów temperatury i towarzyszącej mu suszy, wygląda na to, że susze stają się stałym elementem polskiej rzeczywistości i będą się nasilać. W scenariuszu biznes-jak-zwykle warunki klimatyczne w naszym kraju będą porównywalne z warunkami panującymi dotychczas w Hiszpanii. Można się oczywiście pocieszać, że nie będzie tak najgorzej, bo w tym czasie ¾ Hiszpanii zamieni się w regularną pustynię. Problemy rolników będą się pogłębiały, bo na terytorium naszego kraju zaczną pojawiać się warunki i zjawiska, z jakimi nie mieliśmy dotychczas do czynienia.

Klimatyczny holocaust, czyli ostateczny triumf pogoni za wzrostem

Naturalną reakcją na wzrost zagrożenia suszą powinny być adekwatne działania adaptacyjne. Tymczasem… nie prowadzimy ich. O ile istnieją programy adaptacji do zmiany klimatu w największych miastach, o tyle na terenach wiejskich i w rolnictwie – które są najbardziej zagrożone zmianą klimatu – nie robi się praktycznie nic. A nawet gorzej, bo stosowane praktyki rolnicze mają charakter rabunkowy i szkodliwy dla długoterminowego dobrostanu gleb.

Praktyki rolnicze mają charakter rabunkowy i szkodliwy dla długoterminowego dobrostanu gleb.

Zamiast programu małej retencji mamy nadmierną meliorację, betonizację i prostowanie cieków wodnych oraz osuszanie terenów podmokłych, co prowadzi do obniżenia poziomu wód gruntowych (o utracie zdolności retencyjnych oraz bogatych systemów, zdolności do oczyszczania wody i wielu innych usług nie wspominając). Przesuszona i pozbawiona życia w wyniku stosowania herbicydów i pestycydów gleba bardziej przypomina martwy pył, z łatwością wywiewany przez wiatr i spłukiwany przez opady nawalne. Naturalną odpowiedzią na to zagrożenie byłby program chroniących glebę międzyplonów, ale zamiast niego mamy monokultury, rozdzielenie produkcji roślinnej i zwierzęcej oraz zaoraną „na łyso” glebę, która tylko czeka na wiatr, który ją zdmuchnie. Do tego wycinamy drzewa przydrożne i zadrzewienia śródpolne, przez co wiatr może hulać nad ciągnącym się po horyzont gołym polem. Gdy więc mocniej zawieje, nie powinniśmy być zdziwieni, że mamy nasze własne polskie burze pyłowe.

Jeśli przyjrzymy się z bliska, widać, jak samochód wjeżdża w burzę pyłową (0:30), gdy przejeżdża z pola pokrytego roślinami na wyorane.

Rzecz jasna, w takich warunkach rośnie też zagrożenie pożarowe. To zresztą oczywista konsekwencja przesuwania się stref klimatycznych – średnioroczne temperatury w Warszawie są już takie, jakie były w Budapeszcie w XIX wieku, co oznacza, że Mazowsze ma już z grubsza klimat Niziny Węgierskiej z tamtych czasów. Dla świerków jest już w naszym kraju za ciepło. Gdy przychodzi fala upałów, płoną lasy – ostatni w Grecji, Portugalii, Szwecji czy Kalifornii. W zamożnych, dobrze zorganizowanych krajach giną dziesiątki ludzi. To, że nas w Polsce taka tragedia ominęła, było wyłącznie kwestią szczęścia. Jak przyjdzie wyjątkowo silna fala upałów połączona z suszą, u nas też będą masowo płonąć lasy i ginąć ludzie. W tym roku. Może w kolejnym. Może za kilka lat. Oby jak najpóźniej – ale to wyłącznie kwestia czasu.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Co powinniśmy robić, by adaptować się do zmian? To w dużym stopniu antyteza tego, co w naszym kraju robimy (podobnie jak w kwestii mitygacji): powinniśmy podnosić poziom wód gruntowych, przywracać tereny zalewowe i podmokłe przy rzekach i strumieniach, robić zastawki na rowach melioracyjnych, stosować międzyplony i płodozmian, skończyć z rozrzutnym stosowaniem chemii rolniczej, wprowadzać uprawę bezorkową, przywracać ekosystemy i ich usługi, chronić zadrzewienia i nasadzać nowe. No, chyba że wolimy, żeby nasz kraj stopniowo coraz bardziej pustynniał…

Klimatyczny holocaust, czyli ostateczny triumf pogoni za wzrostem

**
Marcin Popkiewicz jest analitykiem megatrendów, ekspertem i dziennikarzem zajmującym się powiązaniami w obszarach gospodarka–energia–zasoby–środowisko.

Artykuł został opublikowany w portalu ziemianarozdrozu.pl.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.