Kraj

Blumsztajn: Tu nie chodzi o sześciolatki, tu chodzi o przedszkola

Jak sześciolatkowie wrócą do przedszkoli dotknie to dzieci, które najbardziej przedszkola potrzebują.

Agnieszka Wiśniewska: Prezydent Andrzej Duda podpisał w czwartek nowelizację ustawy o sześciolatkach. W 2016 roku sześciolatki nie pójdą już obowiązkowo do pierwszej klasy. Będą mogły zacząć naukę, jeśli wcześniej przejdą roczne przygotowanie przedszkolne. Wiem, że ta “dobra zmiana” PiS-u jest wg Ciebie zła. Dlaczego?

Anna Blumsztajn: Ustawa o sześciolatkach najpoważniejsze konsekwencje będzie miała dla dzieci młodszych (i ich rodziców).

Są tu dwa problemy. Jeden, z mojego punktu widzenia mniej istotny, dotyczy tego, czy sześcioletnie dzieci powinny chodzić do szkoły, czy do przedszkola. To źle postawione pytanie. Niezależnie od tego, czy sześcioletnie dziecko chodzi do przedszkola, czy do szkoły, to, czego tam się uczy, albo, co tam robi, powinno być dostosowane do jego możliwości, potrzeb i chęci – intelektualnych, emocjonalnych i społecznych. Tak, takie dziecko jest podmiotem, które swoje potrzeby i granice zna i może umieć je wyrazić, o ile daje się mu taką szansę. Ani przedszkole ani szkoła, która szanuje tę zasadę i potrafi ją realizować w swojej edukacyjnej praktyce – nie zrobi dziecku krzywdy. O tym należałoby w gruncie rzeczy rozmawiać – jakie są przedszkola i szkoły, czego uczą i jak, jaka jest podstawa programowa, podejście do dzieci itd.

W wymiarze instytucjonalnym, jakąś granice wiekową oczywiście postawić trzeba. Wiadomo, że jest ona przecież arbitralna i niektórym dzieciom nie będzie odpowiadać – dlatego i przed reformą i po, rodzice mają możliwość decydowania o tym, czy ich dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu at, po konsultacji z poradnią psychologiczną. Zadecydują świadomie o tym, jak zawsze, rodzice najbardziej zaangażowani w rozwój i dobrobyt swoich dzieci, albo tacy, który zwyczajnie na takie zaangażowanie stać – czasowo i finansowo. Powtórzmy – każdy rodzic mógł za poprzedniej ustawy swojego malucha uratować. Warto też zauważyć, że zdecydowana większość rodziców, których sześcioletnie dzieci poszły do szkoły dobrze oceniła przygotowanie szkół na tę sytuację. Potwierdzają to badania Wyższej Szkoły Nauk Społecznych Pedagogium i Instytutu Badań Edukacyjnych cytowane w opinii merytorycznej do ustawy wystosowanej do Rzecznika Praw Dziecka przez przedstawicieli środowisk pedagogicko-akademickich.

Przedstawienie decyzji o obniżenie wieku szkolnego jako „krzywdzącej” dla wielu rodzin i skupianiu się na tym, jako na fundamentalnej kwestii edukacyjnej jest manipulacją.

To zasłona dymną, która przykrywa drugi, zdecydowanie ważniejszy problem: powrót sześciolatków do przedszkoli oznacza ograniczenie dostępu do edukacji przedszkolnej dzieciom młodszym. To one i ich rodziny będą, całkiem realnymi tym razem, ofiarami tej zmiany.

Nowelizacja ustawy znosi także obowiązek przedszkolny dla pięciolatków. Na kim najbardziej odbije się ta zmiana?

Wycofanie tego obowiązku było konieczne właśnie z tego powodu – przedszkola nie pomieściłyby jednocześnie już od września 2016 dwóch pełnych roczników, i wszystkich czteroletnich dzieci zgłoszonych przez rodziców. I tak prawo zapewniające miejsce w przedszkolach już dla czterolatków (a od 2017 roku dla trzylatków) stanie się martwą literą. W wyniku tej zmiany, wiele pięcio-, cztero- i trzylatków nie trafi w najbliższych latach do przedszkoli. Część rodziców pięciolatków – tych mniej świadomych znaczenia edukacji przedszkolnej – zrezygnuje z posyłania dzieci do przedszkoli. A dla części po prostu nie będzie miejsc. Donoszą o tym władze wielu miast za pośrednictwem mediów, rząd żadnych wyliczeń, ani odnośnie liczby miejsc, ani odnośnie kosztów, nie przedstawił. Po szczegóły, odsyłam do ww opinii.

Ta zmiana jest de facto najważniejsza, bo dotyka najistotniejszej kwestii związanej z powszechnością i wiekiem rozpoczęcia edukacji przedszkolnej.

Wczesna edukacja to kluczowy moment, jeśli chodzi o „wyrównywanie szans”.

Nie jestem zwolenniczką tego pojęcia. Chciałabym faktycznej równości, a nie równości szans startowania w pewnym „wyścigu”, którego reguły i obietnica wygranej – dobra pozycja społeczna – wydają mi się oszustwem. Jednak edukacja przedszkolna to moment, kiedy najłatwiej, najskuteczniej można dzieciom ze środowisk defaworyzowanych, tak materialnie, jak kulturowo, zapewnić dostęp do pewnych dóbr i narzędzi, które pozwolą im rozwinąć ciekawość, samodzielność, wyobraźnię oraz inne umiejętności, które ostatecznie przekładają się również na sukces szkolny i życiowy.

Dlaczego edukacja przedszkolna jest taka ważna?

Edukacja przedszkolna to jedyne miejsce w systemie edukacyjnym, w którym można równość urzeczywistnić – różnice społeczne naprawdę można tam zatrzeć, m.in. dlatego, że nie ma stawki w postaci ocen, egzaminów, hierarchii itd. Niezwykle istotny jest też wymiar „socjalizacyjny” przedszkola: tworzenie wspólnoty, przebywanie i nawiązywanie więzi z innymi dziećmi, różnymi od siebie, uczenie się pewnych społecznych umiejętności (współpracy, samodzielnego rozwiązywania sporów i konfliktów), powinno być dostępne dla wszystkich i rozpoczynać się jak najwcześniej.

Wiele badań (część przytoczona jest w ww. opinii) wskazuje na to, że edukacja przedszkolna ma szczególne znaczenie dla dalszej kariery szkolnej i życiowej dzieci z uboższych środowisk. W tym sensie, im wcześniej dzieci wychowujące się w mniej rozwojowym środowisku trafią do przedszkola, tym szybciej zaczną mieć dostęp do tych zasobów, które dzieci „z dobrych” (niekoniecznie zamożnych, ale wychowawczo „świadomych”) domów mają już od urodzenia.

Dziecko z tzw. „dobrego domu” nie straci wiele, jeśli pójdzie rok później do przedszkola. Natomiast dziecko z małej wiejskiej miejscowości, które nie ma kontaktu z rówieśnikami, dostępu do zasobów edukacyjnych i osoby dorosłej, która mogłaby go wspierać w rozwoju – traci bardzo dużo.

Niski poziom upowszechnienia edukacji przedszkolnej był przez lata diagnozowany przez ekspertów polskich i międzynarodowych jako jeden z najważniejszych problemów polskiej polityki społecznej (brak opieki utrudnia, zwłaszcza kobietom, wejście na rynek pracy) i edukacyjnej (przedszkola jako kluczowa instytucja wyrównywania szans edukacyjnych).

Na wsi, sytuacja była i jest szczególnie trudna – tam przedszkoli jest w ogóle mało. Po przejęciu oświaty przez samorządy po 1990 roku, kiedy zostały one obciążone w całości kosztami edukacji przedszkolnej, wiele gmin wiejskich przedszkola polikwidowało. Na wsi jest też trudniej i drożej przedszkola prowadzić, bo dzieci są rozproszone. Rodzice nie naciskają, bo rzadziej potrzebują opieki i mają mniejszą świadomość edukacyjnych walorów edukacji przedszkolnej. Na wsi jest też więcej rodzin uboższych i trudniejszy dostęp do innych zasobów kultury jak biblioteki, instytucje kultury.

Przez ostatnie 10 lat, olbrzymie środki i wysiłek zostały włożone w rozwój edukacji przedszkolnej, w odkręcenie efektów polityki lat 90., zwłaszcza na wsi. W 2006 roku byliśmy pod tym względem na jednych z ostatnich miejsc w UE.

I taki był też – nie do końca jawny – cel obniżania wieku szkolnego do sześciu lat: zrobienie miejsca w przedszkolach dla młodszych dzieci.

Pomimo wprowadzenia dotacji na przedszkola (część kosztów za prowadzenie przedszkoli od samorządów przejęło państwo) miejsc w przedszkoli nie może przybywać szybciej, niż przybywało w ostatnich latach.

Czyli obawa, że cofnięcie sześciolatków do przedszkoli sprawi, że w tych zabraknie miejsc dla trzylatków jest realna.

Tak. Jak sześciolatkowie wrócą do przedszkoli, a tam miejsc zabraknie dla młodszych dzieci – dotknie to w pierwszym rzędzie te rodziny i dzieci, które najbardziej przedszkola potrzebują. W miastach – dzieci tych, których nie stać na inną formę opieki (i którzy być może będą musieli zrezygnować z pracy, by się dzieckiem zajmować). Na wsi – w środowiskach najbiedniejszych, w których przedszkole ma największy efekt wyrównujący.

Decyzja o powrocie sześciolatków do przedszkoli oznacza tym samym odwrót od procesu obniżania wieku rozpoczęcia przez polskie dzieci edukacji przedszkolnej – a to już jest zmiana zasadnicza, programowa i, w mojej ocenie, fatalna. W efekcie oznacza to odejście od jedynej jednoznacznie równościowej i prosocjalnej zmiany, którą za swoich rządów wprowadziła poprzednia koalicja. Tyle o „socjalnym” wymiarze polityki PiS. Po to, by sześcioletnie dzieci troskliwych rodziców nie były „niby-zmuszane” do szkoły, młodsze dzieci innych, mniej troskliwych – ale nie z wyboru – rodziców nie pójdą do przedszkola. Można było przecież zostawić sześciolatki w szkołach, zwiększając jeszcze wpływ rodziców na tę decyzję, i pracować nad coraz lepszym dostosowaniem szkół do pracy z sześciolatkami.

Ograniczenie dostępu do edukacji przedszkolnej – to dla mnie najgorsza dotychczasowa zmiana wprowadzona przez PiS.

Nowelizacja zmienia też pozycję kuratorów. Będą powoływani bezpośrednio przez ministra edukacji narodowej. Jak to wpłynie na system szkolnictwa?

Trudno ocenić. Możliwe, że będą oni wybierani bardziej politycznie, a mniej „lokalnie” niż kiedy byli wybierani przez wojewodę. Ważniejsza wydaje się jednak być zmiana w ich uprawnieniach.

Kuratorzy będą mogli zablokować zmiany w sieciach szkolnych i np. sprzeciwić się likwidacji albo połączeniu placówek. Wcześniej wydawali tylko niewiążące opinie. Jest to sytuacja mocno konfliktogenna. Oświata to zadanie własne samorządów i wydaje się, że danie kuratorom decydującego głosu w tej sprawie, stoi w sprzeczności z logiką idei decentralizacji oświaty. Kurator będzie mógł narzucić samorządom decyzje o daleko idących dla nich konsekwencjach finansowych. To zdecydowanie ogranicza możliwość kształtowaniu własnego budżetu przez samorządy. I zapowiada wiele trudnych praktycznych problemów. Niewątpliwie, jest to zmiana w kierunku większej kontroli edukacji przez władzę centralną, której podlegają kuratoria. Zwiększenie uprawnień kontrolnych kuratoriów, np. wobec samych szkół, rozpoczęło się zresztą już wcześniej, przy nowelizacjach prawa oświatowego wprowadzonych jeszcze za poprzedniego rządu.

Ta ostatnia zmiana została wprowadzona – przynajmniej deklaratywnie – też w obronie nauczycieli. Samorządy, szukając oszczędności, nierzadko likwidują placówki, przekazując je organizacji pozarządowej albo firmie, których nie obowiązują wymogi wynagrodzeń z karty nauczyciela. Nauczyciele są wtedy zatrudniani na dużo gorszych warunkach, bo na umowach cywilno-prawnych. Z mocy nowej ustawy kurator będzie mógł się takim praktykom przeciwstawiać. Mnie się to wydaje dość pokrętnym i niepewnym sposobem załatwienia akurat tego problemu, którego skądinąd nie można lekceważyć. Tylko, że jego źródła są strukturalne: samorządy zatrudniają nauczycieli, mając bardzo niewielki wpływ na poziom ich wynagrodzeń – zależy on przede wszystkim od stażu i poziomu awansu zawodowego. A środki, które dostają od państwa tylko w bardzo niewielkim stopniu uzależnione są od tego, jakich nauczycieli zatrudniają. Można by sobie wyobrazić, że część wynagrodzeń nauczycieli, np. ta zależna od stopnia awansu, bierze na siebie państwo. Ale to już temat na inną rozmowę.

Anna Blumsztajn – socjolożka edukacji, nauczycielka wiedzy o społeczeństwie i była dyrektorka Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. J. Kuronia. Pracowała w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych oraz w Fundacji Rozwoju Dzieci im. J. A. Komeńskiego.

 

**Dziennik Opinii nr 11/2016 (1161)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij