Gospodarka

Liberał w okopach św. Leszka

Liberalizm przegrał walkę o dusze Polaków dlatego, że elity zaraziła defetyzmem „Krytyka Polityczna” — pisze Błażej Lenkowski z „Liberté!”. Trzeba zewrzeć szeregi i walczyć — wzywa w obszernym eseju programowym. Nie mówi jednak, o co walczyć i po co, więc podpowiem: kochani liberałowie, przegraliście z własnymi radykałami, więc najpierw zróbcie ze sobą porządek.

Słowa „kapitulacja”, „zarażanie defetyzmem” oraz „klęska”, które znajdziemy w pierwszych akapitach eseju Lenkowskiego, należą do retoryki wojennej, ale ciąży nad nimi smutek porażki. Cały ten esej jest bowiem ostatnim zadęciem w trąby, wezwaniem do finalnej szarży: „przegrywamy — mówi — a przecież mamy rację, tyle racji, najwięcej racji ze wszystkich, zbierzmy się znów do kupy i powstańmy z kolan”.

Zanim jednak zajmiemy się diagnozą stawianą przez Lenkowskiego — i wyjaśnimy, dlaczego jest ona zupełnie bez sensu — zauważmy, że jego esej spełnia wszystkie kryteria tekstów pisanych przez obrońców przegranej ideologii, którzy nie chcą zauważyć, dlaczego przegrała. Mówią oni bowiem zawsze to samo:

„Nasze idee są słuszne i wielkie, tylko ludzie zawiedli”.
„Lekarstwem na problemy jest większa czystość ideowa; lekarstwem na słabości socjalizmu jest więcej socjalizmu, a na słabości liberalizmu — więcej liberalizmu”.
„W ogóle zaś wszystkiemu winni są dziennikarze, którzy sieją defetyzm”.

Lenkowski mówi te wszystkie trzy rzeczy. Jest to bardzo zabawne w lekturze, zwłaszcza wówczas, kiedy pamięta się teksty pisane przez pogrobowców tzw. realnego socjalizmu. Oni również z uporem nie dostrzegali strukturalnych słabości swojej doktryny i twierdzili, że zawiedli przede wszystkim ludzie tkwiący mentalnie w starych nawykach oraz wroga propaganda.

Gospodarka nie potrzebuje szarpnięcia cuglami

Lenkowski zalicza więc na pięć z plusem test politycznego przegrywa. Nie czuję nawet schadenfreude, kiedy to piszę. Lewica była w tej sytuacji przez dziesięciolecia. Dla liberałów egzystencjalna sytuacja pozostawania na marginesie głównego nurtu polityki — pozycja bezsilnego obserwatora kopanego z radością przez wygrywającą prawicę — jest jednak ewidentnie czymś nowym. „Liberté!” nie może jeszcze otrząsnąć się z szoku. Poczekajcie jeszcze parę lat, koledzy i koleżanki: przyzwyczaicie się.

Przyczyny klęski

Przejdźmy jednak do sedna diagnozy. „Obecne problemy są wynikiem kryzysu elit i ich wiary w wartości, a nie ogromnej zmiany społecznej” — pisze Lenkowski.

Otóż nie: kryzys idei liberalnych wynika dokładnie z czegoś przeciwnego. To elity trzymały się ich (i część trzyma nadal) z uporem godnym lepszej sprawy. Trzy dekady z okładem rządów, którym przyświecały hasła „niższe podatki, więcej rynku, mniej państwa”, przyniosły na Zachodzie stagnację dochodów dolnych 90 proc. populacji oraz dramatyczny wzrost dochodów górnego procenta. W ogóle zresztą tempo wzrostu było znacznie niższe niż w trzydziestoleciu po wojnie — czasach planowania gospodarczego, gospodarki mieszanej, interwencjonizmu państwa i wysokich podatków dla najbogatszych.

Trzy dekady rządów, którym przyświecały hasła „niższe podatki, więcej rynku, mniej państwa”, przyniosły na Zachodzie stagnację dochodów dolnych 90 proc. populacji oraz dramatyczny wzrost dochodów górnego procenta.

Dziś w USA zarobki wielu obywateli są niższe — po uwzględnieniu inflacji — niż w roku 1973. Równocześnie mieszkania, studia i opieka zdrowotna — kluczowe elementy życia klasy średniej — zdrożały w tym czasie wielokrotnie. Średnia oczekiwana długość życia w USA i w Wielkiej Brytanii spada — w USA już trzy lata z rzędu. Nie będę już nawet wspominał o światowym kryzysie finansowym i „straconej dekadzie” wzrostu dla wielu krajów Zachodu.

Te wszystkie choroby omijały przez chwilę Polskę, ponieważ byliśmy krajem nadganiającym — bogaciliśmy się, na naszą skromną środkowoeuropejską skalę, m.in. kosztem zachodniej klasy średniej, która traciła miejsca pracy w fabrykach i back office na rzecz tańszych polskich konkurentów. Wydaje się jednak, że i my dotarliśmy już do końca tej ścieżki rozwojowej. Średnia oczekiwana długość życia w Polsce również zaczęła spadać, a Polacy — statystycznie coraz bogatsi — mieszkają w coraz mniejszych, droższych i przeludnionych mieszkaniach, na które zaciągają trzydziestoletnie kredyty. Prekaryzacja i niestabilność zawodowa, na które liberalna elita odpowiada „weź kredyt i zmień pracę”, również są faktem.

Od kryzysu do kryzysu

O tych wszystkich strukturalnych powodach ideologicznej i politycznej klęski liberałów nie ma u Lenkowskiego nic, co sprawia wrażenie, jakby autor żył na innej planecie.

Co się stało z wartościami?

Słyszymy za to jego donośne biadolenie: a to nielojalny Kościół „wypowiedział sojusz”, a to „wieloletni brak demokratycznej propagandy przyniósł efekty”. Tyle że i jedno, i drugie to nieprawda. Kościół — jak pisałem w innym miejscu — oczywiście nigdy nie zawarł z liberałami żadnego „sojuszu”, tylko pozwalał im rządzić w zamian za koncesje godzące w serce liberalizmu: w ludzką wolność. To przecież za rządów tzw. liberałów zakazano w Polsce przerywania ciąży, zezwolono na kościelną indoktrynację w szkołach, finansowano Kościół na wielką skalę z pieniędzy podatników i kropiono wodą święconą co popadnie, od mostów i szpitali po policyjne radiowozy. Przehandlowaliście z biskupami wasze ideały, drodzy liberałowie, a potem purpuraci zrobili was na szaro — i niczego się nie nauczyliście.

I jeszcze ta propaganda. „Dlaczego w Polsce w zasadzie nie ma pomników Wałęsy, Kuronia, Balcerowicza czy Mazowieckiego? Dlaczego nasza elita abdykowała z konieczności opowiedzenia kolejnym pokoleniom o sobie, o swojej historii i swoich wartościach?” — pyta Lenkowski. Pomijam drobny w sumie fakt, że w Polsce nie ma zwyczaju stawiania pomników ludziom, którzy jeszcze żyją, i wyjaśniam: elita abdykowała z opowiadania o swoich wartościach właśnie dlatego, że czuła się niezagrożona i wydawało się jej, że jej idee są dla wszystkich równie oczywiste jak to, że oddychamy powietrzem (albo mówimy prozą). A pycha, jak wiadomo, kroczy przed upadkiem.

Najzabawniejszy jest zaś argument trzeci. Zacytujmy, a czytelników proszę o przeczytanie poniższego fragmentu dwa razy. Otóż Lenkowski pisze: „Trzecia Rzeczpospolita była państwem w zasadzie modelowych zasad ramowych, opartych na dobrych wartościach, w którym w typowo polski sposób zaniechano dbałości o szczegóły. Dziś zamiast ruchu naprawy szczegółów będących przyczyną problemów zapanowała intelektualna moda na atakowanie zasad ramowych, które były świetnie ułożone”.

Otóż nie. Przypomnijmy tylko część tych „szczegółów”, o które ktoś — nie wiadomo kto, ciekawe, kto to był — „zaniechał dbałości”. Przez całe dekady mieliśmy więc w III RP gigantyczne bezrobocie, przekraczające momentami 20 proc. Mieliśmy ogromne obszary nędzy, zwłaszcza wśród dzieci, którą PiS — cokolwiek by o tej partii mówić, a można mówić rzeczy najgorsze — zlikwidował jednym ruchem. Mieliśmy i mamy fatalny rynek mieszkaniowy, który znów, od dziesięcioleci, nie jest w stanie zapewnić milionom polskich rodzin mieszkania w godziwych warunkach, chociaż kraj stawał się nominalnie coraz bogatszy.

Leszczyński: Uwięzieni w folwarku

Liberałowie wprowadzili też reformę emerytalną, która — zaimplementowana w warunkach masowego bezrobocia i uśmieciowienia rynku pracy — sprawiła, że miliony Polaków dostaną absolutnie głodowe emerytury albo nie dostaną ich wcale. Zlikwidowaliśmy transport publiczny w dużej części Polski. Wyliczanie tych „szczegółów” mogę ciągnąć długo. „Bylejakość w szczegółach może zabić najlepsze idee” — wyznaje z rozbrajającą szczerością Lenkowski. Bylejakość w myśleniu może zabić najlepszą analizę, a ta nie jest nawet dobra.

Ślepa wiara w rynek

Grzechem pierwotnym było naturalnie przejęcie liberalizmu — czcigodnej formacji intelektualnej, opartej na uniwersalnej wartości, którą jest ludzka wolność — przez ludzi, których George Soros czy Paul Krugman nazywają rynkowymi fundamentalistami. Klasyczny liberał rozumie, że rynek może wchodzić w konflikt z ludzką wolnością, a mechanizmy rynkowe w rozmaitych sytuacjach mogą tę wolność ograniczać, zamiast jej sprzyjać.

Progresywna międzynarodówka Warufakisa i Sandersa: szansa dla prekariatu?

czytaj także

Wiedzieli to Adam Smith i John Stuart Mill; rynek był dla nich użytecznym pomysłem na organizację życia gospodarczego, ale tylko wówczas, gdy sprzyjał ludzkiej wolności, a nie gdy ją ograniczał. Kiedy rynek pracy zmusza człowieka do skrajnego upodlenia, żeby zarobić na życie; albo kiedy gospodarczy oligopol wysysa pieniądze z klientów, korzystając z uprzywilejowanej pozycji; albo wreszcie kiedy rządy ratują banki doprowadzone do upadłości przez ich własne zarządy, przy okazji za pieniądze podatników ratując też fortuny akcjonariuszy — takie sytuacje nie mają nic wspólnego ze zwiększaniem sfery ludzkiej wolności.

W ostatnich dekadach dziedzictwo Smitha czy Milla przejęli ludzie, dla których wolność sprowadza się do bezkrytycznej afirmacji rynku i kapitalizmu. To od nich słyszymy, że politycy dbający o dzieci przypominają Stalina (nie przypominają). Drodzy liberałowie, zrozumcie to w końcu: waszą ideologię przejęła niewielka fanatyczna sekta. Wyrządziła wiele zła i właśnie przegrywa. A was czeka tułaczka po bezdrożach niszowej polityki. No cóż, jakiś rachunek trzeba za to wszystko zapłacić.

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.