Gospodarka

Sutowski: Nierówności zwiastują poważne kłopoty

I tylko istotna zmiana polityki podatkowej i społecznej może je powstrzymać.

Nierówności społeczne i ekonomiczne nie bez przyczyny budzą w ostatnich latach szczególne zainteresowanie na świecie. Głośna książka Thomasa Piketty’ego – niedługo nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej ukaże się również po polsku – wiele do debaty na ten temat wniosła. Przede wszystkim jednak jej sukces pokazuje, jak wrażliwy nerw społeczeństw stanowi dziś rosnące rozwarstwienie.

W jakim stopniu ta problematyka i zjawiska zdiagnozowane na Zachodzie – nie tylko przez autora Kapitału w XXI wieku, ale także innych badaczy, takich jak Tony Atkinson, Emmanuel Saez czy Branko Milanovič – odnoszą się jednak do Polski?

Niedawna intensywność, a wręcz pewna nerwowość dyskusji na ten temat wskazują, że problem jest bardzo poważny. Komentatorzy i analitycy powołują się na badania – statystyki GUS, Eurostatu czy OECD – które na pytanie o wzrost, spadek bądź utrzymywanie się nierówności w Polsce dają odpowiedź niejednoznaczną.

źródło: Biuro Analiz Sejmowych

To na ich podstawie (konkretnie: danych o ewolucji współczynnika Giniego w ostatnich latach, o stosunku mediany płacy do jej średniej, o wzroście płacy minimalnej) np. Jan Gmurczyk przychyla się do tezy, że „w ostatnich latach rozwarstwienie dochodowe polskiego społeczeństwa (rozumianego jako całość) co najmniej nie uległo zmianie, a najprawdopodobniej zmalało”, przez co jego zdaniem „popularną tezę, wedle której w Polsce »bogacą się tylko bogaci, a biedni biednieją«, można uznać za mit”. Choć argumenty autora są zniuansowane, teza jest wyrazista. Budzi jednak poważne wątpliwości. Drugorzędne – metodologiczne. I pierwszorzędne: w kwestii realnych uwarunkowań diagnozowanych procesów.

Lepiej wszystkim czy niektórym?

To metodologiczny banał, że dobór wskaźników kształtuje nasz ogląd rzeczywistości społecznej. Niestety, charakterystyczne dla wielu komentatorów jest pomijanie takich, które wskazują na dużo bardziej problematyczną skalę polskich nierówności niż dostrzegana na pierwszy rzut ekonomicznego oka.

Na najważniejsze z nich wskazywali Michał Polakowski i Dorota Szelewa w dwóch artykułach polemicznych, jakie ukazały się niedawno na stronach „Dziennika Opinii”. Po pierwsze, analitycy Fundacji ICRA wskazują, że punktem odniesienia powinno być raczej ostatnie ćwierćwiecze niż tylko minione 10 lat, zwłaszcza jeśli chcemy myśleć w kategoriach trendów długoletnich, a nie tylko w perspektywie dwóch kadencji sejmowych i rządów PO.

Nawet jeśli w stosunku do roku 2007 obecny poziom współczynnika Giniego spadł, to w zestawieniu z rokiem 1988 i tak wzrósł dramatycznie. Po drugie, szacunki Credit Suisse na temat nierówności majątkowych (co prawda mocno niepełne, dotyczące aktywów finansowych i nieruchomości pomniejszonych o zadłużenie) sugerują, że te w latach 2010-14 wyraźnie wzrosły. A to akurat wpisuje się w jeden z trendów diagnozowanych dla współczesności przez Thomasa Piketty’ego, tzn. nierówności majątkowych rosnących szybciej niż dochodowe.

Źródło: Credit Suisse, Global Wealth Report 2014

Do tego można dodać dane na temat ubóstwa wśród dzieci (według UNICEF jesteśmy na szarym końcu „z 1,3 mln dzieci, które mają ograniczony dostęp do podstawowych dóbr zapewniających prawidłowy rozwój”), a także badany przez prof. Szarfenberga udział ubogich, którzy nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb, wśród ludzi pracujących.

Pod względem skali zjawiska working poor w Unii Europejskiej również jesteśmy w czołówce niechlubnej listy.

Wskazywane przez Gmurczyka: faktyczny wzrost płacy minimalnej (z 936 złotych 2007 roku do 1,6 tys. złotych w roku 2013) oraz wzrost liczby zatrudnionych (z 62,7 do 64,9 proc. osób w wieku od 20 do 64 lat) dają obraz sytuacji dalece niepełny, jeśli nie uwzględnimy faktu wzrostu liczby osób zatrudnionych na umowy cywilno-prawne, z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami społecznymi i ekonomicznymi (z brakiem płacy minimalnej na czele!).

Wreszcie w kraju gdzie słowo „rodzina” odmienia się przez wszystkie przypadki, nie można nie wspomnieć o tym, jak pojawienie się w rodzinie dziecka wpływa na dochody. Dane OECD pokazują wyraźnie, że w niektórych państwach – i nie chodzi tylko o Danię i Szwecję, ale także Estonię, Czechy, Węgry czy Słowenię – krzywa dochodu rozporządzalnego powiększającej się rodziny niemal się nie zmienia. W Polsce niedostatki infrastruktury opiekuńczej, nie mówiąc już o poziomie wsparcia finansowego dla rodziców, czynią sytuację uboższych jeszcze trudniejszą niż wynikałoby to z ogólnych wskaźników dochodowych.

Źródło: GUS, Sytuacja gospodarstw domowych 2013

Nierówności nierównościom nierówne

Wskaźnik Giniego – nawet jeśli nie jest przesadnie pesymistyczny dla Polski ostatnich kilku lat – nie obejmuje takich czynników jak jakość i dostępność usług publicznych (by wymienić tylko oświatę i służbę zdrowia), które ludzi o różnej zasobności czynią nieraz mieszkańcami dwóch różnych światów społecznych, w zależności od możliwości płacenia za usługi prywatne bądź jej braku.

Na poczucie niesprawiedliwości panujących w Polsce stosunków społecznych – zbyt łatwo redukowane do kategorii (pop)psychologicznych – niewątpliwie składa się również de facto regresywny system podatkowy w Polsce. System z żałośnie niską kwotą wolną, jedną z najniższych w UE progresji podatków dochodowych od osób fizycznych, z liniowym (i bardzo niskim) podatkiem CIT i faworyzującym zamożniejszych wprost regresywnym VAT-em jako dominantą całego systemu danin publicznych.

Źródło: NIK

Nie trzeba być ekonomicznym ekspertem, by rozumieć, że tak skonstruowane i egzekwowane podatki – w połączeniu z łatwością ich „optymalizacji” przez wielki biznes, a nawet zamożniejszych reprezentantów wolnych zawodów na „kontraktach menadżerskich” – nie tylko sprzyjają pogłębianiu nierówności, ale także poczuciu opresyjności ze strony państwa. Państwa, którego karząca ręka skarbowej represji łatwo dosięga maluczkich, „tłuste misie” pozostawiając w świętym spokoju.

Źródło: NIK

Jeśliby nawet przyjąć bardzo optymistyczną perspektywę i uwzględnić kontekst kryzysu, zestawiając brutalne cięcia socjalne na południu Europy i w krajach bałtyckich, czy choćby dramatyczny wzrost nierówności w USA z, nazwijmy to, ambiwalentnymi wskaźnikami nierówności w Polsce – to czy faktycznie nie byłoby powodów do niepokoju? Wiele niestety wskazuje na to, że czynniki odpowiadające za choć częściowe złagodzenie panujących nierówności mają głównie charakter zewnętrzny.

Wzrost płac realnych o 15 procent w latach 2007-13 (i tak mniejszy od wzrostu PKB!) miał istotny związek z faktem emigracji ponad miliona Polaków za granicę. Rozładowanie (bo nie „rozwiązanie”) części problemu bezrobocia poprzez wyjazdy, nieco większa presja na wzrost płac w niektórych sektorach (np. budownictwie, gdzie wykwalifikowanych robotników zaczęło zwyczajnie brakować), ogromny, keynesowski impuls koniunkturalny – dzięki inwestycjom w infrastrukturę za europejskie pieniądze tworzący miejsca pracy – to wszystko konsekwencja określonego etapu integracji europejskiej. Etapu, który zdaje się zmierzać do końca (tzn. polityka spójności wraz z funduszami strukturalnymi w obecnej formie).

Źródło: Opracowanie własne, na podstawie danych GUS i Ośrodka Badań nad Migracjami UW

Między rynkiem i państem

Gdzie zatem rozstrzygnie się przyszłość polskich nierówności i spójności społecznej? Jak praktycznie odpowiedzieć na diagnozę, zgodnie z którą „zdrowa gospodarka rośnie pracą i płacą klasy średniej, a nie na kredyt”?

Nieoczywistą odpowiedzią w kontekście polskiej debaty o gospodarce może być sektor publiczny.

Wbrew stereotypom (pracowicie odkłamywanym między innymi w pracach Macieja Gduli), to on właśnie tworzy gros przyzwoitych miejsc pracy polskiej klasy średniej. I to jego jakość bądź jego nijakość (poprzez usługi publiczne, z oświatą od żłobka i przedszkola po uniwersytet, ze służbą zdrowia od lekarzy rodzinnych po innowacyjne kliniki) będzie decydowała o jakości życia (a pośrednio spójności i równości) Polaków.

Na drugim miejscu zadecyduje o niej mieszkalnictwo. Po kryzysie frankowym i nieciekawych perypetiach programu „Mieszkanie dla młodych” (złośliwie przezywanego „Kasa dla deweloperów”) nieco łatwiej już mówić o potrzebie alternatywnych rozwiązań, w tym budowy mieszkań społecznych i komunalnych. Czy łatwiej będzie coś w tej sprawie zrobić, pokaże czas. Choć mit „rodziny na swoim” nieco przyblakł, presja na prywatyzację i reprywatyzację gruntów i nieruchomości, w zgodzie zresztą ze smutnym trendem globalnym, nie ustaje. Zaś czyściciele kamienic i skupujące roszczenia majątkowe kancelarie prawne nie sprawiają wrażenia, jakby mieli zniknąć ze społecznego horyzontu.

Trzecim obszarem redukcji nierówności mogłaby stać się energetyka, ale tu znów – losy „poprawki prosumenckiej” dają umiarkowane przesłanki do optymizmu.

Finansowanie ambitniejszej polityki w tych obszarach nie będzie możliwe bez zmiany systemu podatkowego na realnie progresywny, promujący rozwój technologiczny firm i sprzyjający popytowi krajowemu. Równie – a może nawet bardziej – kluczową, krajową podaż – czyli produkcję towarów i usług o wyższej niż dotychczas wartości dodanej, konkurującej jakością i designem, zamiast niskimi kosztami pracy – stymulować będzie niełatwo. W państwie o ograniczonej sprawczości trudno bowiem przychodzi myśleć o ambitniejszych rozwiązaniach niż „trzecioświatowe” specjalne strefy ekonomiczne.

A czy się uda? Mówiąc nieco życzeniowo, musi, bo nie ma innego wyjścia. Ostatecznie bowiem to struktura miejsc pracy (efekt udanej polityki przemysłowej bądź jej braku) przesądzi, czy nierówności w Polsce staną się dramatyczne i nie do zniesienia.

Tekst ukazał się na stronach Instytutu Obywatelskiego. Tytuł, śródtytuły i infografiki pochodzą od redakcji Dziennika Opinii. 

Oprac. danych: Jakub Dymek

Czytaj także:
Dorota Szelewa, Michał Polakowski: Proszę pana, nierówności to fakt
Dorota Szelewa, Michał Polakowski: O nierównościach wąsko? To wygodne [polemika]

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij