Gospodarka

Beza łyżeczką czy kebab rękami? O klasowości tego, co (i jak) jemy

Nawet świadomość jawnego przewału nie powstrzymała mnie przed wypełnieniem tego testu. Któż nie chciałby wiedzieć, do jakiej klasy należy?

Być może zetknęliście się w ostatnich tygodniach na Facebooku lub Twitterze z testem, który na podstawie preferencji kulinarnych przypisywał użytkowników do klas społecznych. Zabawę zapewniła firma IDRlabs, która raz na jakiś czas zdobywa popularność w social mediach, a to oferując nam testy na nasze poglądy polityczne, a to pozwalające sprawdzić, czy jesteśmy psychopatami.

Na marginesie warto zaznaczyć, że przed zarejestrowaną na Bahamach firmą IDRlabs w 2018 roku ostrzegano w kontekście możliwości sprzedaży danych o naszych preferencjach innym firmom o profilu podobnym do Cambridge Analytica.

Daj mi swoje dane, a ja sprawię, że wybierzesz mojego kandydata

Na stronie IDRlabs rzeczywiście nie znajdziemy wielu podstawowych informacji. A to zawsze powinno zapalać lampkę ostrzegawczą. Jeżeli nie ma zbyt wielu informacji o przedsięwzięciu internetowym i nie wiadomo, w jaki sposób zarabia ono na oferowanych usługach, to prawdopodobnie my jesteśmy ich towarem.

Nawet jednak ta świadomość nie powstrzymała mnie przed tym testem. Któż nie chciałby wiedzieć, do jakiej klasy należy? Podczas wypełniania testu trzeba było odpowiedzieć na pytania o preferencje kulinarne. Wśród proponowanych potraw znalazły się między innymi: tatar, chipsy ziemniaczane, sashimi, makaron zapiekany z serem, gulasz wołowy, ostrygi, kanapka z kurczakiem czy kawior.

Jeśli chcecie wiedzieć, jakie były moje wyniki, to zwierały się one w enigmatycznej (i w jakimś sensie wyzwalającej) diagnozie: „Twoje preferencje odnośnie jedzenia nie powiązały Cię z żadną klasą społeczną”.

Co nie zmienia faktu, że generalnie, patrząc na to z odpowiedniej perspektywy, sprawy mają się następująco: jedzenie ma wymiar klasowy (jak niemal wszystko, łącznie z imionami). Istnieje wiele badań pokazujących, że stan naszego portfela jest silnie związany z tym, co znajduje się na naszych talerzach. A to przekłada się między innymi na nasze zdrowie.

Osoby otyłe niemal wszędzie spotykają się z dyskryminacją

Z badań przeprowadzanych w Europie i Stanach Zjednoczonych wynika, że osoby o niższym statusie społeczno-ekonomicznym spożywają mniej ciemnego pieczywa, mniej świeżych warzyw i owoców, za to więcej tłustego mleka. Taka dieta jest jednym z czynników, które wpływają na podwyższone wskaźniki otyłości, ryzyko cukrzycy oraz szereg innych chorób. To z kolei zwiększa ryzyko przedwczesnego zgonu.

Co ciekawe, zjawisko „gorszej diety” osób z niskim statusem społeczno-ekonomicznym potwierdzają również wyniki badań zespołu pod kierownictwem Danit Shahar, przeprowadzonych w izraelskim regionie Negew, cechującym się dostępem do tanich świeżych warzyw i owoców. Również tam osoby z niższych klas społecznych jadły mniej zdrowo w porównaniu do osób z wyższych klas społecznych.

Dlaczego właściwie tak się dzieje? Cóż, niemal wszystkie zjawiska społeczne mają wiele przyczyn; wiele zmiennych jednocześnie wpływa na to, że coś dzieje się tak, a nie inaczej. Jednak niektóre zmienne „ważą” więcej niż inne.

Dlaczego biedni są grubi?

W przypadku przecinania się klasy społecznej i diety bardzo ciekawe badanie przeprowadzili Rachel Pechey i Pablo Monsivais. Z opublikowanego przez nich artykułu wynika, że to ekonomia odpowiada za bardzo dużą część efektu gorszej diety. A precyzując: wybór sklepów. A ten wynika z tego, jak ważne są dla nas ceny.

Badacze zauważają związek między korzystaniem z oferty tanich marketów oraz ubogą dietą. W tanich sklepach jest znacznie więcej niezdrowej żywności. Nawet więc jeżeli chcielibyśmy kupować zdrowe jedzenie, to w tanich sklepach jest to po prostu trudniejsze. W drogich sklepach zdrowego jedzenia jest znacznie więcej. Problem w tym, że drogie sklepy są… drogie. A więc są omijane przez osoby z klas niższych. I tak to się kręci.

Tu jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Otóż osoby zamożne często w ogóle nie patrzą na ceny produktów spożywczych. Nie mają pojęcia, ile kosztuje chleb, ziemniaki czy szynka, które kupują. Ceny tych produktów raczej lokują w pewnych przedziałach. Wiedzą, że bochenek zapewne nie kosztuje mniej niż dwa złote, ale nie więcej niż 10 złotych. Reszta nie ma większego znaczenia, ponieważ to, co widzą na rachunku w sklepie spożywczym, w zestawieniu z ich dochodami nie jest szczególnie istotne. To część „przywileju zdrowego jedzenia”: brak konieczności liczenia się z jego ceną.

Oczywiście cena, czy szerzej mówiąc, kwestie ekonomiczne, na co zwracają uwagę również wyżej wspomniani Rachel Pechey i Pablo Monsivais, to niejedyny element wpływający na dietę.

Jak żyć zdrowo, unikając jedzenia na mieście. Instruktaż

Liczą się również przyzwyczajenia, pewne utarte schematy zachowań, normy społeczne w danej grupie odniesienia. Nie jesteśmy przecież racjonalnymi kalkulatorami – ani jeśli chodzi o ekonomię, ani jeśli chodzi o dietę. Wiele zależy od naszych automatyzmów. Część z nich powstaje w wyniku socjalizacji w obrębie danej grupy społecznej, czyli właśnie ten osławiony „habitus”.

Czy można więc coś z tym zrobić? Świat społeczno-gospodarczy jest niezwykle skomplikowany, zazwyczaj więc nie istnieją proste rozwiązania skomplikowanych problemów. Nie można po prostu przekręcić jednej gałki, żeby wszystko działało zgodnie z naszym planem.

Potrzebne więc są zarówno mądre działania w sferze edukacji, podwyższanie dochodów osób niezamożnych, jak i podwyższanie norm jakości produktów. Wśród nich znajdują się takie instrumenty, jak opodatkowanie cukru w napojach czy limity jego poziomów. Wiemy, że – przynajmniej w Stanach Zjednoczonych – słodzone napoje są istotnym składowym gorszej diety wśród osób z niskim statusem społeczno-ekonomicznym.

Kto zapłaci podatek cukrowy?

Być może jakimś rozwiązaniem byłyby również narzędzia ekonomii behawioralnej. Wiemy doskonale, że sklepy takie narzędzia wykorzystują do zwiększania swojego zysku. Jedną z takich psychologicznych sztuczek jest choćby eksponowanie różnych produktów w odpowiednich miejscach. Być może swego rodzaju „regulacja ekspozycji” pomogłaby w zmianie nawyków żywieniowych części społeczeństwa.

Czy to wszystko jest zamachem na wolny rynek? Cóż, pewnie tak. Jeżeli jednak wynikiem działania wolnego rynku jest to, że jakaś część społeczeństwa ma wyraźnie mniejsze szanse dożycia sędziwego wieku, to warto na pewne obszary rynku dokonywać zamachy.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij