Gospodarka

Inflacja to mniejsze zło

Wzrost cen sam w sobie nie jest niczym pozytywnym, jednak można go traktować jako mniejsze zło. Bo jaka jest alternatywa? Czy powinno się zrezygnować z programów pomocowych w czasie kryzysu i pozwolić firmom upaść, by setki tysięcy ludzi trafiło na bezrobocie?

Odczyt inflacji w USA w kwietniu tego roku zaskoczył wszystkich, a najbardziej makroekonomistów, którzy pomylili się w przewidywaniach o 0,6 pkt. proc. Inflacja za oceanem wyniosła 4,2 proc. zamiast 3,6 (tyle wynosił tak zwany konsensus). Sytuacja tym bardziej zaskakujące, że tak wysoką inflację widziano tam ostatni raz w 2008 roku. Tymczasem w Polsce mieliśmy do czynienia z sytuacją prawie bliźniaczą. Według GUS kwietniowy wzrost cen wyniósł 4,2 proc., czyli nieco więcej, niż przewidywali analitycy w kraju, choć ci polscy pomylili się trochę mniej – bo o 0,2 pkt. proc. Nasz odczyt nie ma również aż tak historycznego znaczenia, gdyż wyższą inflację obserwowaliśmy zaledwie rok temu.

Ekonomiczni puryści chwycą się za głowę i będą się domagać natychmiastowej reakcji w polityce pieniężnej. Na przykład wyraźnego podniesienia stóp procentowych, które od rozpoczęcia kryzysu pozostają na rekordowo niskim poziomie. Rada Polityki Pieniężnej w ostatnim czasie obniżyła je dwukrotnie, co w sytuacji nagłej recesji jest działaniem dosyć standardowym. Rzekomo krąży więc mnóstwo pieniędzy, które rządzący wpompowali w rynek, a ludzie wydają jak szaleni, bo nie mają motywacji do oszczędzania, skoro trzymanie pieniędzy na lokacie zwykle oznacza stratę. Co tym bardziej napędza inflację, gdyż nadwyżka gotówki nie jest lokowana w oszczędnościach, ale pozostaje na rynku. Inaczej mówiąc, polska odmiana luzowania ilościowego połączona z rządowym impulsem fiskalnym w postaci szeregu zapomóg wpędzi nas w galopującą inflację, co trzeba jak najszybciej przerwać – przynajmniej zdaniem tychże purystów.

Boomu popytowego nie widać

Gdy jednak wgłębimy się w treść szybkiego szacunku GUS dotyczącego kwietniowych cen, to zorientujemy się, że impuls ilościowo-fiskalny nie jest wcale głównym winowajcą wzrostu cen w Polsce. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły jedynie o 1,2 proc. Co zatem odpowiada za inflację? Ceny nośników energii wzrosły o niemal 4 proc., co jest spowodowane drożejącymi rachunkami za prąd. A dokładnie – wprowadzeniem opłaty mocowej, która od tego roku obciąża rachunki kwotą znaczącą, bo nawet kilkunastu złotych miesięcznie. W największym stopniu do inflacji dołożył się jednak wzrost cen paliwa do prywatnych środków transportu – tutaj mówimy o skoku rzędu 28 proc. A to jest efektem dynamicznych wzrostów ceny ropy, która od początku roku poszła w górę już o 30 proc.

Cicha rewolucja w polityce gospodarczej

Gdy sięgniemy do dokładniejszych danych GUS za marzec, kiedy inflacja przekroczyła 3 proc., również przekonamy się, że nie odpowiada za nią gwałtowny wzrost konsumpcji. Ceny tradycyjnych towarów konsumpcyjnych zachowywały się bardzo spokojnie. Ceny żywności i napojów wzrosły ledwie o 0,5 proc., a ceny odzieży wręcz spadły o 1,4 proc. Ceny używek, podobnie jak wyposażenia mieszkania, wzrosły o 2 proc., więc również niewiele. Za wzrost cen odpowiadały przede wszystkim koszty związane z transportem (5,4 proc.), użytkowaniem mieszkania z nośnikami energii włącznie (6 proc.) oraz łącznością (7,4 proc.). W przypadku użytkowania mieszkania kluczowe znaczenie miało też podniesienie opłat za wywóz śmieci. Istotnie, choć nieco mniej, wzrosły też ceny w kategorii zdrowie, co w sumie nie jest zaskakujące w dobie pandemii.

Nie obserwujemy więc w Polsce jakiegoś boomu popytowego. Gdzie by on się miał właściwie realizować, skoro prawie wszystko jest zamknięte? Wzrosty cen wynikają przede wszystkim z przyczyn zewnętrznych (wzrost ceny ropy) oraz konieczności transformowania polskiej energetyki w kierunku neutralności klimatycznej (opłata mocowa).

Bariery podażowe

Za część wzrostu cen odpowiadają również problemy z produkcją. Z powodu pandemii przerwanych zostało wiele łańcuchów produkcji, a producenci mają kłopoty z dostępem do materiałów i podzespołów. Ceny komponentów rosną, będą więc rosnąć też ceny produktów finalnych. Między innymi z tego powodu zawrotne ceny osiągają karty graficzne oraz konsole nowej generacji.

Kupujesz grę? Twoje wydatki dopiero się zaczynają. Jak gaming wysysa pieniądze

Równocześnie przejście na pracę zdalną zwiększyło popyt na dobra elektroniczne, szczególnie na laptopy i komputery. Przykładowo tajwański TSMC, który jest liderem produkcji układów scalonych, w zeszłym roku podniósł swoje ceny o 10 proc., a w tym rozważa kolejną podwyżkę rzędu 15 proc. TSMC dostarcza układy scalone zarówno producentom elektroniki, jak i przemysłowi motoryzacyjnemu. Ich niedobór był tak duży, że na początku tego roku rząd Niemiec zaapelował do rządu Tajwanu, by wymógł na producencie zwiększenie produkcji.

Problemy podażowe w oczywisty sposób odbijają się na cenach. Mają one jednak charakter tymczasowy. Gdy gospodarka wróci do normalności, producenci odbudują swoje łańcuchy dostaw, podaż towarów znów zacznie zaspokajać popyt, a ceny się ustabilizują.

Oczywiście, w najbliższych miesiącach ceny mogą nadal rosnąć – być może nawet nieco szybciej niż w kwietniu. Nie będzie w tym niczego dziwnego, gdyż zbliża się szybkie odbicie po zamrożeniu życia społecznego. Między innymi to właśnie odpowiada za nagły wzrost inflacji w USA, które zaczęły się otwierać wcześniej niż Europa dzięki szybszej akcji szczepień. Pierwsze stany – np. Teksas czy Michigan – otwierały się już w marcu.

Według Ignacego Morawskiego na kontach polskich gospodarstw domowych „zalega” 140 mld zł nadwyżki finansowej powstałej z powodu pandemicznych transferów rządowych oraz odłożonego popytu. Paradoksalnie, pandemia poprawiła sytuację finansową w wielu domach, gdyż nie było gdzie wydawać pieniędzy. Otwarcie gospodarki spowoduje, że przynajmniej część tych pieniędzy wróci na rynek, a niektórzy przedsiębiorcy wykorzystają to do podwyższenia cen. To jednak także będzie miało charakter przejściowy. Poza tym większość tej nadwyżki spoczywa na kontach najzamożniejszych, którzy mają po prostu co oszczędzać, a ich konsumpcja z kolei niekoniecznie przekłada się na ogólny wzrost cen, bo realizowana jest często za granicą, a nabywane przez nich dobra są mniej „masowe”.

W innym swoim tekście Morawski zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny czynnik. Obecny kryzys jest specyficzny, gdyż częściowy lockdown uniemożliwił prowadzenie działalności niektórym przedsiębiorcom. Chociaż drastycznie spadł im popyt, nie dostosowują oni swoich cen, gdyż nie walczą o klientów. W gospodarce brakuje więc obecnych zwykle efektów dezinflacyjnych, co również podbija wzrost cen. Aktualnie ceny w zamrożonych branżach są przez GUS szacowane. Według najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego w kwietniu ubiegłego roku szacowana w ten sposób była prawie jedna piąta cen w koszyku inflacyjnym. Tegoroczny lockdown ma znacznie mniejszą skalę, więc szacowanych jest jedynie 5-7 proc. cen. Tak więc, gdy zamrożone branże wreszcie się otworzą, a przedsiębiorcy znów zaczną ze sobą konkurować, niektóre ceny mogą zacząć spadać.

Inflacyjne nierówności

Najważniejsze jest to, czy obecna inflacja faktycznie zubaża Polaków. Gdyby wzrost płac był niższy od wzrostu cen, wtedy istotnie mielibyśmy spory problem. Jest jednak inaczej. Według GUS płace w Polsce w marcu przeciętnie wzrosły o 8 proc. rok do roku, więc znacznie bardziej niż ceny. O niemal 8 proc. wzrosła w tym roku także pensja minimalna – z 2,6 tys. zł do 2,8 tys. – więc najmniej zarabiający pracownicy także realnie nie biednieją. Od momentu wprowadzenia „500+” do marca ceny wzrosły o przeszło 12,4 proc. Oznacza to, że obecnie owo 500 to realnie 438 złotych – wyraźnie mniej. Jednak rzekomo „zdroworozsądkowe” opowieści o tym, że uruchomione w 2016 roku świadczenia na dzieci i tak zjadła już inflacja, więc wyszło na zero, można włożyć między bajki.

Lud sprzedał wolność za 500+? To bardzo stary koncept

W ostatnim czasie coraz częściej zwraca się uwagę, że inflacja ma charakter regresywny, czyli bardziej uderza w najmniej zarabiających. To oni przecież wydają większą część swoich dochodów na tradycyjne dobra konsumpcyjne, które są bardziej podatne na wzrost cen. Ma to swoje uzasadnienie. Według wspomnianego wyżej raportu PIE do 2019 roku najmniej zarabiające 20 proc. Polek i Polaków faktycznie w większym stopniu odczuwało inflację niż 20 proc. najbogatszych. Nie były to drastyczne różnice – w 2019 roku realna inflacja najmniej zarabiających była o 0,27 pkt. proc. wyższa niż najbogatszych. W 2015 roku różnica wynosiła zaledwie 0,07 pkt. proc. Faktem jest jednak, że inflacja w nieco większym stopniu uderza w najmniej zarabiających. Trzeba to brać pod uwagę. Jest jednak i druga strona medalu: umiarkowana inflacja napędza wzrost gospodarczy, a więc także zatrudnienie i płace. A to już jest korzystne dla najsłabszych grup na rynku pracy.

Alternatywa jest gorsza

Kryzys pandemiczny ma jednak inną specyfikę, inaczej też rozkładają się koszty inflacji. Przy użyciu danych z kart płatniczych Mastercard analitycy PIE prześledzili zmiany w wydatkach poszczególnych grup wydatkowych. Z powodu lockdownów najbogatsi mieli ograniczone możliwości podróży zagranicznych oraz nabywania typowych dla nich dóbr i usług. W efekcie nastąpiło „zatarcie różnic wynikających z możliwości finansowych bogatszych konsumentów” i zbliżenie się koszyków zakupowych Polaków w poszczególnych grupach. „Spadająca dynamika cen żywności i brak możliwości wydatkowania pieniędzy w wybranych kategoriach towarów i usług wpłynął na potencjalnie lepszą sytuację najuboższych gospodarstw domowych względem tych najbogatszych” – czytamy w raporcie. W analizowanych pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku to górne 20 proc. wydatkujących było bardziej obciążone inflacją niż dolne 20 proc. Co więcej, różnice te były wyższe niż w poprzednich latach na niekorzyść najmniej zarabiających. We wrześniu stopień obciążenia inflacją 20 proc. najbogatszych był wyższy o 0,45 pkt. proc. od najmniej wydatkujących. W sierpniu i październiku również przekraczał 0,4 pkt. proc.

Wielkie oczy inflacji

Ekonomiczni liberałowie wykorzystują każdy wzrost cen, by straszyć rzekomo ponurymi skutkami transferów społecznych i luźnej polityki monetarnej. Wzrost cen sam w sobie nie jest niczym pozytywnym, jednak można go traktować jako mniejsze zło. Bo jaka jest alternatywa? Czy powinno się zrezygnować z programów pomocowych w czasie kryzysu i pozwolić firmom upaść, by setki tysięcy ludzi trafiło na bezrobocie? A tych bez pracy, z dziećmi na utrzymaniu, zostawić bez żadnego wsparcia?

Owszem, rekordowo niskie stopy procentowe mają szereg szkodliwych właściwości. Między innymi prowadzą do wzrostu cen nieruchomości. Równocześnie jednak zmniejszają koszty życia gospodarstw domowych żyjących w mieszkaniach kupionych na kredyt. Ułatwiają też dostęp do kredytu rodzinom chcącym nabyć lokal mieszkalny, a także przedsiębiorstwom próbującym przetrwać kryzys bez zwolnień grupowych. Kilkuprocentowa inflacja jest zawsze lepsza niż długotrwała deflacyjna recesja. Łatwiej jest zdusić nieco za wysoką inflację, niż odbudować potencjał zrujnowanej gospodarki i przywrócić optymizm zdołowanemu społeczeństwu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco