Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Felieton

Marsz niepodległości jako ludowy festyn

Marsz-Niepodległości

Z jednej strony mamy krzyczących wojów, którzy mentalnie potrząsają swoimi husarskimi skrzydłami i odstawiają wojownicze tańce godowe, a z drugiej coraz mniej przestraszonych mieszczan, dla których marsz jest powodem do klasistowskiej beki z Sebastianów wyklętych.

Mimo wszystko trudno się nie uśmiechnąć, patrząc, jak tysiące polskich patriotów krzyczy na marszu „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” w rocznicę umownego dnia odzyskania niepodległości, w którym to czerwony przecież Piłsudski odbiera władzę od niemiecko-austriackich kolaborantów z Rady Regencyjnej. Jeszcze śmieszniejsze wydają się w tym kontekście błagania uczestników marszu skierowane do duchownych o przywództwo, albowiem w owej Radzie Regencyjnej znalazł się przecież znany carski lizus arcybiskup Kakowski. A już najbardziej komiczna wydaje się obecność dzieci na marszu, które na co dzień chronione są przed okrutnymi obrazkami tęczy, dyni na Halloween, Harrym Potterem, tolerancją i strajkiem szkolnym, tylko po to, by w dniu niepodległości pośpiewać za tatusiem i mamusią o wieszaniu ludzi na drzewach i mordowaniu wrogów Ojczyzny.


W tym sensie marsz ten jest nie tyle groźny, ile po prostu komiczny. Coraz bardziej też przypomina ludowy festyn z kiełbaskami i obwarzankami oraz częścią artystyczną rodem z festiwalu piosenki żołnierskiej. W pewnym sensie taki już los sukcesu. Od wielce tożsamościowej imprezy, na której, niczym na derbach piłkarskich, można było palić szaliki i na którą zapraszało się zaprzyjaźnione bojówki, po mainstreamowy skansen, na którym, niczym na meczu reprezentacji, rozochocone pikniki w garniturach rozglądają się za najbliższym kebabem i toaletą w krzakach.

Prezes i faszyzm

Oczywiście nie znaczy to, że nic się nie stało, gdy do Warszawy przyjeżdżają faszyści z Forza Nuova, ale też z drugiej strony coraz częściej marsz ten kwitowany jest przez resztę zwykłym wzruszeniem ramion. Przeszli, pokrzyczeli, jacy są odważni i czego tam nie zrobią, a potem szybcikiem wrócili, bo przecież rano do roboty, a wojować to można z internetowymi lewakami, a nie z szefem, który pomiata wyklętymi niczym Łupaszka niemowlętami.

Coraz częściej też ów ludowy festyn, na który tłumy przybywają nie tyle po to, by bratać się z faszystami, ile żeby sobie pouczestniczyć w czerwono-białym paździerzu, staje się swoistym antropologicznym przedstawieniem. Z jednej strony mamy więc krzyczących wojów, którzy mentalnie potrząsają swoimi husarskimi skrzydłami i odstawiają wojownicze tańce godowe, a z drugiej coraz mniej przestraszonych mieszczan, dla których marsz jest powodem do klasistowskiej beki z Sebastianów wyklętych. W tym sensie marsz powoli dochodzi do swojego kresu, albowiem jego głównym celem jest przestraszenie figurą polskiego faszysty. W momencie, gdy strach zmienia się w źródło niezamierzonego komizmu, marsz przestaje spełniać swoją rolę i staje rytualnym, to jest nic nieznaczącym, pohukiwaniem.

Wbrew pozorom bowiem od kilku lat owe marsze politycznie niczego nie zmieniają. Tak jak cztery lata temu na plecach Kukiza do Sejmu weszło kilku narodowców, tak teraz weszło kilkoro na plecach Korwina. Bez tych wspomagaczy polscy nacjonaliści mają zwyczajowe 3 procent, co pewnie się zmniejszy, jeśli tylko dziennikarze dadzą mikrofon Grzegorzowi Braunowi albo popytają o Hitlera, Holokaust i niepełnosprawnych posła Korwina.

Z tego też powodu uważam, że najlepsze, co może robić lewica, to zamiast pchać się w środek z jakimiś blokadami, robić swoje marsze, czcić swoich bohaterów bez krwi na rękach, a przede wszystkim zalewem lewicowych projektów ustaw spełniać obietnice wyborcze. Nikt bowiem nie głosuje dlatego, że rok wcześniej pośpiewał sobie coś na moście Poniatowskiego albo coś ponucił na festiwalu w Opolu. Dlatego PiS, które nie robi marszów, ma ponad 40 procent, a nacjonaliści, którzy marsz organizują, mają 2–3 procent poparcia.

Antifa: codzienny antyfaszyzm

czytaj także

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.