Felietony

Kołcz. Handlarz gównem na patyku

Fot. Zac Durant/Unsplash, favpng.com. Edycja KP.

Kołcz jest prawdziwą grubą rybą w stawie pełnym przegrywów. Magia coachingu polega na tym, że ci bardziej wygadani laureaci Nagrody Darwina pouczają tych bardziej zahukanych.


„Zostawiłem go, żeby się dwa razy zesrał w gacie, a potem już sam siadł na nocnik”.

W knajpie jakiś ojciec wyjaśnia, jak przeprowadził swojego potomka przez kluczowy moment w życiu. Koledzy kiwają głowami z powagą. Stary nie kontynuuje wywodu, bo w telewizji właśnie zaczyna się hokej.

Ten knajpiany głupek nie wie, że swoje spostrzeżenia na temat srania poza sedesem mógłby rozwinąć na jakieś 150 stron, zatytułować na przykład „Jak pozbyć się pieluch starodawną indiańską metodą” i sprzedawać za 40 zł, wliczając w to VAT, organizować fekalne seminaria z mikrofonem wpiętym w klapę, drobnym poczęstunkiem i tlenioną blondyną z ulotkami w drzwiach.

Jeszcze do niedawna wszyscy rozumieliśmy, że rzeczy, na których temat wiedzę nabyliśmy podczas swojego zawszonego życia (np. że dupa mniej swędzi od bawełny niż od poliestru albo że po oralu facetom przestaje na chwilę odwalać), nie są pod żadnym względem odkrywcze. Do podobnych wniosków doszły już miliony łosi przed nami i przyjdą one do głowy każdemu, kto osiągnie określony wiek i znajdzie się w określonej sytuacji.

Zaradni twardziele są twardzi i zaradni. Po co im społeczeństwo?

Do tej pory ludzie opowiadali sobie takie spostrzeżenia, doświadczenia i podobne miniaturowe odkrycia przede wszystkim po to, żeby w knajpie nie zapadała niezręczna cisza. W swoim pijaństwie mogli się wyzłośliwiać i tym sposobem okazać odrobinę ludzkiego ciepełka.

– Ty, kurna, się okazało, że jak się nie boisz powiedzieć, że chcesz więcej kasy, to dostajesz więcej kasy.
– Kurna, ja to wiem od podstawówki.

Tylko że potem przyjechał pan Lorenz i zaczął SPRZEDAWAĆ te mądrości.

A po nim przybyli jego apostołowie. Nazwali się coachami i za stosunkowo niewielką opłatę sprzedają gówno na patyku, przynętę, której niemal nie da się oprzeć. Szczególnie ludziom, którzy nie mają nikogo, kto by im za darmo wciskał równie niechciane porady przy piwie albo kawie.

Odstaw piwo, łap mikrofon

„I jak było wczoraj?”
„Jprdl, Jarda zwariował do reszty, tłumaczył mi METODĘ, jak odpocząć na urlopie”.
„KURWA LOL”.

Kiedy knajpiane mędrkowanie kolegi zaczyna być zbyt naciągane, towarzystwo przy stole każe mu spierdalać i w naturalny sposób ktoś inny zabiera głos. Jednakowoż kołcz nie może spierdalać z racji pełnionej funkcji. Zatem możecie nauczyć się od niego na przykład:

a jeśli do paraliżującego poczucia samotności dołożycie jeszcze paranoję i rozdwojenie jaźni, możecie podskoczyć do Petra na kurs „Jak przeżyć koniec świata”. Właściwie to nawet nie musicie nigdzie chodzić. On przyjedzie do was, jak mu zapłacicie za bilet.

„Wszystko jest dostępne. Tylko weź się do roboty!”

Podobnie jak w przypadku pornoli i fotografii ślubnej, jesteśmy świadkami godnej pożałowania dewaluacji w obszarze coachingu. Kiedyś doradztwo uprawiali tylko ludzie, którzy zdobyli jakiś rynek, coś wymyślili albo nakłonili większą grupę ludzi do samobójstwa. Zaczynało się od 100 tysięcy dolarów za godzinę, ale stopniowo cena szła w dół, aż doszliśmy do gratisowych e-booków Jak zostać coachem.

Co spowodowało, że knajpiane „dobre rady” zmieniły się w kursy on- i offline? Że coraz więcej ludzi znajdujących się na granicy poczytalności ma potrzebę wyrażać swoje zalecenia za pomocą wykresów?

Piramida bezradnych

Podobnie jak sedes w galerii staje się sztuką, tak demokratycznie udostępniane wokół knajpianego stołu pieprzenie o głupotach zmienia się w mądrości o cenie rynkowej tylko dlatego, że wysrywa je z siebie ktoś w wynajętej do tego willi. W połowie szkolenia rozdaje wszystkim ciasteczka, a na koniec certyfikat za to, że patrzyli, jak wyciska z siebie randomowe bzdety.

To, czym kołcze za drobną opłatą dzielą się ze swoją publicznością, to przede wszystkim własna desperacja i wiadomości zaczerpnięte z „wyższej szkoły życia”. Kołcz jest prawdziwą grubą rybą w stawie pełnym przegrywów. Bycie „jeszcze kilka lat temu na kompletnym dnie, zadłużonym na miliony oraz uzależnionym od metamfetaminy i alkoholu” to niepodważalne referencje kołcza, który doradza w kwestii sukcesu, siły i zrównoważenia psychicznego.

Przeżyć upadki, wyłysieć już w zawodówce i nigdy nie nauczyć się składni – to z kolei kwalifikacje do nauczania „Mistrzowskiej komunikacji” i „Myślenia jak milioner”. Swoim drajwem guru oczarował również sprzedawcę gruchotów, który na koniec przyklepał mu ryzykowny leasing na piętnastoletnie audi, żeby mógł się nim pochwalić w motywacyjnym wideo.

Magia coachingu właściwie polega na tym, że ci bardziej wygadani laureaci Nagrody Darwina pouczają tych bardziej zahukanych. To zarazem określa, kto komu na koniec płaci dwa patyki.

Intuicyjne „słuchaj kogoś, kto jest mniejszym durniem od ciebie” w coachingu jest odwrócone do góry nogami. Im ktoś mocniej uderzy się w głowę, tym większe zdobywa uznanie. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę współzałożyciel portalu oferującego kursy byle czego, dlatego chwali się gębą połamaną w trzech miejscach, której dorobił się, próbując przeskoczyć płot na oczach dziewczyn. Od tego czasu „kocha proste życie” oraz prowizję z pośrednictwa na portalu dla desperatów.

Jordan Peterson. Wielki coach alt-rightu

Życiowa bezradność towarzyszy kołczom i ich klientom również podczas seminariów. Fantazje trenerów o tym, czego płacący za kurs mógłby chcieć od życia, ograniczają jedynie reklamy wygranej na loterii:

A: Stać na plaży z szeroko rozłożonymi ramionami naprzeciwko zachodzącego słońca.
B: Siedzieć na plaży z laptopem na kolanach.

W szczególności mężczyźni chcieliby zarabiać i innowować jak Steve Jobs albo zarabiać i ruchać jak DiCaprio. Odzwierciedlają to również filmowe wizualizacje z dziecięcymi mądrościami, dzikimi drapieżnikami lub po prostu ogólnymi krajobrazami.

Tytuł naukowy: dyletant

Wśród ludzi, którzy czują się we wszystkim bezradni, ten, kto twierdzi, że daje radę w jednej chujowej rzeczy, staje się człowiekiem wykształconym. Wystarczy okrasić się tytułami „były regionalny manager organizacji Toastmasters i prezydent klubu brneńskich Toastmasterów”, „pozytywny człowiek zainteresowany rozwojem osobistym” albo po prostu „mama”.

Bycie mamą dwójki dzieci zdaje się dla czeskich kołczów tak samo ważne jak MBA z ekonomii dla ambitnych chujków. Naturalną konsekwencją macierzyństwa jest rozwód. Ale porządna pani kołcz w tej sytuacji również znajdzie potencjał handlowy.

Rahim Blak w Amazonie, czyli rzecz o rynku pracy i reklamie

„Seks niewątpliwie jest częścią związku i dlatego z pewnością porozmawiamy też na ten temat” – kusi ekonomistka z wykształcenia. Po czym okazuje się, że to, co próbuje spieniężyć, to przede wszystkim własne lata frustracji. „Oczekiwania mężczyzn i kobiet w dziedzinie seksu różnią się zasadniczo” – brzmi początek wykładu za 900 koron od głowy.

Bo muza nie pocałowała

Wygadany desperat jest królem wśród bojaźliwych. Jełop po przeczytaniu jednej książki wśród tych, co nie przeczytali żadnej, staje się mędrcem. Moment „EUREKA!”, następujący po otwarciu jakiejś lektury, jest najczęstszym punktem startu kariery czeskiego kołcza.

Ale są tacy, którzy w swojej praktyce obejdą się bez książki. Na przykład Anička „rozpala nad głowami żarówki oświecenia, podaje klucze do niezbadanych perspektyw i kołczuje sercem”. Radka natomiast „od ponad 20 lat porusza się w obszarze prowadzenia małych firm”. Sercem kołczuje też Natalka, która dzięki niemu dokładnie wyliczyła w procentach, co i jak działa we wszechświecie.

Czy da się w ogóle zdefiniować coaching? Otóż podobnie jak np. „influencer”, czyli człowiek, który na fejsie czy insta miele gówno z wielką częstotliwością, „coach” również nie posiada swojego sedna, zatem nie ma na co szukać słów. Najbliżej do rozwodnionych dyrdymałów, jak w przybliżeniu rozumiemy coaching, ma „zwyrodniałe, idiotyczne, dyletanckie symulowanie psychoterapii”.

Piętrowe oszustwo, czyli z Instagrama do realu i z powrotem

Dyletanci z powołania bardzo dobrze o tym wiedzą, dlatego nie boją się publicznie przyznać, że „łączą to, czego nie da się połączyć”, „zacierają granice między rzeczywistością a fikcją” oraz że z ich seminarium wyniesiecie raczej przeżycia niż wiadomości. Będziecie mieć cholerne szczęście, jeśli uda się wam wśród bezrobotnych ekonomistów i zasłużonych ćpunów z ezoteryczno-psychologicznymi ambicjami trafić kiedyś na prawdziwego doktora medycyny.

Ostatecznie postać czeskiego kołcza najlepiej podsumowała Verka w opisie samej siebie: „Nigdy nie byłam piątkową uczennicą, nie byłam utalentowana w sporcie ani nie pocałowała mnie w dzieciństwie muza”. Dokładnie tak, Verka.

 

**
Tekst ukazał się na blogu prigl.cz. Z czeskiego przełożyła Katarzyna Dudzic-Grabińska. Przedruk za zgodą Fundacji Kukatko. Skróty i edycja od redakcji.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać