Świat

Zaradni twardziele są twardzi i zaradni. Po co im społeczeństwo?

To, co jest dobrą wiadomością dla „ludzi sukcesu”, jest fatalną wiadomością dla świata i dla wszystkich tych, którzy marzą o zmianie rzeczywistości. Nie da się dokonać postępu bez zbiorowego, politycznego wysiłku.

Znacie Davida Gogginsa? To były żołnierz sił specjalnych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Za swoją służbę otrzymał wiele odznaczeń, a po odejściu z wojska otworzył fundację charytatywną i rozpoczął karierę sportowca. Ostatnio wydał książkę Can’t Hurt Me, która znajduje się w czołówce najlepiej sprzedających się poradników na Amazonie. Podczas jej lektury można odnieść wrażenie, że z każdą stroną coraz bardziej zagłębiamy się w rzeczywistość późnego kapitalizmu, w której mieszają się skrajny indywidualizm, metaforyka rynkowo-wojenna, tradycyjne wzorce męskości i wątki religijne.


Napraw się sam

Już na samym początku Goggins zaleca nam, abyśmy „wyszli ze strefy komfortu”, przestali „szukać wymówek” i „porzucili mentalność ofiary”. Jeśli to was nie przekonuje, może zrobi to cytat z Heraklita. Na polu bitwy „na stu ludzi dziesięciu nie powinno tam nawet być, osiemdziesięciu to tylko mięso armatnie, dziewięciu potrafi walczyć, ale tylko jeden jest prawdziwym wojownikiem”. Od ciebie zależy, czy chcesz odgrywać rolę wojownika. „Pora pójść na wojnę z samym sobą” – zachęca Goggins.


W pierwszym odruchu można zlekceważyć Can’t Hurt Me jako przykład poradnikowego kiczu, marginesu kulturowego dla czytelników o wyjątkowo złym guście, którzy łakną motywacyjnych formułek. Problem polega na tym, że to wcale nie jest margines. Nie chodzi tylko o to, że książka Gogginsa sprzedaje się znakomicie. Rzecz w tym, że jest częścią o wiele szerszego zjawiska, które znajduje się w samym centrum naszej współczesnej kultury.

Mogliście wcześniej nie słyszeć o Gogginsie, ale na pewno znacie Arnolda Schwarzeneggera. Na YouTube znajdziecie filmik z jego przemową motywacyjną. Choć został opublikowany niecały miesiąc temu, ma już ponad siedem milionów wyświetleń. Schwarzenegger mówi mniej więcej to samo co Goggins. Przytacza na przykład statystyki, z których wynika, że 74% Amerykanów jest niezadowolonych ze swojej pracy. Można by pomyśleć, że jako człowiek aktywnie działający w polityce zaproponuje jakieś systemowe rozwiązanie tego problemu. Albo przynajmniej zaduma się nad tym, co stało się z amerykańskim rynkiem pracy. Nic z tego. Schwarzenegger twierdzi, że rozwiązanie jest proste. Każda z tych niezadowolonych osób musi, w pojedynkę, wziąć się za siebie. Musi znaleźć motywację i cel w życiu. Taka hollywoodzka wersja hasła „weź kredyt i zmień pracę”. W trakcie słuchania przemowy możemy podziwiać fragmenty filmików, na których półnagi Schwarzenegger podnosi kolejne ciężary. W tle przygrywa inspirująca muzyka.

Polacy nie zostają w tyle wobec amerykańskich trendów. Nasz rodzimy coaching kwitnie. Wystarczy wspomnieć księdza Jacka Stryczka i jego nauki o „zarządzaniu własnym życiem”. Ostatnio karierę robi Jakub Łotecki (znany też jako Jakub Czarodziej), który wyda niebawem książkę Magia zmiany. W jej oficjalnym streszczeniu możemy przeczytać, że: „Plan Jakuba Czarodzieja jest prosty – najpierw Ty, potem reszta świata”. Raz jeszcze przesłanie jest banalne: wszystko zależy od ciebie, musisz tylko – jak mawia inny polski coach – mocniej cisnąć. Ze strony facebookowej Łoteckiego, która cieszy się sporą popularnością, wynika, że jest on wielkim fanem metaforyki wojennej, wulgaryzmów i odróżniania prawdziwych mężczyzn od „cip”.

Pozdrawiam Mamusie.Mamusie, które wychowały życiowe niedorajdy.Te, które oszacowały iż ich synek jest…

Opublikowany przez Jakub Czarodziej. Środa, 2 stycznia 2019

Ten wizerunek zaradnego twardziela również doskonale wpisuje się w kulturę coachingu. Największą karierę robią w tej branży mężczyźni. I często bazują oni na stereotypowych wyobrażeniach męskości: wysportowane ciało, emocjonalność sprowadzona do wulgaryzmów, kult twardości oraz wojowniczości. Świat to dżungla, nieustanna rywalizacja i tylko prawdziwy facet może dać sobie z nim radę – do tego wielokrotnie sprowadzają się nauki wszelkiej maści coachów. Na portalu goodreads najlepiej oceniania opinia na temat Can’t Hurt Me przyrównuje tę książkę do publikacji Jordana Petersona, słynnego psychologa i idola prawicy, który zaskarbił sobie miłość „białych uciskanych mężczyzn” krytyką feminizmu i poprawności politycznej. To porównanie nie jest przypadkowe. Pokazuje, że książki takie jak Can’t Hurt Me czy Magia zmian trafiają na podatny grunt kulturowy.

Jordan Peterson. Wielki coach alt-rightu

Dobra wiadomość dla „zwycięzców”…

Tak jak książka Gogginsa jest częścią szerszego zjawiska coachingu, tak też sam coaching jest tylko wyjątkowo jaskrawym przejawem tego, jak wyglądają współczesne społeczeństwa kapitalistyczne. Nietrudno zauważyć, że we wszystkich wymienionych przykładach powracają dwa wątki: indywidualizacja szczęścia i wspomniany już ideał zaradnego twardziela. Jedno i drugie są charakterystyczne dla kultury późnego kapitalizmu.

William Davies, brytyjski socjolog, w książce The Happiness Industry twierdzi, że coraz rzadziej potrafimy myśleć o szczęściu inaczej niż w kategoriach indywidualnej odpowiedzialności. Komuś nie podoba się jego praca? Jest wypalony i popadł w depresję? Mało kto pyta o systemowe, społeczne powody tej sytuacji. O stan gospodarki czy prawa pracownicze. Problem niemal natychmiast zostaje sprowadzony na poziom jednostkowy. Rozwiązaniem może być terapia, tabletki, filmik motywacyjny ze Schwarzeneggerem – cokolwiek, byle uwaga pozostała skupiona wyłącznie na osobie, która źle się czuje. Szczęście staje się indywidualnym zadaniem każdego z nas. Wymiar polityczny i zbiorowy nie grają tu żadnej roli. W efekcie zamiast przyglądać się otaczającym nas instytucjom, obsesyjnie obserwujemy i dyscyplinujemy samych siebie.

Mindfulness robi wam wodę z mózgu

czytaj także

Davies zauważa, że jest to sytuacja wręcz idealna z perspektywy osób znajdujących się na szczycie systemu kapitalistycznego. Ludzie są tak bardzo pochłonięci robieniem z siebie coraz wydajniejszych pracowników, że nie mają czasu ani chęci, żeby zastanawiać się nad systemowymi powodami swojej sytuacji. Pracownicy zaczytani w książkach takich jak Can’t Hurt Me nie zorganizują strajku, bo zbiorowy protest nie będzie mieścił się w granicach ich światopoglądu.

Zwycięzcy, ludzie na szczycie drabiny społecznej, nie tylko nie muszą się obawiać zbiorowych protestów, ale mają sporą szansę stać się wzorami do naśladowania. Bo są symbolem męskiego bohaterstwa – kultury zaradności, w której władza i pieniądze to najlepszy dowód, że dana osoba zamiast użalać się na sobą, wdrapała się na szczyt w twardym świecie rywalizacji. Właśnie dlatego taką popularnością cieszą się bogaci biznesmeni.

„Strajk” w Dolinie Krzemowej świata nie zbawi

Carl Rhodes i Peter Bloom, autorzy książki CEO Society, przekonują, że ludzie tacy jak Trump, Jobs czy Zuckerberg już dawno przestali być symbolem sukcesu tylko w biznesie. Dla wielu stanowią oni uniwersalny wzór tego, jak należy żyć. Ich sposób działania można wykorzystać w dowolnej sferze rzeczywistości, od kontaktów towarzyskich po politykę. Nie bez przyczyny Trump w kampanii prezydenckiej nieustannie podkreślał swoje – prawdziwe bądź nie, to bez znaczenia – sukcesy biznesowe. Nieprzypadkowo stylizował się na twardziela, który nigdy się nie waha i zawsze wie, co należy zrobić. Wiedział, że do ludzi to przemówi. Bo dzień w dzień jesteśmy uczeni podziwiać genialne jednostki, twardych herosów, którzy w pojedynkę rozwiążą nasze problemy.

„Wolny rynek i globalizacja wytwarzają ogólne poczucie lęku i bezradności. Nie da się nic zrobić z utratą miejsc pracy, z zamykaniem sklepów i fabryk, z outsourcingiem oraz masową degradacją środowiska. Lista współczesnych dolegliwości kulturowych wydaje się nie mieć końca” – piszą Rhodes i Bloom. I dodają, że dla wielu ludzi marzenie bycia kimś takim jak Zuckerberg czy Trump „stanowi antidotum na te lęki”. Ludzie utożsamiają się z figurą zaradnego, twardego miliardera i przyjmują jego skrajnie indywidualistyczny etos, bo wierzą, że dzięki temu też mogą uzyskać kontrolę nad otaczającą ich rzeczywistością. To w pewnym sensie naturalne. Społeczeństwo jednostek zajętych samodoskonaleniem nie będzie poszukiwało rozwiązania swoich problemów w demokracji i polityce. Zamiast tego skieruje wzrok w stronę osób, które uchodzą za wcielenie indywidualnego sukcesu.

…zła dla świata

To, co jest dobrą wiadomością dla „ludzi sukcesu”, jest fatalną wiadomością dla świata. Dla wszystkich tych, którzy marzą o zmianie rzeczywistości. Nie da się dokonać postępu bez zbiorowego, politycznego wysiłku. Ostatecznie sytuacja kobiet poprawiła się w ubiegłym stuleciu nie dlatego, że każda z nich „wzięła się za siebie” i „przestała narzekać”, ale z powodu ich wspólnej, politycznej walki o równe prawa. To samo dotyczy pracowników. Przełomem były zmiany polityczne, takie jak ośmiogodzinny dzień pracy, powszechna edukacja, służba zdrowia i ubezpieczenia społeczne, a nie indywidualna motywacja, aby „mocniej cisnąć”.

Dlaczego wszyscy ekonomiści powinni być ekonomistami feministycznymi

Niestety, duża część naszej kultury – od poradników motywacyjnych, po debatę polityczną – jest zorganizowana w taki sposób, aby zniechęcać nas do wspólnotowego wysiłku. I to akurat w czasach, gdy potrzebujemy go jak nigdy. Bo tak, zgadliście, nie poradzimy sobie z katastrofą środowiskową w ten sposób, że każdy z nas przemyśli i zmieni swoje indywidualne wybory konsumenckie. Jest na to dalece za późno, zresztą to zawsze był kiepski pomysł na walkę z kryzysem o globalnej skali.

Trudno się zatem dziwić, że ludzie, którzy tę walkę jednak podejmują, mają poczucie wszechogarniającej beznadziei. Popadają w „depresję polityczną”, by użyć sformułowania, która pojawiło się w artykule opublikowanym niedawno w magazynie „The Baffler”. Nawet jeśli przebiją się już przez propagandę bagatelizująca problem katastrofy środowiskowej, to natrafiają na społeczeństwo, w którym zbiorowe działania nie są w modzie. Tak, powstają teksty na temat zmian klimatycznych. Tak, mamy coraz więcej możliwości „czystej” konsumpcji. Tak, wielu ludzi powtarza rytualnie, że należy coś zmienić. Ale niewiele z tego wynika.

Nie dajcie sobie wmówić, że za kryzys klimatyczny odpowiada „natura ludzka”

„Jedną z najbardziej frustrujących rzeczy w walce przeciwko zmianom klimatycznym – czytamy we wspomnianym tekście – jest brak określonego przeciwnika”. Przeciwnikiem jesteśmy bowiem my sami – jako ludzkość. „Ta nieludzka cecha, która tkwi w samej ludzkości: nasza niezdolność do ocalenia się przed skutkami własnych działań”. Jak mamy zmierzyć się z zagrożeniem o planetarnym wymiarze, gdy nasza kultura codziennie wysyła nam sygnały, że każdy i każda z nas, w pojedynkę, musi wziąć się za siebie i zadbać o własne powodzenie? To się nie może udać i się nie uda. Depresja polityczna jest całkowicie zrozumiałą reakcją na brak wspólnoty politycznej zdolnej podjąć konieczne działania.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Nie będzie łatwo

Czy zatem nic nie da się zrobić? Dominujące trendy w kulturze zazwyczaj napotykają na opór. Tak też jest z modą na bohaterski indywidualizm. Powstają książki na temat dobra wspólnego, politycznego wymiaru szczęścia, potrzeby zbiorowej walki przeciwko katastrofie środowiskowej. Ostatnie lata to również narodziny nowych ruchów politycznych, które angażują do zbiorowego wysiłku.

Francja to okno na naszą przyszłość

Jeśli jednak to wszystko ma przynieść skutek, myślenie polityczne musi przebić się do głównego nurtu naszej kultury. Do tego niezbędne jest uwolnienie społecznej wyobraźni od ideału zaradnego twardziela, zachwalanego w tysiącach poradników i filmów motywacyjnych, którego wcieleniem są współcześni bogacze w rodzaju Jeffa Bezosa, właściciela Amazona. To jedno z najważniejszych zadań dla polityków, dziennikarzy, komentatorów czy ludzi kultury.

Depresja polityczna jest zrozumiałą reakcją na brak wspólnoty politycznej zdolnej podjąć konieczne działania.

Nie będzie łatwo, bo walka z idolami zawsze napotyka zacięty sprzeciw. W dodatku za wizją zaradnego twardziela stoją nie tylko popularne poradniki i filmiki na YouTube, ale wzniosłe idee dotyczące wolności, samodzielności i zaradności obywatelskiej – wszystko to, czym karmiono polskie społeczeństwo od czasów transformacji. Wszystko to, co miało być lekarstwem na bolączki rzekomej roszczeniowości i braku zaradności. Pora jednak spojrzeć prawdzie w oczy. Kiedy wymieszamy te piękne, indywidualistyczne idee z rzeczywistością rozpasanego kapitalizmu, to nie otrzymujemy podręcznikowej wersji obrońcy wolności i demokracji. Dostajemy raczej ludzi zajętych doskonaleniem własnego ego i niezdolnych do podjęcia działań politycznych. A to jest przepis na społeczną katastrofę.

Nędza optymizmu, czyli o (śmiertelnych) niebezpieczeństwach pozytywnego myślenia

 

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.