Czytaj dalej

Dzień, w którym runął blok

Pruitt-Igoe-collapses

Potężne bloki pękały na pół, zapadały się w sobie, znikały za obłokami kurzu i pyłu, podobnymi do tumanów, jakie wznieca wybuch atomowy. Fragment książki Beaty Chomątowskiej „Betonia. Dom dla każdego”.

Film nie przypominał niczego, co można było obejrzeć na co dzień na małym ani na dużym ekranie. Zamiast akcji obrazy: przemysłowy świat kontrastujący z widokami natury ustępującej przed stalą i betonem. Zamiast dialogów dźwięki, wśród których powtarzało się jedno słowo, recytowane monotonnie, w zwolnionym tempie, jak mantra dobiegająca zza grobu: „Koyaanisqatsi… Koyaanisqatsi…”. W tle rozpadała się Krowodrza Górka. Rozpadał się Ruczaj, a może Bieżanów Nowy. Potężne bloki pękały na pół, zapadały się w sobie, znikały za obłokami kurzu i pyłu, podobnymi do tumanów, jakie wznieca wybuch atomowy.

Nastoletni widzowie z krakowskich osiedli, nadrabiający filmowe zaległości dzięki przegrywanym nielegalnie kasetom wideo, oglądali te sceny niczym ekranizację powieści science fiction. Przecież ich wspólne domy, galaktyki świecące z oddali identycznymi kwadratami świateł, z których układu każdy umiał odczytać położenie własnej gwiazdy: M-2, M-3 lub M-4, nie mogłyby ot tak podzielić losu zwyczajnych kamienic, znikających w jednej chwili pod uderzeniami bomb, jak na zdjęciach dokumentujących II wojnę światową. Były wieczne i niezniszczalne.

Film krążył na kasetach wideo wśród wtajemniczonych, idealnie trafiając w moment, kiedy dorastający człowiek dostrzega własną odrębność i pragnie udawać przed rówieśnikami oryginała. Snobujący się na znawców licealiści zwracali więc przede wszystkim uwagę na muzykę Philipa Glassa, co zaś do obrazów, w zupełności wystarczał ich niejasny, metaforyczny charakter. Mało kto zdawał sobie sprawę, że oto przed jego oczami przesuwają się kadry dokumentujące upadek idei modernizmu, jak określił to krytyk Charles Jencks, tak rozentuzjazmowany swą dosadnie sformułowaną diagnozą, że podał w opisie błędną datę: „Architektura modernistyczna umarła w St. Louis w stanie Missouri 15 lipca 1972 roku o godzinie 15:32 (mniej więcej), kiedy to niesławne osiedle Pruitt-Igoe, a raczej kilka z jego wielkopłytowych bloków, otrzymało końcowy coup de grace za pomocą dynamitu. Czarni mieszkańcy tych bloków rozwalali, niszczyli i psuli, co tylko się dało. Nic nie pomagało pakowanie milionów dolarów w utrzymywanie (malowanie, wstawianie nowych szyb i naprawianie wind) i w końcu położono kres nieszczęsnym budynkom: bum, bum, bum…”.

W istocie pierwszy z trzydziestu trzech identycznych jedenastopiętrowych bloków osiedla Pruitt-Igoe w północnej części miasta St. Louis w stanie Missouri zapadł się w sobie na zawsze o trzeciej po południu 16 marca 1972 roku. Drugi – 22 kwietnia, a operację jego wysadzenia mógł za pośrednictwem publicznej telewizji śledzić na żywo cały amerykański naród. 15 lipca zapisał się dopiero jako dzień kolejnych, nieplanowanych z początku wyburzeń. Można by machnąć ręką na brak kalendarzowej precyzji, lecz wokół Pruitt-Igoe narosło tyle niejasności, przeinaczeń oraz mitów, że przynajmniej w tej kwestii warto trzymać się faktów.

Osiedle, które na archiwalnych zdjęciach lotniczych przypomina urzeczywistnioną wersję Miasta Promiennego Le Corbusiera – prostopadłościany z betonu ustawione w równiutkich rzędach pośrodku terenu wykarczowanego specjalnie na ten cel z wcześniejszej zabudowy – powstaje w 1954 roku jako odpowiedź na najpilniejsze wyzwanie, z jakim zmaga się St. Louis: utrata mieszkańców w pierwszej powojennej dekadzie. Ten odmieniec na tle innych wielkich miast Ameryki, które głowią się raczej nad tym, jak sprostać spodziewanemu przeludnieniu, do tej pory rósł dzięki przemysłowi. Fabryki, które przyciągały przybyszy z uboższych miejscowości Południa, radzą sobie jednak coraz gorzej. Gdy wiele z nich przestaje istnieć, rzesza robotników rusza za pracą gdzie indziej.

W najgorszym stanie jest nieremontowane od dawna śródmieście. Biali Amerykanie z klasy średniej też rozpoczęli masową ucieczkę, tyle że do domów jednorodzinnych na obrzeżach, uznawszy centralne dzielnice za zbyt brudne, niebezpieczne i ciasne – oraz, a może nawet przede wszystkim, zbyt czarne. Akurat pod tym względem St. Louis nie odbiega od reszty kraju owładniętego szaleństwem nazywanym suburbanizacją, czyli rozlewaniem się miast na przedmieścia, skutkującym powstawaniem martwych stref w centrum. Władze dochodzą do wniosku, że grunty w sercu miasta trzeba sprzedać po atrakcyjnych cenach prywatnym deweloperom. Jeśli zechcą zastąpić dotychczasową, głównie dziewiętnastowieczną zabudowę nowoczesnymi budynkami, może uda się skłonić do powrotu lepiej sytuowanych. W ślad za nimi ma przybyć biznes.

Polska wieczna bezdomność [Majmurek o Springerze]

Stworzony na bazie tych założeń plan zagospodarowania St. Louis na najbliższe ćwierćwiecze zakłada w pierwszej kolejności przeobrażenie trzech najuboższych dzielnic, w tym DeSoto-Carr w północnej części śródmieścia, gdzie – zdaniem urbanistów – najlepiej byłoby urządzić publiczny park otoczony trzypiętrowymi domami. W 1949 roku z pomocą przychodzą władze federalne, które wprowadzają w życie ustawę o mieszkalnictwie, tak zwany Housing Act, pozwalającą hojnie angażować państwowe środki w działania gwarantujące „miejską odnowę”. Pod tym pozytywnie brzmiącym hasłem kryją się również inne terminy, jak potrzeba „oczyszczenia slumsów” – rozumiana jako likwidacja starszych budynków zamieszkanych przez uboższych, często czarnoskórych mieszkańców, i przekazanie terenu pod prywatne inwestycje zapewniające „najszlachetniejsze i najlepsze wykorzystanie” ziemi. Lokatorzy „oczyszczanych slumsów” muszą się jednak gdzieś podziać, nie da się ich przepędzić jak szczurów, które gnieżdżą się w zdewastowanych budynkach.

Czy lepiej być czarnym i bogatym, czy biednym i białym?

Satysfakcjonującym rozwiązaniem wydaje się wzniesienie dla nich za państwowe pieniądze specjalnych osiedli w rejonach, gdzie będą mogli cieszyć się względną wygodą i nie rzucać w oczy bogatszym. Entuzjazm spowodowany odkręceniem kurka ze strumieniem dolarów udziela się demokracie Josephowi Darstowi, nowemu burmistrzowi St. Louis. Podczas wizyty w Nowym Jorku uległ magii tamtejszych drapaczy chmur. „Dogonimy Manhattan!” – oznajmia i zmienia dotychczasowy projekt przebudowy śródmieścia, znosząc ograniczenia w wysokości planowanej zabudowy i gęstości zaludnienia. W 1950 roku St. Louis dostaje rządowe wsparcie na budowę pięciu tysięcy ośmiuset mieszkań komunalnych, a rok później władze stanu Missouri przyjmują prawo umożliwiające wyburzanie slumsów. Mieszkania dla uboższych mają powstać na „oczyszczonym” obszarze dwudziestu trzech hektarów w zapuszczonej dotychczas dzielnicy DeSoto-Carr.

Minoru Yamasaki, potomek japońskich emigrantów przybyłych przed wojną do Stanów Zjednoczonych i wschodząca gwiazda urbanistyki, do którego biura trafia pierwsze tak znaczące zlecenie, przystępuje do dzieła z pełnym zaangażowaniem modernisty pragnącego dowieść, że nowoczesna architektura powstająca z myślą o zapewnieniu obywatelom przyzwoitego dachu nad głową ma również moc przemiany zachowań społecznych. Mawia, że gdy ludzie trafiają do dobrze zaprojektowanych domów, zapanowuje spokój i radość. Wtóruje mu burmistrz Darst: „Dzieci, które zyskają szansę dorastania w zdrowych warunkach, wyratowane z nędzy slumsów, będą mieć większą siłę fizyczną, duchową i ekonomiczną, pozwalającą im nieść ciężar demokratycznych tradycji”.

„Dzieci, które zyskają szansę dorastania w zdrowych warunkach, wyratowane z nędzy slumsów, będą mieć większą siłę fizyczną, duchową i ekonomiczną, pozwalającą im nieść ciężar demokratycznych tradycji”.

Jednak wbrew pozorom architekt nie projektuje bezdusznych, monotonnych brył, odpowiednich raczej dla zdyscyplinowanych mieszkańców Tokio czy Osaki. Proponuje mieszany schemat budynków otoczonych ogrodami, alejami spacerowymi ze szpalerami drzew, z placami zabaw i parkiem, o którym była mowa od dawna. To administracja St. Louis, przerażona wstępną kalkulacją kosztów przekraczających limity nałożone przez agencję rządową, upiera się, że znacznie taniej będzie wznieść grupę jednakowych szaf mieszkalnych wysokich na jedenaście pięter. Różnica zdań rozstrzyga się na korzyść miasta – to ci, którzy mają pieniądze, podejmują ostateczne decyzje. Dodatkowe oszczędności wymusza Kongres w związku z toczącą się akurat wojną w Korei, więc szafy mieszkalne powstają z najtańszych materiałów, a ich wykończenie jest tak tandetne, że zaczną się rozsypywać wkrótce po przyjęciu pierwszych lokatorów. Nie przeszkadza to prasie prześcigać się w zachwytach nad rezultatem, który „już zaczął zmieniać podejście do budownictwa socjalnego w innych miastach Ameryki”, i wskazywać go jako model dla kolejnych eksperymentów z osiedlami mieszkaniowymi o wysokiej zabudowie.

Osiedle, podobnie jak jego nazwa, składa się z dwóch części: część ochrzczoną jako Pruitt, od nazwiska kapitana W. O. Pruitta, bohaterskiego czarnoskórego pilota z II wojny światowej, przeznaczono dla czarnych, zaś część Igoe, nazwaną na cześć byłego kongresmena Williama L. Igoe, dla białych. Choć obaj patroni pochodzili z St. Louis, nigdy nie spotkali się za życia. Podobnie będzie z tym założeniem. Na krótko przed oddaniem Pruitt-Igoe do użytku Stany Zjednoczone zniosą segregację rasową, więc wprowadzony z myślą o niej podział ma teraz dowodzić czegoś zgoła przeciwnego: możliwości ulokowania na jednym terenie mieszkańców o różnym kolorze skóry, choć akurat biali, mimo kuszącej wysokości czynszów (czterdzieści dolarów za najmniejsze, dwupokojowe mieszkanie) nie kwapią się do zasiedlania bloków.

Gra pozorów. Jak USA nie chronią swoich czarnych obywateli

„Wielka nadzieja Ameryki!” – piszą o Pruitt-Igoe dziennikarze, jakby lokatorom, wstępującym między tutejsze jedenastopiętrowce sięgające nieba, które uosabiają pewność dwudziestowiecznej architektury, udzielała się ich strzelistość i zwartość; jakby mieli się natychmiast wyprostować, pozbyć piętna podopiecznych pomocy społecznej, wkroczyć w swoje cztery kąty z wiarą w lepsze jutro. Coś w tym jednak jest: atmosfera nadziei najwyraźniej udziela się również afroamerykańskim rodzinom, które z niedowierzaniem dotykają nowiutkich mebli, w jakie wyposażono lokale, i wypróbowują wraz z dziećmi błyszczące świeżością urządzenia na placu zabaw. Perspektywa odmiany losu zdaje się łagodzić szok związany z przeprowadzką, bo w porównaniu z dotychczasowym widokiem na ceglane ściany innych budynków przestrzeń rozciągająca się wokół bloków aż przeraża bezkresem. Istna oaza nowoczesności na pustyni. Trzeba nauczyć się obsługi wind zatrzymujących się tylko na pierwszym, czwartym, siódmym i dziesiątym piętrze (wydłuża to codzienną drogę do domu, ale ma dać szansę spotkania się na schodach z którymś z sąsiadów), dowiedzieć, do czego służą pomieszczenia zaplanowane z myślą o zebraniach, oraz pobłądzić wiele razy wśród korytarzowych galerii, aż po wielu nieudanych próbach każdy nauczy się rozpoznawać drogę do swojego mieszkania i chociaż trochę oswoi zupełnie nieznane otoczenie.

„Wielka nadzieja Ameryki!” – piszą o Pruitt-Igoe dziennikarze, jakby lokatorom, wstępującym między tutejsze jedenastopiętrowce sięgające nieba, które uosabiają pewność dwudziestowiecznej architektury, udzielała się ich strzelistość i zwartość.

W 1957 roku zaludnienie Pruitt-Igoe dochodzi do dziewięćdziesięciu jeden procent. Zdaje się, że przez długą chwilę to miejsce rzeczywiście jest „szczęśliwym ulem”, jak mawiał Le Corbusier o podobnym eksperymencie własnego autorstwa – Jednostce Mieszkalnej w Marsylii, której lokatorzy, połączeni misją zarządzania niecodzienną przestrzenią oddaną do ich dyspozycji, tworzą coś na kształt „moralnej administracji”. Wystarczy jednak dekada, by liczba mieszkańców Pruitt-Igoe spadła o jedną trzecią, a przed wyburzeniami wynosiła już tylko niecałe trzydzieści jeden procent.

Już z końcem lat sześćdziesiątych trzeba sporej determinacji i hartu ducha, by mieszkać na osiedlu, na które nawet sklepy nie chcą dostarczać przesyłek. Jeśli ma się wyjątkowego pecha, to któregoś dnia po drodze do mieszkania można tu nawet spotkać własną śmierć. Nieostrożnym w najlepszym wypadku grozi rabunek w windzie, która służy za publiczną toaletę. Ustępy mogły powstać na parterze, lecz nigdy ich nie urządzono, choć aż się o nie prosiło, biorąc pod uwagę, że dzieciarnia cały dzień biega między blokami. Zimą wysiada ogrzewanie, pękają rury i woda zalewa całe piętra. Latem na wyższych kondygnacjach nie ma czym oddychać, a w dodatku wszędzie unosi się smród zgnilizny i odchodów. Korytarze, na których można kupić każdy rodzaj narkotyków, natknąć się na bójkę członków gangów albo prostytutkę obsługującą klienta, toną w wodzie i śmieciach, wśród których buszują szczury. Ściany pokrywa graffiti, między płytami lęgną się karaluchy. Wybite na przestrzał okna ukazują widok na klatki schodowe sąsiednich budynków.

Kiedy socjolog Nathan Glazer, zatrudniony do analizy potencjalnych szans naprawy osiedla, po inspekcji pyta, czy administrator mógłby wskazać wady projektu, ten bez wahania odpowiada:
– Zbyt dużo przejść, zbyt dużo wyjść. Zbyt wiele możliwości ucieczki przed policją. – Choć policja już od dawna nie odbiera wezwań z Pruitt-Igoe.

Hrapkowicz: „The Wire”. Ocalić musimy się sami

czytaj także

Architekt Yamasaki westchnie w wywiadzie dla „Architectural Review”: „Nie przypuszczałem, że ludzie okażą się aż tak skłonni do wandalizmu” – i doda, że żałuje efektu swojej pracy. Plan naprawy zakłada zburzenie dwóch budynków i obniżenie pozostałych do czterech pięter, a następnie ich przeróbkę. Nikt jednak nie chce się podjąć zadania. Cztery lata później w siedemnastu blokach zostaje już tylko ośmiuset lokatorów. Nie, żeby pozostawali głusi na argumenty Miejskiego Departamentu Mieszkalnictwa, który od dawna zachęca tutejszych mieszkańców do ucieczki. Większość zwyczajnie nie ma dokąd uciec. W 1976 roku ostatni blok zmienia się w hałdę gruzu.

Administracja prezydenta Nixona wskazuje unicestwione osiedle jako przykład spektakularnej porażki koncepcji łożenia na odnowę miast z publicznej kasy, a pokazowa transmisja telewizyjna ma unaocznić Amerykanom, że próby odgórnego rozwiązywania problemów społecznych kończą się jedynie stratami. Sugestia jest jasna: czarnoskórzy lokatorzy, choćby zaoferowało się im najlepsze warunki, nie umieją stworzyć więzi pozwalających zadbać o otoczenie. Gdziekolwiek trafią, kopiują złe wzorce, a modernistyczna architektura tylko wzmacnia w nich skłonność do destrukcji. Jeśli gdzieś szukać pierwowzoru dla polskiego słowa „blokowisko” na długo przed jego narodzinami, to właśnie tam, w Pruitt-Igoe.

***

Archetyp tego „złego osiedla” powraca po latach w jeszcze jednym filmie. Tym razem o swoich doświadczeniach mówią głównie byli mieszkańcy nakłonieni do zwierzeń przez dokumentalistę Chada Freidrichsa. Nawet jeśli wziąć poprawkę na siłę nostalgii, która zmiękcza kontury obrazów z przeszłości i pokrywa je romantyczną mgiełką, to trudno nie zauważyć, że żaden z dawnych lokatorów, którzy zresztą nadal spotykają się od czasu do czasu, by podtrzymać kontakty, nie ocenia samego osiedla źle. Zwłaszcza tuż po oddaniu go do użytku. „Dla nas to było jak Beverly Hills” – mówią i rozpływają się na wspomnienie nowiutkich mieszkań i sąsiedzkich relacji. Ciągle tkwi w nich uparty sentyment do życia w budynkach, które później musieli opuścić. Słuchając ich opowieści, nietrudno mu zresztą ulec: początki Pruitt-Igoe jawią się w nich jak historia jednej wielkiej rodziny, wiejskiej gromady wspólnie wychowującej dzieci i spotykającej się, by świętować z byle okazji. Dopiero gdy na osiedle zaczęli sprowadzać się kolejni przybysze, a przeludnienie i poczucie odizolowania pośród wielkich brył betonu zaczęło napędzać frustrację, sprawy poszły w złym kierunku.

Film burzy też mit Pruitt-Igoe jako ucieleśnienia błędów w architekturze i polityce mieszkaniowej, na pierwsze miejsce wybijając inne przyczyny: niedofinansowanie i efekt krótkowzrocznego myślenia rządzących. Ogarnięci reformatorskim zapałem, wznieśli osiedle dla uboższych, ale nie zatroszczyli się o jego utrzymanie, zakładając optymistycznie, że złożą się na nie sami lokatorzy. Wpływy z czynszów jednak topniały, w miarę jak część mieszkańców – ci, których było na to stać – porzucała bloki, wiedziona marzeniem o własnym domu na przedmieściach, a ich miejsce zajęła fala bezrobotnych przybyszy z Południa, dotąd biedujących w centrum i przekwaterowanych do Pruitt-Igoe po tym, jak nad miastem przetoczyło się tornado. Szybko zabrakło więc środków na zapewnienie bezpieczeństwa, czystości i doglądanie infrastruktury wciąż wymagającej napraw, bo wykonanej tanim kosztem.

Ogarnięci reformatorskim zapałem rządzący wznieśli osiedle dla uboższych, ale nie zatroszczyli się o jego utrzymanie.

Dodatkowo pod koniec lat sześćdziesiątych Kongres przyjął ustawę, która miała chronić lokatorów przed podwyżkami, ustalając stawki czynszowe na poziomie maksymalnie trzydziestu procent dochodów. Chęć ulżenia gorzej sytuowanym z takich miejsc jak Pruitt-Igoe dała dokładnie odwrotny skutek, zamieniając ich codzienność w koszmar, a miejsce, które miało odmienić ich przyszłość – w slumsy, z jakich uciekli, licząc na obiecane lepsze jutro. Pieniędzy było coraz mniej. W lutym 1969 roku Pruitt-Igoe znalazło się na pierwszych stronach gazet, gdy część lokatorów rozpoczęła strajk i odmówiła płacenia czynszu, jeśli władze nie zadbają o bloki i ich otoczenie. Brak szybkiej reakcji urzędników zakończył niespełna dwudziestoletnią historię osiedla. Władze uznały, że mieszkańcy sami są sobie winni i nie zasłużyli, by łożyć na ich utrzymanie. Porażką nie była więc sama koncepcja, wyszydzana przez republikańskich polityków jako „testowanie realnego socjalizmu”, lecz błędne i niekompletne wprowadzenie jej w życie – takie przesłanie zdaje się płynąć z filmu, przecząc rozpowszechnionej w latach upadku osiedla tezie, że był on skutkiem braku zaangażowania, jakie wymusić może tylko prywatna własność.

Niektórzy komentatorzy wskazują też, że za przeprowadzeniem pokazowego eksperymentu mieszkaniowego akurat w tej części miasta nie przemawiały żadne przesłanki. Statystyki, wyciągane po latach z segregatorów i analizowane bezlitośnie przez krytyków ówczesnego podejścia do planowania miast, nie potwierdzają bowiem zupełnie tezy o nadmiernym zagęszczeniu lokatorów centralnych dzielnic St. Louis. Nie było więc podstaw do przesiedleń i tworzenia społeczno-architektonicznego getta.

Budzyński: Modernizm nigdy się nie skończył

czytaj także

Budzyński: Modernizm nigdy się nie skończył

Rozmowa Alicji Gzowskiej i Lidii Klein

Są też tacy, którym do wyjaśnienia historii utraconego raju z betonu wystarcza metafizyka, czyli przekonanie o klątwie prześladującej jego twórcę. To przecież on zaprojektował później Twin Towers w Nowym Jorku, ten symbol nadmiernej wiary w techniczny postęp i moc liberalnej gospodarki, i choć nie dożył dnia, gdy jego dwie wieże rozsypały się w pył, widział, jak kilka jego pomniejszych dzieł spotykał równie marny los: począwszy od Military Personnel Records Centre w tym samym St. Louis, gdzie pożar zniszczył gromadzone latami zbiory, poprzez nieistniejący już terminal A na lotnisku Logan w Bostonie, aż po budynek Lincoln Elementary School w Livonii w stanie Michigan, zburzony w latach osiemdziesiątych. Większość wytworów Yamasakiego przetrwała jednak do dziś, a on sam zbyt mocno zapisał się w historii nowoczesnej architektury, by uznać go za pechowca, obciążonego karą za piekło zgotowane mieszkańcom bloków.

*
Fragment książki Beaty Chomątowskiej Betonia. Dom dla każdego, która ukazała się w maju nakładem wydawnictwa Czarne.

***
BetoniaBeata Chomątowska – pisarka, dziennikarka, prezeska Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka książek: Stacja Muranów, Pałac. Biografia intymna, Lachert i Szanajca. Architekci awangardy oraz Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie. Za Stację Muranów otrzymała nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej oraz była nominowana do Nagrody im. Jerzego Turowicza i Gwarancji Kultury.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.