Felieton

Ramowanie nierówności

nierówności

Dlaczego fakt, że majątek miliarderów wzrasta o jakieś 2,5 miliarda dolarów każdego dnia, nikogo w Polsce, poza garstką lewicowców, nie wzrusza?

Od kilku lat powtarza się wciąż ten sam schemat. Publikowany jest kolejny raport o wzroście nierówności, jak na przykład ten ostatni Oxfamu, który poznaliśmy w poniedziałek. Kilka osób pokiwało głową i to wszystko. Dowiedzieliśmy się, że 26 osób ma tyle pieniędzy, ile biedniejsza połowa ludzkości. I co? Wzruszenie ramion. Raporty dotyczące spraw o wiele mniej ważnych, budzą przynajmniej oburzenie, współczucie, odrazę, smutek. Ten jednak, co do zasady, przechodzi raczej bez echa, przynajmniej w Polsce. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego fakt, że majątek miliarderów wzrasta o jakieś 2,5 miliarda dolarów każdego dnia, nikogo w Polsce, poza garstką lewicowców, nie wzrusza?

 

Jedną z odpowiedzi znajdziemy w zaskakującym miejscu, w TVN24BiS. Oto bowiem, jak relacjonuje u siebie na facebooku Kamil Fejfer: „W TVN24BiS Paweł Blajer komentując fakt, że 26 najbogatszych osób dysponuje majątkiem równym biedniejszej połowie ludzkości pytał, czy ci najbogatsi nie stanowią inspiracji dla reszty ludzkości. Na to obecny w studiu we Wrocławiu prof. Marian Noga, ekonomista, odpowiedział, że gospodarka rynkowa to równość szans”.

Łatwo to wyśmiać i trudno się przed wyśmianiem powstrzymać. Trudniej jednak zrozumieć i wczuć się w Pawła Blajera, profesora Nogę, czy we wszystkich tych, którzy historie o równych szansach Kowalskiego i miliardera z listy najbogatszych „Forbesa” z poważną miną opowiadają. Cóż więc należy zrozumieć? Przede wszystkim to, iż Blajer i Noga w to, co mówią, gorąco wierzą. Oni wierzą w to, że mamy równe szanse i w to, że miliarder nie tyle jest, co wręcz powinien być, inspiracją, bo każdy z nas może zostać drugim Jobsem albo potomkiem Kruppa czy innego Berlusconiego. To bardzo gorąca wiara, a jak to z wiarą bywa jest kompletnie nieracjonalna. Cały piekielny paradoks polega bowiem na tym, że neoliberałowie uważają wolny rynek za racjonalny wynik racjonalnych wyborów mających równe szanse homo oeconomicus, a ową racjonalną ocenę opierają na niczym więcej, jak tylko na określonych mitycznych wierzeniach. Wierzenia utożsamiające teoretyczne założenie równości za panującą dookoła rzeczywistość, rozumianą czasami wręcz jako prawa fizyki. Tymczasem lewica, próbując mit owego racjonalnego homo oeconomicusa podważyć, stara się robić to racjonalnymi argumentami. Droga lewico, jeszcze nikt żadnej wiary nie pokonał argumentacją racjonalną. Jeśli ktoś wierzy w chrześcijańskiego Boga, to nie przekonasz go badaniami medycznymi, że człowiek nie może zmartwychwstać. Jeśli ktoś wierzy w wolnorynkową równość, to nie przekonasz go badaniami statystycznymi wyliczającymi szansę zastania miliarderem na bliską zeru. To są dwa zupełnie inne porządki. Można więc co roku publikować kolejny raport, co roku wskazywać na jeszcze większe nierówności, ale to nic nie da. Można cytować uczonych, ba nawet uczonych liberalnych, jak, pamiętającego rewolucje i wojny światowe Hayeka, którzy przestrzegali przed tym, że dramatycznie wysokie nierówności w efekcie prowadzą do przemocy i rewolucji. Wszystko to na nic. To jest wiara, ona jest ślepa na argumenty.

Nędza algorytmów, czyli jak ekonomiści z Davos prowadzą nas w przepaść

Czy można jednak ukrócić tę katastrofę? Co może w tym pomóc?

Przede wszystkim język. Wiara w mityczny wolny rynek równych szans, gdzie każdy nosi bentleya w plecaku i ma pomysł na startup w garażu, podczas gdy w rzeczywistości w plecaku nosi choroby cywilizacyjne, a w garażu naładowaną broń zabijającą planetę, jest wiarą podtrzymywaną także przez język. George Lakoff nazywa to ramowaniem (framing), to jak myślimy ujęte jest w poszczególne słowa, zwroty i metafory, a wolnorynkowa ideologia ramowanie to w 1989 przejęła i ukształtowała na swoje własne podobieństwo.

Weźmy chociażby język, w jakim się mówi o nierównościach. Cóż możemy wyczytać? Ano to, że „najbogatsi” „posiadają” „bogactwa” i że ich liczba „rośnie”. Ba, nawet gdy się ten fakt krytykuje, to pisze się, że uciekają do „rajów” podatkowych. I teraz odpowiedzmy sobie, czyż przedrostek „naj” nie kojarzy się pozytywnie? Czy nikt z Was nie chciałby być „naj”? Czy nie chcielibyście „posiadać”, zwłaszcza posiadać „bogactw”? Czy pozytywnie nie kojarzy się Wam „rośniecie”? No i wreszcie, czy „raj” od owego raju podatkowego to nie jest słowo, które od razu zapala Wam lampę z pozytywnymi skojarzeniami? Czy gdybyśmy od początku nie opisywali nierówności jako ogołacania ludzkości przez oszustów w krajach szwindlów podatkowych, to nie łatwiej byłoby nam przekonać do tego masy?

Seks, długi i leżenie na plaży

Oczywiście nie chodzi tylko o nierówności. Weźmy inne słowa, jak „specjalne strefy ekonomiczne”. Czyż nie lepiej nazywać je „strefami komunalnego wyzysku”, bo przecież cały ten model polega na unikaniu płacenia podatków? Weźmy pojęcie, bodajże najbardziej zafałszowane w języku polskim, czyli pojęcie „pracodawcy”. Tymczasem pracę daje ten, co dziś zwany jest pracownikiem, a ten, co zwany jest dziś pracodawcą, daje jedynie zapłatę. Zabawne jest patrzenie na obecnych pracodawców szukających, tak brakujących ponoć, „rąk do pracy”, gdy uświadamiają sobie, że to właśnie właściciele owych „rąk do pracy” ową pracę dają, a oni dają im tylko wynagrodzenie. Czyż cała debata nie przebiegałaby inaczej, gdybyśmy sobie uświadomili, kto daje pracę swoimi siłami, czasem, umiejętnościami, a kto daje tylko (i aż) zapłatę?

Tak, mówmy i piszemy, a w konsekwencji często także myślimy językiem, który mityczną wiarę w wolny rynek tylko wzmacnia. Zresztą pojęcie „wolnego rynku” też samo w sobie stanowi pewną manipulację. Jak powtarza Lakoff metafora, czyli określanie jednego zjawiska poprzez odniesienie do innego zjawiska, siłą rzeczy, chociażby poprzez swoją skrótowość, uwypuklać może tylko jeden bądź kilka apeksów, ale nigdy wszystkich naraz. Metafora wolnego rynku jako opis relacji wymiany towarów i usług uwypukla nam same pozytywy, uwypukla nam tak kochaną wolność, chociaż cóż to za wolność, skoro jeśli odmówisz uczestnictwa w pracy, której tak często nienawidzisz, to umrzesz z głodu? A przecież ta sama wymiana towarów i usług może być nazywana dzikim rynkiem, bezwzględnym rynkiem, rozregulowanym rynkiem, czy wreszcie tak, tak zniewalającym rynkiem, bezalternatywnym rynkiem, absolutnym rynkiem itd. Każdy z tych aspektów uwypukla coś innego, a jednak my, także na lewicy, mówimy językiem, który akurat uwypukla to, czego nie poważamy i uważamy za kłamstwo.

Owszem, czasami się udaje. Ze starszych pojęć wciąż pięknie brzmi „państwo opiekuńcze” – metafora, której słusznie neoliberałowie nienawidzą i próbują zastępować prześmiewczym określeniem „nanny state” (od „nanny”, czyli niańki). Z nowszych sukcesów największym, obok 500+, jest bodajże określenie „umowy śmieciowe”. W sumie w tym przypadku chyba powinno się iść dalej i jeśli już mamy„pracodawcę”, to chyba powinien być też „śmieciodawca”, prawda? Pamiętam, jak śmiano się z Balcerowicza, że umowy śmieciowe nazywał mową nienawiści, ale on, być może podskórnie, czuł, że przy takim ramowaniu jego neoliberalna agenda ma się o wiele, wiele gorzej.

Wiele lat temu lewica przeszła drogę, która pozwoliła jej zrozumieć, jak językiem można wygrywać i przegrywać walkę o lewicową nadbudowę. Pora, nie tylko w kontekście walki z nierównościami, spróbować walczyć o język lewicowej bazy. W przeciwnym razie będący zawsze „naj”, „pracodawcy”, „dający” nam wszystkim „pracę”, dalej będą urządzać nam „wolnorynkowy” „raj”, w którym piętnowane jest „rozdawnictwo” dla rozmaitych „roszczeniowców”, a promowane są „dotacje” dla „osób” „przedsiębiorczych”, którzy nie są „darmozjadami”.

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.