Świat

W Kijowie złożono Ukrainie historyczne obietnice. Jak będzie z ich realizacją?

Najważniejsze państwa Europy Zachodniej opowiedziały się za tym, by natychmiast nadać Ukrainie status kandydata do UE. W piątek oficjalnie zarekomenduje to Komisja Europejska, a decyzję podejmie szczyt UE, planowany na przyszły tydzień.

W czwartek 16 czerwca w Kijowie z prezydentem Zełenskim spotkali się francuski prezydent Emmanuel Macron, niemiecki kanclerz Olaf Scholz, premier Włoch Mario Draghi oraz rumuński prezydent Klaus Iohannis. Kluczowe znaczenie miała wizyta w Ukrainie pierwszych trzech polityków z tej czwórki. Reprezentują oni największe gospodarki strefy euro, najwięcej „ważące politycznie” państwa UE.

Cała trójka, zwłaszcza Macron i Scholz, dała się przy tym poznać w ciągu ponad trzech miesięcy wojny jako „frakcja gołębia” Zachodu – bardzo ostrożna w poparciu dla walczącej Ukrainy, obawiająca się przede wszystkim eskalacji konfliktu z Rosją. Niemcy, mimo obietnic, nie były w stanie dostarczyć broni, której walcząca Ukraina bardzo potrzebuje, Francja broń – w tym ciężką artylerię – co prawda wysłała, ale to francuski prezydent wsławił się wypowiedziami przestrzegającymi przed niebezpieczeństwem „upokorzenia Putina” przez nadmierną klęskę w tej wojnie.

Historyczne deklaracje…

Wizyta premierów Czech, Polski i Słowenii (oraz Jarosława Kaczyńskiego) z marca 2022 roku w Kijowie organizowana była w dużej mierze w kontrze do polityki Berlina i Paryża. Miała pokazać bezwarunkowe poparcie konserwatywnych i prawicowo-populistycznych liderów rządów ze wschodniej flanki Unii Europejskiej dla walki Ukraińców, nakreślić linię politycznego sporu, oddzielającą ich od centrowych liderów z historycznego serca kontynentu. W marcu wydawało się, że analogiczna wizyta Scholza i Macrona jest niemożliwa, że obaj przywódcy – z Macronem na czele – nie chcą prowokować Putina podobnym gestem.

Do wizyty jednak doszło. W momencie, gdy w Europie coraz bardziej słabnie początkowy szok wywołany wojną i zbrodniami Rosji, rośnie zmęczenie konfliktem i ekonomiczną ceną, jaką Europa płaci za pomoc Ukrainie i nałożone na Rosję sankcje.

Czy wizyta w tym momencie oznacza przełom w polityce trzech największych państw Europy wobec Rosji i Ukrainy? Rozbija rosyjskie nadzieje na to, że uda się podzielić Zachód i z jego pomocą zmusić Kijów do niekorzystnego dla niego pokoju?

Z pewnością w Ukrainie padły ważne, wręcz historyczne deklaracje ze strony europejskich przywódców. Wspólnie z Zełenskim czwórka gości odwiedziła Irpień, jeden z symboli zbrodniczej taktyki wojsk Federacji Rosyjskiej w tej wojnie. Macron wrzucił na swojego Twittera filmik z ruin miasta, pisząc o pozostawionych przez Rosjan „śladach barbarzyństwa”.

Francuski prezydent obiecał też wysłanie kolejnych francuskich haubic Caesar Ukrainie. Starając się zatrzeć złe wrażenie, jakie wywołały jego słowa o tym, że trzeba pozwolić Putinowi „zachować twarz”, Macron podkreślił, że tylko Ukraina może negocjować i ewentualnie zawrzeć pokój z Rosją, nie mogą tego zrobić ponad jej głowami Francja czy Niemcy, nikt nie może dyktować Kijowowi warunków, na jakich zaprzestanie walki.

Najważniejsza deklaracja europejskich przywódców dotyczyła jednak europejskich aspiracji Ukrainy. W czwartek padła przełomowa obietnica: najważniejsze państwa Europy Zachodniej opowiedziały się za tym, by natychmiast nadać Ukrainie status kandydata do UE. W piątek oficjalnie zarekomenduje to Komisja Europejska, a decyzję podejmie szczyt UE, planowany na przyszły tydzień.

Do przyznania państwu statusu kandydata potrzeba zgody wszystkich 27 państw dziś tworzących Unię. Media donosiły, że trzy państwa miały mieć poważne wątpliwości w sprawie gotowości Ukrainy do członkostwa, przede wszystkim związane ze stanem ukraińskiej gospodarki i problemem systemowej korupcji. Premier Portugalii, António Costa, powiedział na początku tygodnia, że Unia powinna skupić się na „konkretnej pomocy Ukrainie”, a nie wdawać się w dyskusje nad statusem państwa kandydackiego dla Ukrainy. Taka dyskusja, według Costy, może tylko wytworzyć „fałszywe nadzieje” wśród Ukraińców i obnażyć „podziały w Unii”. Choć jednocześnie premier Portugalii zastrzegł, że nie jest przeciwny kandydowaniu Ukrainy do Unii jako takiemu.

Sam Macron jeszcze niedawno zgłaszał pomysł stworzenia Europejskiej Wspólnoty Politycznej, która pozwalałaby na współpracę w duchu „wspólnych wartości” między Unią a państwami demokratycznymi z jej bliskiego sąsiedztwa, takimi jak Wielka Brytania czy właśnie Ukraina. Ukraińcy bardzo źle odebrali tę propozycję, przekonani, że jej efektem będzie wieczne trzymanie ich kraju w przedpokoju do europejskiej wspólnoty. Z poparciem Berlina, Paryża i Rzymu Ukraina może jednak liczyć na to, że faktycznie do końca miesiąca oficjalnie stanie się kandydatem do UE. Jeśli ten proces będzie przebiegał udanie i zakończy się sukcesem – a po drodze Ukraina zdoła się obronić przed Rosją – będzie to największy polityczny przełom na kontynencie od akcesji grupy państw dawnego Bloku Wschodniego, w tym Polski, w 2004 roku, radykalnie zmieniający układ sił w samej Unii i w jej relacjach z Moskwą.

…i trwałe podziały

Deklaracja nadania Ukrainie statusu kandydata do Unii, obietnice dalszych dostaw broni, zapewniania, że tylko Ukraina może negocjować w sprawie rozmów i warunków pokoju z Rosją tworzą wrażenie jedności Zachodu i solidarności Europy z Ukrainą. Wizyta na pewno przynajmniej częściowo złagodziła publiczne napięcia między Kijowem, a Macronem i Scholzem.

Jednocześnie, jak podaje „Guardian”, Ukraina ciągle otrzymała zaledwie… 10 proc. broni, o jaką prosiła Zachód. Mimo uroczystych deklaracji z Kijowa kraje zachodnie ciągle są też podzielone w kwestii tego, jaki właściwie powinien być cel pomocy Ukrainie.

Dlaczego Zachód nie chce przyznać, że putinowska Rosja jest faszystowska?

Jak analizuje to w „Financial Times” Gideon Rachman, kraje Zachodu są dziś zgodne, jakiego rozstrzygnięcia wojny w Ukrainie chciałyby na tyle, by ponieść związane z tym konieczne koszty. Wszyscy zgadzają się, że nie można pozwolić, by Ukraina tę wojnę przegrała. Oznaczałoby to wzmocnienie zbrodniczego, zwyczajnie groźnego dla pokoju i stabilności na świecie reżimu Putina, podważenie absolutnych fundamentów porządku międzynarodowego w tej części świata – na czele z zakazem użycia siły w stosunkach między państwami i zakazem zmiany granic przy pomocy siły. Nie ma jednak zgody, co właściwie byłoby „zwycięstwem” w tej wojnie z punktu widzenia zachodnich demokracji.

Dla takich państw jak Francja, Niemcy, Włochy – i dużej liczby państw zachodniej Europy – zwycięstwo oznacza po prostu brak klęski Ukrainy, pokój, pozwalający Ukrainie zachować integralność w granicach sprzed lutego 2022 roku – a nawet bez całego terytorium Okręgu Donieckiego – i prawo do wyboru europejskiej drogi. Dla tych państw głównym zagrożeniem w tej wojnie jest ryzyko eskalacji, groźba użycia przez Rosję broni atomowej i wciągnięcie Zachodu w otwartą wojnę z Moskwą.

Jak na łamach tej samej gazety pisze Simon Kuper, te kalkulacje podszyte są pewnym „cynizmem Zachodu” wobec konfliktu w Ukrainie. Elity Europy Zachodniej mają przekonanie, że Rosja jest daleko od nich, wojna w Ukrainie jest oczywiście straszna i barbarzyńska, ale ich nie dotyczy, a dużo kosztuje, NATO zmieniło się w narzędzie ochrony Europy Wschodniej, kompletnie ignorując wyzwania bezpieczeństwa południa kontynentu: islamski terroryzm w Sahelu czy cyberbezpieczeństwo. Dziś oczywiście żaden zachodni polityk wprost nie wypowie podobnych poglądów, ale będą miały one wpływ na ich decyzje – czasem w formie wahań i zaniechań – tym bardziej że podziela je wielu zachodnich wyborców.

Z drugiej strony mamy kraje Europy Środkowo-Wschodniej – minus prorosyjskie Węgry – Bałtów i Skandynawów. Państwa te kluczowe zagrożenie widzą nie w ryzyku atomowej eskalacji, ale w rosyjskim imperializmie i jego ekscesach. Są przekonane, że celem Zachodu musi być takie wsparcie dla Ukrainy, by mogła tę wojnę wygrać. Najlepiej w sposób jak najbardziej bolesny dla Rosji. Jeśli bowiem rosyjski imperializm nie dostanie teraz boleśnie „po łapach”, to wcześniej czy później dokona ataku na kolejne europejskie państwa, dalej będzie grać na osłabienie i rozbicie Europy.

Pomiędzy tymi biegunami znajdują się Stany Zjednoczone. Jeszcze w kwietniu amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin III mówił, że celem wojny ma być odebranie Rosji możliwości wywołania kolejnej, podobnej napaści – więc faktycznie redukcja jej mocarstwowego statusu. Jednak już w komentarzu opublikowanym w „New York Timesie” pod koniec maja prezydent Biden trochę inaczej definiuje cele pomocy Ukrainie. Celem ma być „demokratyczna, niepodległa Ukraina zdolna obronić się i powstrzymać rosyjską agresję”, prezydent nic nie pisze o trwałym osłabieniu Rosji.

Gdzie w tym wszystkim jest Polska?

Biorąc to wszystko pod uwagę, o tym, jakie było prawdziwe znaczenie wizyty w Kijowie, dopiero się przekonamy. Niektórzy komentatorzy, jak Christoph B. Schiltz, z „Die Welt”, w tekście przedrukowanym przez „Gazetę Wyborczą”, spekulują nawet, czy prawdziwym celem wizyty nie było – wbrew publicznym deklaracjom – wywarcie nacisku na Zełenskiego, by zaczął negocjować z Putinem.

Choć na razie nie ma dość mocnych poszlak, by tak zinterpretować wydarzenia z czwartku, czas pokaże, na ile uroczyste deklaracje z Kijowa pokryją się z działaniami stolic Europy Zachodniej. Jak wyglądać będą dostawy potrzebnej Ukrainie broni, jak realnie zarysowana zostanie perspektywa członkostwa Ukrainy w Unii. Czy nie zostaną na wstępie postawione warunki gwarantujące długi, żmudny i niedający obietnicy ostatecznego sukcesu proces akcesji.

Ukraina: Słabe państwo inaczej niż dotąd zdefiniowało źródło siły [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

Wszystkie te sprawy są niezwykle istotne dla Polski. W naszym interesie leży to, by Rosja możliwie najboleśniej przegrała tę wojnę, a Ukraina wyszła z niej możliwie najbardziej zwycięsko. Choć powrót Ukrainy do granic sprzed 2014 może być bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy, to trzeba wesprzeć Ukrainę, by w momencie, gdy ewentualnie siądzie do rozmów z Rosjanami, miała jak najmocniejsze karty. W naszym interesie jest też to, by podobne stanowisko miało jak największy wpływ na politykę Zachodu.

Tusk nazwał na swoim Twitterze wydarzenia w Kijowie przełomem, który „dokonał się bez nas”. „To przecież Polska powinna być jednym z głównych uczestników tego wielkiego zdarzenia” – napisał. Zwolennicy PiS odpowiedzieli na to, że przecież to my pojechaliśmy do Kijowa jako pierwsi, gdy Macron i Scholz nie mieli na to odwagi. Nie mamy się więc z czego tłumaczyć.

To, czy w czwartek w Kijowie byłby Duda lub Morawiecki, miałoby wyłącznie symboliczne znaczenie. Realne ma to, jak Draghi, Macron i Scholz rozumieją swoje zobowiązania z Kijowa i jak się to przełoży na europejską politykę. Słusznie krytykując zachowawczą i nadmiernie ostrożną politykę zachodnich stolic w sprawie konfliktu za naszą granicą, rząd jednocześnie nie zrobił praktycznie nic, by pomóc naszym zachodnim partnerom zrozumieć nasz punkt widzenia. Zamiast budować koalicje dla naszych racji, podkręcał konflikt głównie z Berlinem na użytek swojej wewnętrznej partyjnej rozgrywki.

W efekcie, mimo wszystkich słusznych rzeczy, jakie rząd PiS zrobił w sprawie Ukrainy, mimo wielkiej mobilizacji społeczeństwa obywatelskiego i kosztów, jakie Polska poniosła, możemy mieć ograniczony wpływ na to, jak Zachód ostatecznie zdefiniuje to, co jest dla niego celem we wsparciu dla Kijowa, a co akceptowalnym kompromisem z Rosją. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że obietnice z czwartku były szczere i że pójdą w końcu za nimi realnie pomagające Ukrainie decyzje – polityczne i militarne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij