Świat

Sto lat temu w Oklahomie

Przed stu laty w mieście Tulsa biali Amerykanie spalili dzielnicę dobrze prosperujących czarnych przedsiębiorców i zamordowali wielu jej mieszkańców. Dziś, razem z pamięcią tego wydarzenia, wraca dyskusja o reparacjach za stulecia niewolnictwa.

„To nie były zamieszki, to był pogrom” – powiedział demokrata Joe Biden, pierwszy amerykański prezydent, który odwiedził miasto Tulsa w Oklahomie, żeby nazwać wypadki z 1921 roku po imieniu. „Przecież to sprawa sprzed stu lat” – oburzają się republikanie, twierdząc, że takie „przepisywanie historii” tylko krzewi rasowy resentyment.

Tulsa jest oczywiście symbolem i przyczynkiem do dyskusji: czy Ameryka jest państwem zbudowanym na niewolnictwie i państwem, które powstało między innymi (albo głównie) po to, żeby uchronić plantatorów przed delegalizacją niewolnictwa? A jeśli tak faktycznie było, to czy znaczy to, że jednak nie jest wyjątkowym, najzajebistszym krajem na świecie, jak lubią myśleć republikanie? Fakt, że każde amerykańskie dziecko codziennie w szkole ślubuje wierność amerykańskiej fladze, nie zachęca do rewizyjnych rozważań na temat ciemnych rozdziałów w historii USA. Przynajmniej połowa Amerykanów wierzy w wyjątkowość swojego kraju jak w słońce na niebie i jest to wiara o charakterze praktycznie religijnym.

Niewielu obywateli USA zna historię własnego kraju i niewielu wie, co zdarzyło się dokładnie sto lat temu, na przełomie maja i czerwca, w drugim co do wielkości mieście stanu Oklahoma – w Tulsie, w dzielnicy Greenwood. A było tak: aresztowano czarnego chłopaka podejrzanego o to, że znieważył (?), zgwałcił (?), a może tylko potknął się i dotknął białej kobiety, która pracowała jako windziarka w tym samym budynku. Do dziś nie wiadomo, co zrobił, a czego nie. Aresztowanie wywołało niepokój i plotki zarówno w północnej części Tulsy, gdzie mieszkali i wciąż mieszkają Afroamerykanie, jak i w części południowej, gdzie mieszkali – i wciąż mieszkają – biali. Czarni nie chcieli dopuścić do linczu, biali nie mieli wątpliwości co do winy chłopaka. Ale ta część historii jest akurat najmniej istotna.

Czarny, czyli wszystkie nerwice świata

Greenwood nie wygląda dziś najlepiej. Okolica jest biedna, a w latach 50. przecięła ją jedna z wielkich amerykańskich autostrad – specjalistek od rujnowania osiedli. Wtedy jednak, w 1921 roku, czarna Tulsa była mekką i marzeniem Afroamerykanów z całego kraju. Nazywana „czarnym Wall Street”, stanowiła skupisko biznesów i kumulującego się dobrobytu Afroamerykanów.

Wszystko to zostało zniszczone w ciągu 18 godzin podczas ataku białych sąsiadów, którzy spalili hotele i restauracje, zastrzelili nieznaną dziś liczbę osób (szacuje się, że zabito od 40 do 300 mieszkańców Greenwood), a pozostałych zmusili do ucieczki. Według zeznań świadków w operacji wzięły udział samoloty zrzucające ładunki wybuchowe i broń maszynową, którą żołnierze przywieźli po pierwszej wojnie światowej. Miasto, policja i straż pożarna albo stały bezczynnie, albo – jak twierdzi część historyków – uczestniczyły w spisku. Nikt nie dostał odszkodowania i nikt nie miał odwagi mówić o pogromie, o którym nawet lokalni dowiadywali się przypadkiem czy podczas głębszych studiów. Zostały ruiny i klatki schodowe prowadzące donikąd, które można obejrzeć do dziś.

Rząd Bidena jest pierwszą administracją, która wskrzesza pamięć o tych wydarzeniach i zastanawia się, jak naprawić systemowy rasizm Ameryki, którego pogrom w Greenwood jest najbardziej spektakularnym przykładem. Za temat zabierają się też mainstreamowe media z „New York Timesem” na czele. Dobrym przykładem tego odważniejszego podejścia dziennikarzy do historii i krajowej polityki – bo należy zaznaczyć, że progresywizm i empatia Bidena ograniczają się wyłącznie do polityki wewnętrznej – jest tzw. Projekt 1618, który napędził republikanom porządnego pietra.

Czarna dziennikarka Nikole Hannah-Jones otworzyła dyskusję, która oburzyła część historyków. Położyła nacisk na rok przybycia do Ameryki pierwszych statków z niewolnikami, którzy – jej zdaniem – zbudowali amerykańską gospodarkę. Stwierdziła też – i nie jest w tym odosobniona – że amerykańska rewolucja i parcie do niepodległości od Wielkiej Brytanii było w znacznej części motywowane chęcią utrzymania niewolnictwa, od którego Anglicy właśnie odchodzili. Hannah-Jones odebrała w 2020 roku Nagrodę Pulitzera, jednak ostatnio, na skutek protestu konserwatystów, odmówiono jej pełnej posady na Uniwersytecie Północnej Karoliny, gdzie uczy dziennikarstwa śledczego.

Głosy mówiące o tym, że niewolnictwo było kluczowym elementem polityki wewnętrznej i zewnętrznej USA, przybierają na sile, a Biden obiecuje pomoc czarnej mniejszości. Zapowiada granty, kontrakty federalne, kontrolę wyceny domów (domy białych wycenia się jako droższe), bardziej świadome planowanie miejskie, reformę policji i odpuszczenie kredytów studenckich. Nie mówi jeszcze natomiast o odszkodowaniach dla potomków niewolników.

Apetyt na tego rodzaju rozwiązanie z kolei rośnie na progresywnej lewicy, którą Biden próbuje mniej lub bardziej udolnie adorować swoim Nowym Ładem 2021 i wielkimi inwestycjami w biedniejące społeczeństwo. Jeszcze kilka lat temu zaledwie kilka procent białych Amerykanów opowiadało się za odszkodowaniami dla swoich czarnych współziomków i nadal nie jest to duży odsetek – 16 proc. Natomiast coś takiego próbuje wprowadzić stan Kalifornia – progresywne państwo w państwie i opoka amerykańskiej gospodarki, gdzie obecnie działa komisja próbująca stworzyć program odszkodowań.

Nie budźcie Bidena, bo dobrze gada

Ocenia się, że około 40 milionów żyjących obecnie w USA Afroamerykanów jest potomkami przywiezionych tu niewolników. Żaden z nich nie zobaczył grosza, a przecież odszkodowanie dostały i rodziny, które straciły bliskich po ataku z 11 września, i Amerykanie japońskiego pochodzenia, których zamknięto w obozach w czasie drugiej wojny światowej po ataku na Pearl Harbor. Sześćdziesięciu sześciu zakładników, których Ronnie Reagan wyciągnął z Iranu, dostało ponad 4 miliony dolarów na głowę.

Osobnym rozdziałem amerykańskiej historii jest rozdawnictwo ziemi, tzw. Homestead Act z 1862 roku. Ustawę wprowadzono w czasie amerykańskiej wojny domowej z myślą o świeżo wyswobodzonych i niemających niczego niewolnikach. Jednak tylko niewielu z nich dostało ziemię, bo ta przypadła białym kolonizatorom – rodzinom „pionierów”, które wciąż w znacznym stopniu kontrolują lokalną politykę na południowym zachodzie kraju.

Lewica wskazuje także na przykład polityki niemieckiej po drugiej wojnie światowej i system odszkodowań wypłacanych ofiarom – Żydom, ale również Polakom wywożonym na roboty. Jednocześnie mówi się o świadomej denazyfikacji niemieckiego społeczeństwa po drugiej wojnie światowej i o fakcie, że na południu Stanów, gdzie wciąż dumnie powiewają konfederackie flagi, powinna się odbyć „dekonfederacja” narodu. Czyli zdjęcie rażących flag secesyjnego Południa i rozwiązanie lokalnych klubów Zjednoczonych Córek Konfederacji.

Społecznego apetytu na zmiany dowiodły masowe protesty latem 2020 – po tym, jak kolejny raz biały policjant zabił czarnego obywatela, George’a Floyda. Ale – jak zapowiada Biden – wielkie zmiany nie są możliwe przy obecnym, podzielonym na pół Senacie i bez wyeliminowania parlamentarnej obstrukcji (filibuster), która blokuje większość ambitniejszych ustaw.

Popęda: Systemowy rasizm amerykańskiej policji zabija

Prawica narzeka, że ten niby rasizm w Ameryce to pretekst do przejęcia pełni władzy i zmiany zasad politycznej gry w Waszyngtonie. Boi się, że brak szacunku dla ojców założycieli – było nie było, właścicieli niewolników – to dopiero początek. Potem demokraci zażądają zmiany konstytucji, a to tak, jakby zmieniać Biblię. Konstytucji się nie zmienia ani się nie poprawia, nawet jeśli traktuje ona Afroamerykanina jako trzy piąte białego obywatela. Republikanów wkurza też to, że przecież to Partia Republikańska Abrahama Lincolna wywalczyła zniesienie niewolnictwa, a demokraci z Południa to przecież najwięksi rasiści w historii USA. Ostatecznie czarni wyborcy opuścili republikanów dopiero w 1936 roku dla wielkiego progresywnego programu Roosevelta.

W Tulsie Biden spotkał się z kilkoma ocalałymi świadkami masakry w Greenwood i wygłosił przemowę, która nie pozostawiła wątpliwości co do tego, po czyjej stronie staje rząd.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.
Zamknij