Świat

Zachowawcze centrum Partii Demokratycznej słabnie, więc znów podstawia nogę lewicy

Fot. Nicole Tian/Flickr.com

Joe Biden wygrał wybory, jednak demokraci nie tylko nie zdobyli Senatu, ale też stracili kilka mandatów w Izbie Reprezentantów. Teraz będą walczyć na dwóch frontach: zewnętrznym, z republikanami w Senacie, i wewnętrznym, we własnej partii.

Partia Demokratyczna wykazała się niesamowitą jednością podczas kampanii wyborczej. Lewa flanka w osobach Alexandrii Ocasio-Cortez czy Berniego Sandersa równie entuzjastycznie wspierała byłego wiceprezydenta co bardziej centrowi działacze tacy jak Pete Buttigieg i nie utyskiwała, gdy Biden otrzymywał kolejne wyrazy poparcia od konserwatywnych polityków.

Sam Biden starał się dać bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Zaprosił Ocasio-Cortez do swojego zespołu polityki klimatycznej, a do planów reformy ochrony zdrowia włączył elementy z planu Sandersa. Nie będzie to co prawda Medicare for all, ale w amerykańskich warunkach nawet opcja pozwalająca wybrać publicznego ubezpieczyciela będzie zdecydowaną poprawą. Dobrze wpisywało się to w ogólny przekaz kampanii Bidena o budowaniu mostów ponad podziałami.

W USA się politycznie przejaśnia [korespondencja]

Okazało się jednak, że partyjne podziały – pokoleniowe i polityczne – zostały zasypane tylko chwilowo. Ogłoszenie wygranej Bidena przez CNN – bo pamiętajmy, że wszystkie głosy nie zostały zliczone do dziś, a oficjalny wynik poznamy dopiero w grudniu, gdy decyzję podejmie Kolegium Elektorów – spowodowało, że zniknął wspólny wróg. Nie pomógł też fakt, że przewaga demokratów w Izbie Reprezentantów zmalała, a Senat – kluczowy dla możliwości efektywnego rządzenia – najpewniej zostanie pod kontrolą republikanów (szanse na zdobycie dwóch z czterech mandatów z konserwatywnych stanów Georgia i Alaska są niewielkie).

Centrowi demokraci dość szybko obarczyli odpowiedzialnością za ten rozwój wypadków lewicową frakcję partii. Twierdzą, że ciągłe gadanie o socjalizmie, opiece medycznej dla wszystkich, Zielonym Nowym Ładzie i zmniejszaniu finansowania policji zniechęca „zwykłych” Amerykanów – zwykłych, czyli takich, którzy nie mieszkają w Nowym Jorku, Seattle czy Minneapolis. Swoim radykalizmem lewica pomogła rzekomo republikanom przypiąć łatkę radykałów całej Partii Demokratycznej i tym samym doprowadziła do porażek kandydatów partii w bardziej konserwatywnych okręgach.

AOC: To nie lewica jest problemem demokratów

Argument ten, mimo że atrakcyjny i powielany również na naszym rodzimym podwórku choćby przez Cezarego Michalskiego i Tomasza Lisa, nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Wielu przegranych demokratów startowało w okręgach, w których Trump wygrywał przewagą ponad 10 proc. Ich porażka w roku wyborów prezydenckich zupełnie nie zaskakuje. Przekonanie, że słowo „socjalizm” wypowiedziane przez radną miejską ze Seattle przechyliło szalę na korzyść republikanów w oddalonych o setki kilometrów rolniczych okręgach, zwyczajnie nie trzyma się kupy. Po pierwsze dlatego, że pod względem dostępnych mediów – i co za tym idzie, informacji – to są dwa zupełnie inne światy. Po drugie, republikanie przypinają demokratom łatkę socjalistów niezależnie od tego, co ci drudzy robią.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że lewica z dużym samozaparciem wspierała Bidena w walce o prezydenturę, i to pomimo że ani prezydent elekt, ani Kamala Harris nie są ich idealnymi kandydatami. To mobilizacje lewicy po policyjnych morderstwach czarnych pomogły w (prognozowanym) zwycięstwie w konserwatywnej Georgii.

Nerwowe reakcje centrystów raczej wskazują na ich poczucie, że kontrola tej grupy nad partią jest zagrożona. A są po temu powody.

Tak zwana Blue Dog Coalition, grupa centrowych demokratów, utraciła sześciu członków i od stycznia liczyć będzie 20 osób, za to frakcja progresywna będzie ich mieć 93. Co więcej, cała lewicowa „ekipa” – czyli AOC, Ilhan Omar, Ayanna Pressley i Tachida Tlaid – zapewniła sobie reelekcję. Ponadto, pomimo utraty przez demokratów kilku mandatów, w Kongresie pojawiły się nowe twarze jednoznacznie kojarzone z lewicą, które „ekipę” zasilą. Wszyscy oni popierają postulaty publicznej ochrony zdrowia czy Nowego Zielonego Ładu. Najpopularniejszą z nich jest Cori Bush, dyrektorka szkoły, która zaangażowała się w politykę sześć lat temu, po morderstwie Michaela Browna przez białego policjanta w Ferguson. Mondaire Jones i Ritchie Torres – obaj ze stanu Nowy Jork – będą pierwszymi czarnymi otwarcie homoseksualnymi członkami Izby. Torres był delegatem Berniego Sandersa na konwencji demokratów w 2016 roku. Kolejny nowojorczyk, Jamaal Bowman, jest wysoko postawionym członkiem Demokratycznych Socjalistów Ameryki. Na ich tle wyróżnia się Marie Newman – tylko ona jest w tym składzie biała.

Trump kontra cztery jeźdźczynie apokalipsy

Lewica też nie czyni tajemnicy ze swoich planów.

„To, co się teraz stanie, będzie kluczowe” – napisała na Twitterze tuż po ogłoszeniu wygranej Bidena Elizabeth Warren. „W przeszłości próby budowania »jedności« i »zgody« w Waszyngtonie zbyt często oznaczały wręczanie kluczy wielkim korporacjom i ich lobbystom” – przestrzegła. „Nie możemy pozwolić, by to się powtórzyło” – dodała.

Bardziej wprost wyraziła się Ilhan Omar, progresywna członkini Izby Reprezentantów z Minnesoty: „Nie tylko usunęliśmy w głosowaniu najbardziej skorumpowanego, niebezpiecznego prezydenta we współczesnej historii, ale też mamy szansę na zrealizowanie najbardziej progresywnej agendy w historii tego kraju”.

Jednak bez kontroli nad Senatem trudno będzie zrealizować jakąkolwiek agendę – być może z wyjątkiem tej odpowiadającej Mitchowi McConnellowi. Dlatego przy wyraźnym sukcesie lewicy problem demokratów po tych wyborach jest jeszcze bardziej oczywisty: musi ona trafić do białych wyborców z mniejszych, bardziej rolniczych stanów, którzy poparli Trumpa. Konieczne będzie również zmobilizowanie wyborców w stanach takich jak Georgia, gdzie wyścigi senackie są w miarę wyrównane.

Nie będzie to łatwe – i to nie dlatego, że „normalni Amerykanie” nie lubią socjalizmu. Zresztą wbrew opiniom centrystów (i części polskich komentatorów) lewica doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie przekona do siebie mieszkańców Ohio, Indiany czy Iowy koszulką z Che Guevarą i transparentem z napisem „Socjalizm Teraz!”.

Wiceprezydentka na miarę progresywnych możliwości

W przypadku białych wyborców wyzwaniem jest polaryzacja i bariera informacyjna. Tradycyjne kanały docierania do tej części elektoratu – telewizja i poczta – w tym wypadku nie zadziałają. Konieczne będzie wykorzystanie internetu i oddolnej organizacji. Lewica ma w tym doświadczenie, bo musiała wypracować te narzędzia z powodu braku wsparcia finansowego, jakim cieszy się partyjny mainstream.

W przypadku Georgii wyzwaniem jest mobilizacja wyborców i upewnienie się, że oddadzą oni głosy. Lewicowi demokraci pokazali już, że mają również i te umiejętności.

W pogoni za normalsami

W wyborach uzupełniających w 2022 roku lewica będzie mogła pomóc Partii Demokratycznej przejąć kontrolę nad Senatem. Pod warunkiem że partyjny mainstream nie będzie podstawiał im nogi.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jan Smoleński
Jan Smoleński
Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.
Zamknij