Świat

W USA się politycznie przejaśnia [korespondencja]

Fot. Paris Malone/flickr.com

Słodko-gorzka wygrana demokratów nie obiecuje amerykańskiej lewicy (ani światu) żadnych rewelacji.

To, że przynajmniej 3 miliony więcej Amerykanów zagłosowało na Joe Bidena niż na Donalda Trumpa, nie ma znaczenia w świecie amerykańskiej „demokracji”. Realia są takie, że demokraci mają Biały Dom, ale nie przejęli Senatu ani nie rozbudowali reprezentacji w Izbie Reprezentantów. Słowem – Amerykanie nie dali Bidenowi zbyt wiele władzy, a trumpizm nadal cieszy się sporą popularnością.

Biden wygrał, ale nie wolno o tym mówić. Nie przyznaje tego ani obecny prezydent, który obraził się i od dwóch dni gra w golfa w Wirginii, ani republikanie w Kongresie. Ale co bardziej zagorzali zwolennicy Trumpa wciąż wierzą, że jakoś uda się przeliczyć te głosy tak, żeby wyszło na ich.

Biden może być dla Europy większym wyzwaniem niż Trump

Sama noc wyborcza była nudna – większość stanów oddawała głosy szybko i bez kontrowersji, bo w większości wypadków stan jest albo niemal automatycznie „niebieski” (demokratyczny) albo „czerwony” (republikański). Pierwszą nieprzyjemną niespodzianką wieczoru była Floryda, gdzie Latynosi kubańskiego pochodzenia zostali nieźle zmobilizowani przez partię republikańską.

Walka o stany „bitewne”, czyli te, które potencjalnie ma szansę zgarnąć albo jedna, albo druga partia, zaczęła się następnego dnia, w środę 4 listopada.

Kolejnym rozczarowaniem dla demokratów był Teksas, który nadal pozostaje republikański. Z kolei wielkim zwycięstwem jest – albo będzie, patrz niżej – Arizona, stan, z którego właśnie piszę, a który, jak wspomniał jeden z lokalnych dziennikarzy, obudził się w środę nie tylko „niebieski” (Arizona od 1996 głosuje na republikanów, a lokalni republikanie nazywają się „czerwonym murem” Ameryki; por. „Polska przedmurzem Europy” i w ten deseń), ale i „zielony”. Od stycznia stan legalizuje marihuanę do użytku rekreacyjnego, choć to i tak nic w porównaniu z demokratycznym Oregonem, gdzie właśnie zdepenalizowano posiadanie małych ilości wszystkich narkotyków, w tym heroiny czy kokainy.

Poniedziałek, 9 listopada, nadal nie przyniósł definitywnych i oficjalnych wyników ani w Arizonie, ani w Georgii, która zapewne też przypadnie Bidenowi. Nie ma też ostatecznej decyzji – i nie musi być – w Alasce ani w Północnej Karolinie, które – Alaska na pewno, a Karolina przypuszczalnie – przypadną Trumpowi. Nie żeby mu to w czymś pomogło.

W tych wyborach spore znaczenie miało głosowanie za pomocą poczty, które jest w wielu stanach praktykowane albo możliwe, a które w roku pandemii stało się sposobem na rozładowanie kolejek w lokalach wyborczych. Prezydent Trump wypowiadał się na temat głosowania za pośrednictwem poczty negatywnie, opowiadając, że to najprostsza droga do oszustwa wyborczego. Co nie jest prawdą. Słowa Trumpa sprawiły, że republikanie głosowali w dniu wyborów i te głosy w wielu stanach zarejestrowano najpierw. To spowodowało tzw. lawinę demokratycznych głosów, która nadeszła kilka dni później. Ze względu na pandemię demokraci raczej głosowali przez pocztę i w kilku kluczowych, a rządzonych przez republikanów stanach nie pozwolono liczyć tych głosów – często oddanych tygodnie wcześniej – aż do dnia wyborów. To pozwoliło Trumpowi opowiadać bzdury o demokratycznych głosach znikąd, które napływają już po wyborach.

W dzień po wyborczym wtorku uwaga przeniosła się na Pas Rdzy – Michigan, Wisconsin i Pensylwanię, gdzie Hilary Clinton przegrała w 2016 roku, niejako ilustrując obecne relacje między tzw. klasą pracującą a partią, która niegdyś miała odwagę ich reprezentować.

Wszystkie trzy stany oddały głos na Bidena, ale ledwo, ledwo, i są symbolem Ameryki nadal rozdartej na pół między dwoma wersjami samej siebie. Podobnie ma się sprawa w Nevadzie, która wybrała Bidena – Las Vegas i okolice – chociaż wyborców Trumpa również w okolicy nie brakuje.

Przed samym dniem wyborów zdążyło zagłosować 4 miliony Amerykanów.

Niewątpliwie ważnym czynnikiem w wyborach 2020 była duża frekwencja – 160 milionów Amerykanów, czyli jakieś 66 proc. To liczby rekordowe jak na Stany Zjednoczone, w dodatku rekordy frekwencji pobito po obu stronach politycznego sporu.

Mobilizacja była niesamowita w obu partiach, co chyba wszystkich zaskoczyło, i obie te fale – czerwona i niebieska – zderzyły się i na pewno zmniejszyły demokratom przyjemność ze świętowania zwycięstwa. Demokraci nie wygrali Senatu i nie rozszerzyli swojej bazy w Izbie Reprezentantów. Senat da się wziąć w styczniu, więc nie wszystko stracone. No i chyba za dwa, trzy dni Trump przyzna, że zabiera zabawki i wychodzi z Białego Domu.

AOC: To nie lewica jest problemem demokratów

Czego oczekiwać po inauguracji nowego prezydenta? Nowej strategii walki z koronawirusem. Czego nie oczekiwać? Sensacji. Bez Senatu Biden nie ma szans na stworzenie nowej zielonej ekonomii i walkę ze zmianą klimatyczną.

Mimo to w USA się politycznie przejaśnia. Rola progresywnej lewicy w administracji Bidena i jej faktyczne wpływy wciąż stoją pod znakiem zapytania.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.
Zamknij