Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Koniec transformacji, początek Nowej Albanii?

„Nasz kraj nie należy do nas, należy do Ediego Ramy i turystów”, słyszałam od Albańczyków jeszcze dwa tygodnie temu. Rewolucja flamingów stała się rewolucją nadziei, teraz jej uczestnicy walczą o własną reprezentację polityczną.

Close-up of a person wearing a red bandana over the mouth and a white cap at a protest.
Walka

Trwające od 30 maja protesty Albańczyków przeciwko budowie luksusowego resortu finansowanego przez rodzinę Trumpów i grupę międzynarodowych inwestorów zwróciły uwagę mediów całego świata. To kolejna odsłona opowieści o Dawidzie i Goliacie: słabi przeciwko silnym, zwykli obywatele kontra oligarchowie, szacunek dla przyrody kontra pragnienie zysku, młodzi idealiści kontra stara klasa polityczna. Dziś mała Albania stawia opór wielkiemu kapitałowi i żąda dymisji premiera, Ediego Ramy.

4 miliardy euro i 200 gatunków ptaków

W 2024 roku gruchnęła wieść: Ivanka Trump i Jared Kushner chcą wybudować na albańskiej wyspie Sazan, niezamieszkałej, dawnej bazie wojskowej, pięciogwiazdkowy resort. Oprócz tego ma powstać gigantyczny kompleks hotelowy w rejonie Zvernec, który obejmie 10 kilometrów wybrzeża od plaży Dalan do plaży Hidrovor i Nartę, część rozlewiska rzeki Vjosy. Na bajkowym, przyrodniczo unikatowym terenie, zamieszkałym przez ponad 200 gatunków ptaków, przede wszystkim pelikany i migrujące flamingi, ma powstać inwestycja o wartości rzekomo 1.5 miliarda euro – choć w mediach pojawia się też kwota 4 miliardów euro; dla porównania, roczny budżet Albanii to 8,9 miliarda euro.

Fot. Isa Myzyraj

Tak oto spełnia się marzenie premiera Ediego Ramy, który od dawna powtarzał, że Albania potrzebuje turysty luksusowego. Żeby skusić inwestorów, w 2024 roku Rama wprowadził zmiany w ustawie o obszarach chronionych: od teraz mogli na nich inwestować ci, którzy stawialiby obiekty pięciogwiazdkowe.

Premier poszedł jeszcze dalej, wprowadzając przywileje dla „inwestorów strategicznych”, budujących dużo i drogo: dał im łatwiejszy dostęp do gruntów, obietnicę wparcia administracyjnego i maksymalne skrócenie procedur. Jared Kushner jest idealnym przykładem takiego „inwestora strategicznego” – mimo że kwestie własności gruntów w rejonie Zvernec wciąż nie są rozwiązane, teren plaży ogrodzono, a buldożery wykarczowały już drogę wśród sosen. Roboty ruszyły, mimo że rząd nie ogłosił oficjalnie, kto stoi za wielkim projektem, ani jak ten projekt będzie wyglądał.

Albania nie jest na sprzedaż

I wydawało się, że będzie jak zwykle. W 2025 roku Edi Rama, premier Partii Socjalistycznej, zdobył czwarty mandat jako premier i obsadził 83 na 140 miejsc w parlamencie. Ale Albańczycy powtarzali, że w demokratycznych wyborach zabrakło demokracji.

Przez lata Rama stworzył system patronażystów, którzy zbierają informacje wrażliwe o wyborcach i zabezpieczają głosy już na wiele miesięcy przed wyborami. Pracujesz w administracji? W małym mieście, żeby utrzymać etat, musisz zabezpieczyć co najmniej 5 głosów dla Partii Socjalistycznej. Chcesz uzyskać prawo własności ziemi, na której stoi twój dom? Organizujesz 20 głosów.

Ediemu Ramie sprzyjało też powszechne przeświadczenie, że w Albanii opozycji tak naprawdę nie ma. W kluczowych sprawach Partia Demokratyczna Saliego Berishy, weterana albańskiej polityki, nie stawia oporu premierowi. „Jeśli już ktoś ma kraść, to niech kradnie Rama, przy okazji coś zbuduje” – powtarzali do tej pory Albańczycy.

Na dodatek w 2020 roku, mimo wielkich demonstracji i okupowania budynku przez aktywistów, Rama zburzył zabytkowy Teatr Narodowy pod budowę kompleksu wieżowców, co na lata rozbiło opór społeczeństwa obywatelskiego. Znajomi aktywiści mówili mi jeszcze pod koniec maja, że będą bronić Zvernec, ale wiedzą, że to i tak nic nie da. „Protestujemy ze złamanymi kręgosłupami” – powiedział mi jeden z nich.

Czytaj także Lit, czyli serbski kryptonit. Gorączka „białego złota” dotarła na europejskie peryferie Predrag Momčilović

Wszystko zmieniło się 30 maja, gdy media społecznościowe pokazały, jak osiłki ochraniające inwestycję spryskują gazem pieprzowym aktywistów i policjantów, a jednego z protestujących wloką po kamieniach. W całym kraju zawrzało. Nie było bardziej adekwatnego obrazu, który mógłby lepiej ilustrować powszechne przekonanie Albańczyków, że w ich kraju silni są ponad prawem. Nazajutrz na ulice Tirany wyszły tysiące młodych ludzi, skandując „Albania nie jest na sprzedaż”, „Albania dla Albańczyków, nie dla zdrajców”. „To jest nasza ziemia”. „Nie sprzedaje się ojczyzny”. I: „Narta dla flamingów, nie dla buldożerów”.

Rewolucja flamingów, rewolucja nadziei

Protesty zaskoczyły samych Albańczyków. Po pierwsze – skalą: z dnia na dzień liczba demonstrujących rośnie, a albańska diaspora organizuje kolejne manifestacje na całym świecie, od Aten, przez Paryż, po Londyn.

Po drugie – apolitycznością. Albania przywykła do tego, że duże zrywy uliczne zazwyczaj są sterowane przez jedną partię polityczną przeciwko drugiej, a protestujący zjeżdżają się opłaconymi busami z całego kraju i po kilku godzinach skandowania rozjeżdżają do domów. Dziś protestujący odcinają się od polityków, skandując: „Rama do więzienia, Berisha do więzienia”, „Rama – wstyd, Berisha – wstyd”. Tłumiony latami gniew wykipiał: zryw w obronie natury błyskawicznie przekształcił się w masowe demonstracje przeciwko politykom.

A protestujący, początkowo głównie młodzi ludzie z generacji Z, stworzyli zupełnie nowy język oporu. Flamingi, które stały się symbolem protestów, reprezentują albańską tęsknotę za poczuciem wspólnoty, działaniem w stadzie; byciem grupą działającą na rzecz wspólnego dobra, a nie neoliberalnymi jednostkami transformacji. Ulica śpiewa patriotyczne pieśni i przerobione popowe hity, drukuje na plakatach internetowe memy i dłuższe polityczne odezwy. „Nie ma wody w kranie, nie ma prądu, jest kolejny pięciogwiazdkowy resort”. „Chcemy żyć w naszym kraju, nie chcemy być kolejną generacją emigrantów”. „Bogaci się bogacą, biedni wyjeżdżają”. „Chcesz wyleczyć raka, sprzedaj dom”. „Albania krajem turystów, nie zwykłych ludzi”. Tłum skanduje godzinami: „Edi Rama, to twój koniec” i „Edi Rama odejdź”, a protesty, które zaczynają się codziennie o 18:00, trwają aż do późnej nocy.

Czytaj także „Macedońskiego Mamdaniego” nie będzie, ale przynajmniej posprzątano Skopje Marek Matyjanka

Bezradność Ediego Ramy

Jeśli chodzi o kreatywność i przekaz medialny, młodzi Albańczycy ograli premiera Ediego Ramę, do tej pory niekwestionowanego króla PR-u. Przez trzynaście lat rządów Rama dał się poznać jako mistrz bon motów, generowania newsów, uwodzenia zagranicznych dziennikarzy i zastraszania tych albańskich, ośmieszania przeciwników i trollowania. Wystarczy przypomnieć, jak cały świat cytował news o „pierwszej ministrze AI”, która była raptem administracyjnym chatbotem do odpowiadania na pytania obywateli. Cała sprawa zresztą zakończyła się skandalem, bo aktorka, która użyczyła twarzy cyfrowej ministrze, oskarżyła potem Ediego Ramę o korupcję i kradzież wizerunku.

Nie od dziś wiadomo, że rząd nie oszczędza na PR i chętnie sponsoruje artykuły o albańskim sukcesie ekonomicznym w zagranicznych mediach. Narracja o protestach to pierwszy przypadek, gdy premier nie jest w stanie kontrolować międzynarodowego dyskursu o Albanii. „Znalazł się w świetle reflektorów, jego wizerunek pęka, a on nie ma gdzie się schronić” – napisał mi dziś jeden z aktywistów.

Czytaj także Žižek: Serbowie protestują, a UE osiąga kolejne dno Slavoj Žižek

Dlatego Edi Rama mnoży teorie spiskowe. O inicjowanie protestów oskarżył już Greków, Serbów, radykalnych muzułmanów, agentów Iranu i „przeciwników wejścia Albanii do Unii Europejskiej, których w całej Europie nie brakuje”. Do tej pory Rama skomentował protesty ponad 50 razy na swoich kanałach na Facebooku i Instagramie. Zapewniał też, że na ulicach nie było nigdy więcej niż 8 tysięcy protestujących, gdy obrazy z dronów pokazują dziesiątki tysięcy ludzi.

W mediach społecznościowych Albańczycy ostrzegają się nawzajem, by nie eskalować napięć i nie zrywać izraelskich flag, którymi z okazji trwających dni kultury Izraela obramowany jest główny bulwar Tirany. Tłumaczą, że Rama tylko czeka, by oskarżyć demonstrantów o agresję i antysemityzm i ich skompromitować. Na odezwy premiera, że ulice są pełne szpiegów, Albańczycy odpowiadają zdjęciami swoich dzieci, trzymających transparenty i flagi pośród tłumu protestujących – symbol nowej, lepszej przyszłości Albanii.

Fot. Isa Myzyraj

Nowa Albania?

„Tak kończy się wreszcie albańska transformacja”. „To zmiana pokoleniowa” – oznajmiają komentatorzy. „Rodzi się nowa Albania” – głoszą transparenty. Kreatywna, nie dająca się manipulować, odpowiadająca sarkazmem na kolejne teorie spiskowe Ediego Ramy.

Albańczycy chcą innej wizji przyszłości niż ta, którą do niedawna oferował im Rama, obiecując, że już niedługo wszyscy będą żyć dostatnio z turystyki. Tymczasem napływ zagranicznych zwiedzających przyniósł zwykłym obywatelom głównie wzrost cen produktów, czynszów i korki. Płace w turystyce są tak niskie, że rząd masowo ściąga do pracy w usługach ludzi z Azji, głównie z Filipin, Indii i Bangladeszu. „Nasz kraj nie należy do nas, należy do Ediego Ramy i turystów”, słyszałam od Albańczyków jeszcze dwa tygodnie temu. „Ludzie powinni stawiać opór, ale wolą wyjechać z kraju i zacząć życie gdzie indziej, niż walczyć o swoją przyszłość w zabetonowanym systemie”.

Wraz z protestami wróciła nadzieja, a z nadzieją – pytania „co dalej?” Nic nie wskazuje na to, by premier miał oddać władzę, a kolejne wybory dopiero w 2029 roku. Przypadek Serbii pokazuje, że nie wystarczą setki tysięcy ludzi protestujących miesiącami na ulicach, by obalić autorytarnego przywódcę.

Albańczycy mają trzy lata, by protesty uzyskały swoją reprezentację polityczną, lub by zmiana nastrojów społecznych wzmocniły małe, niezależne partie: Levizja Bashke, Partia Mundesia i Shqiperia Behet, które w 2025 wprowadziły do parlamentu w sumie czterech reprezentantów.

Jest jeszcze scenariusz alternatywny: agencja do walki z korupcją SPAK wreszcie prześwietli Ediego Ramę, tak jak wcześniej wzięła się za drugą osobę w państwie, Belindę Balluku, której postawiła zarzuty korupcyjne. Mimo że Balluku straciła stanowiska rządowe i jest objęta śledztwem, partia stanęła za nią murem i głosami większości nie dopuściła do jej aresztowania. Edi Rama cieszy się wielką sympatią europejskich przywódców, i choć Unia Europejska zaprotestowała w sprawie Zvernec, nie ma interesu w tym, by doprowadzić do upadku Ramy, uznając go za mniejsze, ale przynajmniej współpracujące zło.

Czytaj także Katastrofa, która poruszyła Serbię Marta Szpala

Wszystko wskazuje więc na to, że Albańczycy, podobnie jak Serbowie, będą musieli sobie poradzić sami ze swoimi autokratami. Na szczęście przykład Węgier pokazuje, że nawet najmocniejszy polityczny beton kiedyś zaczyna się kruszyć, zwłaszcza gdy jest to beton luksusowych inwestycji powstających na wspólnej ziemi. Albańczycy pokazują, że ich kraj nie jest na sprzedaż – i że nie jest własnością Ediego Ramy.

**

Małgorzata Rejmer – pisarka, absolwentka studiów kulturoznawczych w ramach MISH UW. W 2009 wydała powieść Toksymia, za którą otrzymała nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. W 2013 roku opublikowała zbiór reportaży Bukareszt. Kurz i krew, za który otrzymała Nagrodę „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej, Nagrodę Literacką dla Autorki Gryfia oraz Gwarancję Kultury TVP Kultura. Była także nominowana do Nagrody Literackiej Nike, Paszportu „Polityki” i Nagrody im. Beaty Pawlak. Za swoją trzecią książkę Błoto słodsze niż miód otrzymała Paszport „Polityki”, Nagrodę Fundacji im. Kościelskich oraz Bursztynowego Motyla. 

Isa Myzyraj – dziennikarz, fotograf, przewodniczący związku dziennikarzy albańskich.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x