Być może pamiętacie ten obraz omawiany czasami na lekcjach historii sztuki: brodaty, zmęczony, wódz nie ma siły podnieść miecza ani zasłonić się tarczą. Młody, silny mężczyzna, podbiega do niego: mięśnie ma naprężone, wysoko w ręce trzyma włócznię, która zaraz uderzy w brzuch przeciwnika. Pomiędzy nimi zaś blondwłosa kobieta, wchodzi w trajektorię uderzenia włóczni, rozkłada ręce i zasłania brodacza własnym ciałem. Starszy mężczyzna to w interpretacji malarza jej ojciec, Tytus Tacjusz, który przybył ją uratować. Młody, Romulus, jest jej porywaczem i – od niedawna – mężem. W tle widzimy stłoczone ciała walczących i zabijających się bez litości mężczyzn oraz kobiety, które próbują ich rozdzielać, używając ciał swoich i swoich dzieci.
Obraz Jacquesa-Louisa Davida Porwanie Sabinek, przedstawiający jeden z pomniejszych epizodów mitycznej historii założycielskiej Rzymu, powstał na 150 lat zanim w prawie międzynarodowym pojawiło się pojęcie żywej (lub „ludzkiej”) tarczy.
Koncepcja żywych tarcz jednak równie stara co sama wojna i zwykle (a przynajmniej do czasów nowożytnych) nikt nie wchodził w tę rolę dobrowolnie, jak mityczne Sabinki. Mongołowie wykorzystywali jeńców jako tarcze podczas swoich podbojów. W XI wieku Krzyżowcy mieli wystawiać przed swoimi armiami „muzułmańskich jeńców nagich i w łańcuchach, aby przyjmowali na siebie siłę wrogich pocisków”, a w bitwie pod Głogowem, według Galla Anonima, Niemcy mieli przywiązywać polskich zakładników do maszyn oblężniczych.
Praktycznie przez całą starożytność i średniowiecze zakładnicy byli wykorzystywani jako żywe tarcze w różnych bitwach i konfliktach. W kolejnych wiekach stosowały ją obie strony amerykańskiej wojny secesyjnej, widzieliśmy je w także epoce kolonializmu i podczas obu wojen światowych.
Praktyka ta trwała w najlepsze aż do drugiej połowy XX wieku, kiedy po drugiej wojnie światowej, w konwencjach Genewskich z 1949 roku, nazwano te praktyki wprost i ich zakazano. Mimo to nadal widzimy je w użyciu – robią to bezpośrednio m.in. Rosja i Izrael, a także – w bardziej dyskusyjnych formach – Ukraińcy i Palestyńczycy.
Przymusowe, dobrowolne… i bliskościowe
Sama idea jest prosta: jedna ze stron konfliktu stara się o to, by w miejscu zagrożonym atakiem wroga znalazły się osoby cywilne, niebiorące udziału w walce lub jeńcy wojenni. Wróg z drugiej strony musi mieć interes lub powód, by powstrzymać się przed atakowaniem ludzi pełniących funkcję żywych tarcz albo traktować je przynajmniej jako element podwyższający koszt ataku. Może to być rozpoznanie etyczne, przywiązanie do osób pełniących rolę tarczy, kwestia wizerunkowa czy zamiar przestrzegania prawa międzynarodowego.
W prawie międzynarodowym, aby dany przypadek został uznany za użycie żywych tarcz, a przez to za zbrodnię wojenną, cywile muszą osłaniać cele wojskowe. Osłanianie celów cywilnych jest dozwolone i nie stanowi używania żywych tarcz w świetle prawa międzynarodowego, ponieważ cele cywilne w ogóle nie powinny być atakowane. Zarazem jest to często spotykana praktyka aktywistyczna czy forma oporu obywatelskiego, także w czasie pokoju: w USA zdarzało się, że biali obywatele osłaniali swoimi ciałami czarnych przed linczem. Na podobnej zasadzie opierała się idea pasywnego oporu Gandhiego, którego metody często obejmowały wystawianie nieuzbrojonych cywilów na ryzyko przemocy podczas marszów, protestów czy aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec brytyjskich władz kolonialnych.
Zdarzało się też, że cywile świadomie stawali między walczącymi stronami w celu wygaszenia konfliktów. Między pierwszą a drugą wojną światową pacyfistka i znana wówczas działaczka ruchu pokojowego Agnes Maude Royden opracowała konkretną strategię antywojenną opartą na wysyłaniu dobrowolnych „żywych tarcz” do stref konfliktu, gdzie miałyby one utrudniać działania stron.
Funkcje żywej tarczy mogą pełnić pojedyncze osoby, grupy, a nawet budynki i instytucje: osiedla mieszkalne, szkoły, szpitale i inna typowo cywilna infrastruktura.
W analizach prawa konfliktów zbrojnych „żywe tarcze” często dzieli się na dwie podstawowe kategorie. Najbardziej klasyczną formą są tzw. tarcze przymusowe, czyli sytuacje, w których jedna strona konfliktu celowo zmusza cywilów do przebywania przy celach wojskowych, aby utrudnić przeciwnikowi atak. Przykładem mogą tu być siły IDF używające przymuszonych palestyńskich zakładników do osłaniania żołnierzy w ruinach – to nadal stosowana praktyka, mimo że izraelski sąd zakazał jej już w 2005 roku. Gazy Robi to również Rosja: w 2022 roku rosyjscy żołnierze przetrzymywali ponad 300 ukraińskich cywilów jako „żywe tarcze” w piwnicy szkoły w miejscowości Jahidne, gdzie znajdował się rosyjski punkt dowodzenia, chcąc zniechęcić Ukraińców do ataku; w rezultacie zginęły dziesiątki cywilów.
Taką formą było też ukrycie izraelskich zakładników przez Hamas w po 7 października 2023 roku w Gazie: rozproszeni po całej Strefie zakładnicy nie tylko byli narzędziem politycznego nacisku, ale także mieli w jakimś stopniu osłabić izraelski odwet. Wbrew oczekiwaniom bojowników nie powstrzymało to jednak Izraela przed zrównaniem Gazy z ziemią. W operacji zginęło 85 z ponad 200 porwanych zakładników: część została zabita przez Hamas, część w wyniku izraelskich bombardowań, a część została zabita przez izraelską piechotę podczas operacji lądowej.
Drugą kategorią są tarcze dobrowolne, gdy cywile sami decydują się przebywać w pobliżu potencjalnych celów. Wyobraźmy sobie na przykład palestyńską rodzinę, która oferuje schronienie uciekającemu przez izraelskim dronem bojownikowi Hamasu, kościół, którego proboszcz pozwala zanocować partyzantom, czy przywołane na początku tekstu Sabinki. W tym przypadku zdaniem niektórych akademików sporne jest, czy można mówić o „użyciu” ich jako tarcz, skoro działają z własnej woli, jednak nadal są to osoby cywilne niebiorące udziału w konflikcie.
Trzecia kategoria została wyróżniona dość niedawno, przede wszystkim przez Neve Gordona i Nicole Perugini w książce Human Shields: A History of People in the Line of Fire to sytuacje, w których działania militarne prowadzone są w gęsto zaludnionych obszarach, gdy sama bliskość celu militarnego i ludności cywilnej pozwala uznać tę ostatnią za żywą tarczę.
To w praktyce sprawia, że obecność cywilów może pełnić funkcję osłony, nawet jeśli nie zostali oni bezpośrednio do tego zmuszeni. Takie osoby czy instytucje mogą nawet nie wiedzieć, że są traktowane jako ludzka tarcza. Niech przykładem będzie tu kilkudziesięciu mieszkańców bloku niemających pojęcia o tym, że za sąsiada mają bojownika organizacji uznanej za terrorystyczną. Może to być także szpital, w którego pomieszczeniach ktoś ukrył broń, albo – co jest dosyć powszechne w krajach, do których od dawna nie zawitała wojna – rozmieszczenie siedzib służb państwowych i kwater wojska wśród zabudowy mieszkalnej i infrastruktury cywilnej.
Te rozróżnienia są istotne, ponieważ wpływają na ocenę odpowiedzialności stron konfliktu oraz interpretację działań z punktu widzenia prawa humanitarnego. Chciałbym jednak, abyśmy nie skupiali się jedynie na prawie – szczególnie że dzisiaj prawo międzynarodowe nie ma zbyt wielu obrońców. Sięgnijmy raczej do źródeł, które stały za ustanowieniem tego prawa. Pojęcie żywej tarczy ma przecież przede wszystkim wagę etyczną: zarówno przymuszenie kogoś do osłaniania wrogiego wojska własnym ciałem, jak i zabicie takiej osoby jest czynem straszliwym, niezależnie od tego, co długie lata po zdarzeniu orzeknie ten czy inny trybunał. Takim samym czynem jest wymordowanie rodziny nieświadomej tego, że kilkadziesiąt metrów od jej sypialni działa jakaś ważna struktura wojskowa.
Tarcze, które nimi nie są
Media często nadużywają tego pojęcia, chcąc ściągnąć społeczną odrazę na ten czy inny podmiot. Miewamy też do czynienia z błędnym – w świetle prawa międzynarodowego – użyciem tego terminu: co do zasady uznaje się, że jeśli w okresie poprzedzającym bombardowanie cywil celowo przebywa w danym obiekcie, próbując zniechęcić siły wroga do jego zaatakowania, to nie pełni on funkcji ludzkiej tarczy, ponieważ obiekt cywilny sam w sobie jest celem zakazanym, a dodatkowe cywilne ofiary tylko „podwyższają” stawkę nielegalnego ataku. Jedyną zbrodnię w takim wypadku popełnia atakujący. Jednak media, szczególnie stojące za agresorem, nazywają takie osoby ludzkimi tarczami, wybielając agresora i potęgując niechęć opinii publicznej do strony atakowanej, która w tej interpretacji postępowałaby w sposób rażąco nieetyczny.
Widzieliśmy przykład takiego zachowania w kwietniu 2026 roku, kiedy tysiące Irańczyków otoczyło ludzkim łańcuchem elektrownie i mosty, których zniszczeniem groził Donald Trump. Polskie i amerykańskie media pisały wtedy o ludzkich tarczach, niejako sugerując, że wina w wypadku ataku leży po stronie irańskiego reżimu, a nie Amerykanów atakujących infrastrukturę cywilną. Oczywiście można sobie wyobrazić sytuacje, które wymykają się prostym podziałom: w teokracji takiej jak Iran czy w innym państwie, gdzie religia czy propaganda mają znaczny wpływ na obywateli, można pytać, na ile dobrowolny jest udział w takich inicjatywach.
Nawet takie „niedoskonałe” z prawnego punktu widzenia ludzkie tarcze mogą jednak przynosić wymierne efekty.
Tuż przed inwazją Irak w 2003 roku grupa około 200 międzynarodowych aktywistów dobrowolnie udała się do Iraku, aby zaprotestować przeciwko nadchodzącej wojnie, planując rozmieszczenie się w kluczowych obiektach infrastruktury.
Ochotnicy ci, nazywani przez media „ludzkimi tarczami”, zamierzali powstrzymać naloty lotnictwa koalicji, otwarcie i jawnie lokując się w miejscach, które mogły być celem bombardowań. Co do zasady były to obiekty cywilne – elektrownie, składy paliwa, budynki publiczne – co tak naprawdę nie czyniło tych osób ludzkimi tarczami w ścisłym rozumieniu prawa międzynarodowego. Kierowali się prostą – i dosyć przykrą – logiką: o ile życie Irakijczyków nieszczególnie obchodzi Zachód, o tyle ryzyko zabicia obywateli USA czy krajów Europy Zachodniej może sprawić, że amerykańskie lotnictwo zdecyduje się oszczędzić ten czy inny konkretny budynek. O tym, że w danym punkcie przebywa zagraniczny obywatel Irakijczycy i sami wolontariusze głośno informowali.
Ostatecznie wielu z nich opuściło kraj, gdy inwazja stała się nieuchronna, podczas gdy inni znaleźli się w wirze późniejszych działań wojskowych, faktycznie próbując osłaniać wybrane przez siebie budynki. Amerykańskie wojsko oznajmiło, że cudzoziemcy, którzy udali się do Bagdadu, aby ochotniczo służyć jako „żywe tarcze” w kluczowych irackich obiektach, mogą być uznani za uczestników działań wojennych, a nie za cywilów, i atakowani z pełną świadomością. Amerykańskie media i polityczne jastrzębie nazywały ochotników pionkami Saddama czy tarczami reżimu. Jeden z ochotników odpierał te zarzuty w wywiadzie dla prasy: „nikt z nas nie popierał Saddama. Byliśmy tam, aby zapobiec powtórce zniszczeń i cierpienia, które nastąpiły po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej”.
Taktyka okazała się skuteczna. Żadna z 80 „żywych tarcz”, które pozostały w Bagdadzie przez cały okres wojny, nie została zabita ani ranna. Żaden z obiektów, w których ochotnicy przebywali, nie został zniszczony, chociaż atakowano inne budynki tego samego typu – na przykład elektrownie – gdzie zachodnich wolontariuszy nie było. Jednak obie strony traktowały wolontariuszy przedmiotowo: w kilku przypadkach iracki reżim nakazał „żywym tarczom” pilnować obiektów nadal cywilnych, jednak o wyższym znaczeniu dla wydolności reżimu, takich takie jak rafinerie czy elektrownie, zamiast wybranych przez nich szkół czy szpitali, grożąc oponującym przymusowym wyjazdem. Po wojnie „żywe tarcze” ze Stanów Zjednoczonych były karane grzywną lub aresztem pod pozorem naruszenia amerykańskiego zakazu podróży sprzed wybuchu wojny.
W Polsce też mamy żywe tarcze
W książce Zbigniewa Parafianowicza Polska na wojnie, opisującej reakcje polskiego rządu i otoczenia prezydenta Andrzeja Dudy na wybuch wojny w Ukrainie, znajdziemy zaskakującą wypowiedź osoby podpisanej jedynie jako „Minister Y”:
„Na początku Amerykanie sami się szwendali po lotniskach na wschodzie Polski i sprawdzali, które się nadaje. W końcu ktoś przytomny pomyślał, że może byłoby lepiej, gdyśmy oddelegowali tam też któregoś z naszych wojskowych. Amerykanie chcieli, aby baza była eksterytorialna i niepołączona z lotniskiem cywilnym. My chcieliśmy – to zabrzmi brutalnie – aby była obok tej bazy tarcza ludzka. Czyli lotnisko cywilne. I by nie była to baza eksterytorialna, w której nie obowiązuje polskie prawo. Nie chcieliśmy powtórki z tajnych więzień CIA na Mazurach”.
Wypowiedź ta jest po wieloma względami bardzo ważna i wskazuje na kilka spraw. Po pierwsze, część polskich polityków jest w stanie planować użycie polskich obywateli jako żywych tarcz. W tym wypadku użycie lotniska cywilnego jako tarczy (wbrew Amerykanom) miałoby zwiększyć kontrolę polskiego dowództwa nad tym, co się dzieje na lotnisku wojskowym oraz podnieść koszty ewentualnego ataku Rosji. Żywa tarcza przy amerykańskiej bazie zmniejszałaby ryzyko ataku, o ile Rosja liczyłaby się z dużą liczbą ofiar cywilnych po stronie polskiej i z międzynarodową reakcją.
Po drugie, lotnisko w Jasionce jest doskonałym przykładem trzeciego rodzaju ludzkiej tarczy: nie przymusowej i nie dobrowolnej, ale wynikającej po prostu z fizycznej bliskości. To pozwala unaocznić sobie, że „ludzkie tarcze” nie są jakimś nieludzkim pomysłem z odległych krajów, z którymi nie mamy nic wspólnego; możemy o nich mówić bez odwoływania się do przykładów Iranu czy Izraela. Tysiące Polaków było żywymi tarczami w Jasionce – i dla porządku, nadal jest w innych miejscach Polski – nawet tego nie zauważając.
Problem etyczny: ludzkie tarcze strzeleckie
Pojęcie „ludzkich tarcz” zaczęło być stosowane przez niektórych aktorów międzynarodowych w perwersyjny, wypaczony sposób. Wspomniani już Neve Gordon i Nicola Perugini zauważają, że część państw używa go jako z narracyjno-legalnego wytrycha.
Robi to przede wszystkim Izrael, który w Gazie i Libanie testuje rozmaite, równie zbrodnicze co nieoczywiste, taktyki wojennej – od celowego niszczenia środowiska, przez bombardowania „double tap” (atakowanie dwa razy tego samego miejsca, przez co bomby spadają na ratowników, którzy niosą pomoc ofiarom bombardowania sprzed chwili), stosowanie głodu czy mordowanie medyków i dziennikarzy, aż po celowe wykorzystywanie przebrania personelu chronionego przez jednostki wojskowe. Nie inaczej jest z zarówno używaniem ludzkich tarcz, jak i ich mordowaniem: Izrael po prostu opiera swoją taktykę wojenną na bardzo specyficznej, postmodernistycznej reinterpretacji zasad prowadzenia wojny – co, choć brzmi to jak ponury żart, prowadzi do odkrywania nowych typów zbrodni wojennych.
Od dekad piszą o tym lewicowi akademicy izraelscy i żydowscy tacy jak Neve Gordon Eyal Weizman czy Norman Finkelstein. Już w 2009 roku wspominał o tym raport Amnesty International z operacji Cast Lead, a Finkelstein poświęcił temu zagadnieniu cały rozdział w swojej książce Gaza – o jedną masakrę za dużo. Temat ten nie jest w żadnym wypadku nowy – chociaż polskie i zachodnie media nadal piszą, mimo braku dowodów, o stosowaniu przymusowych ludzkich tarcz przez Hamas.
Neve Gordon zwraca uwagę, że w Izraelu oraz w mediach mu przychylnych używa się pojęcia „żywych tarcz” w sposób rozszerzony i nieprecyzyjny, co jego zdaniem zaciera jego znaczenie w prawie międzynarodowym. W jego ujęciu „żywa tarcza” powinna oznaczać sytuację, w której jedna strona konfliktu celowo umieszcza cywilów przy obiektach wojskowych, aby powstrzymać atak przeciwnika. Tymczasem izraelski dyskurs często określa tym mianem sam fakt obecności cywilów w pobliżu działań zbrojnych lub infrastruktury wojskowej, nawet jeśli nie ma dowodów, że zostali oni tam umieszczeni w sposób przymusowy lub celowy. Co więcej, często ma to prowadzić do sytuacji, gdzie pojedynczy operator Hamasu staje się pretekstem do ataku na infrastrukturę cywilną.
Gordon argumentuje, że takie rozszerzanie definicji prowadzi do sytuacji, w której obszary gęsto zaludnione – jak całą Strefa Gazy – mogą być postrzegane przez pryzmat „ludzkich tarcz”, co w praktyce wpływa na sposób interpretowania odpowiedzialności za ofiary cywilne. Może to mieć konsekwencje polityczne i prawne, ponieważ przenosi punkt ciężkości z ochrony ludności cywilnej na uzasadnianie działań militarnych przez przypisywanie winy przeciwnikowi.
Warto zwrócić uwagę na pewną nieoczywistą dynamikę: kiedy wojsko jednej ze stron po prostu zabija cywila, wina za tę śmieć leży zazwyczaj jednoznacznie po stronie atakujących. W przypadku żywych tarcz jest inaczej: można się spierać, że odpowiedzialność za skrzywdzenie cywilów rozkłada się na dwie strony: tę, która zmusza cywilów do osłaniania obiektów wojskowych (lub im na to pozwala), oraz tę, która cywilów zabija, próbując zniszczyć cel wojskowy. Dlatego stronie atakującej „opłaca się” rozszerzać definicję żywych tarcz, zmniejszając wizerunkowy i moralny ciężar swoich działań. Stosowanie tarcz „bliskościowych” w efekcie pozwala po prostu zabijać cywilów, w sposób, który w innej sytuacji byłby jednoznacznie zbrodniczy, a winę przypisywać drugiej stronie.
Ostatecznie jednak ktoś, kto pełni funkcję żywej tarczy – niezależnie od tego, czy robi to dobrowolnie, pod przymusem czy nieświadomie – nie przestaje być cywilem i jako taki powinien być chroniony. Oświadczenie, że strona atakowana używa żywych tarcz, nie usprawiedliwia zbrodni i nie zmywa odpowiedzialności za rozmyślne zabijanie cywilów. Jeśli będziemy akceptować ich śmierć jako zwyczajne na wojnie straty uboczne, sami dajemy przyzwolenie na używanie cywilów jako tarcz – ale strzeleckich.


!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.