Unia Europejska

Szymielewicz: Paryż żyje, Francja idzie na wojnę

Nadzór nad społeczeństwem „poprawiono” we Francji tak bardzo, że trudno będzie teraz to przebić.

„Przyjaciele z całego świata, dziękujemy Wam za #prayforparis, ale my nie potrzebujemy więcej religii! Wierzymy w muzykę! Pocałunki! życie! Szampana i zabawę! #Parisisaboutlife” – mniej więcej w tych słowach na kartce papieru Joann Sfar, rysownik z magazynu „Charlie Hebdo”, odpowiedział na solidarnościowe uniesienie wobec paryżanek i paryżan, które w piątkowy wieczór zalało Internet.

Każdy wstrząs w naszym bezpiecznym świecie wywołuje gwałtowne zapotrzebowanie na nowe recepty – jak żyć w czasach zarazy? Co jeszcze można oddać w zamian za obietnicę okiełznania terroryzmu, a czego bronić za wszelką cenę? Głos „Charlie Hebdo” niezmiennie opowiada się po stronie życia, przypominając, że tę wojnę najłatwiej przegrać poddając własne wartości. Następnego ranka również prezydent Hollande, jakby przekładając komentarz Sfara na język oficjalnej polityki, przypomniał na czym jest zbudowana tożsamość Francji: „Ten atak, przeprowadzony przez terrorystyczną armię, Państwo Islamskie, jest wymierzony w to, kim jesteśmy – w wolny kraj, który przemawia do całego świata”. Jednocześnie nie pozostawił wątpliwości, że na ten wrogi akt Francja stanowczo i równie bezwzględnie odpowie. A więc wojna…

W medialnym i politycznym dyskursie piątkowa tragedia otworzyła nowy rozdział globalnej wojny z terroryzmem – tym razem wróg jest bardzo jasno określony, ma oficjalne struktury, a nawet terytorium, które można zaatakować.

Do tej sytuacji rzeczywiście pasuje klasyczna wojenna retoryka. Głowy państw potępiają już nie abstrakcyjny terroryzm, ale Państwo Islamskie i zapowiadają klasyczne retorsje. Czy to oznacza trwałą zmianę paradygmatu ze stanu wyjątkowego, który obejmuje nas wszystkich i oznacza zawieszenie naszych praw, w logikę wojny prowadzonej tradycyjnymi metodami, na terytorium wroga? Niekoniecznie. Między tymi paradygmatami nie ma przecież sprzeczności – wojna, nawet toczona na rubieżach imperium, nadal stanowi dobre uzasadnienie dla zwiększenia kontroli wewnątrz. W tym duchu chwilę po prezydencie Francji, wypowiadał się też Nicolas Sarkozy: „Nasza polityka zagraniczna musi odzwierciedlać fakt, że jesteśmy w stanie wojny. Nasza wewnętrzna polityka bezpieczeństwa również”. Sarkozy zapowiedział, że jego partia poprze „drastyczne wzmocnienie środków bezpieczeństwa, aby lepiej chronić życie naszych rodaków”.

Sarkozy jeszcze nie doprecyzował, na czym owo drastyczne wzmocnienie środków bezpieczeństwa miałoby polegać. Tym razem, w przeciwieństwie do reakcji na zamach w redakcji „Charlie Hebdo”, rządzący w pierwszych oficjalnych wystąpieniach nie rzucają gotowych rozwiązań. Trudno stwierdzić, czy to symptom pozytywnej zmiany – przejścia od automatyzmu do politycznej refleksji – czy tylko wyczerpania. Na fali tego pierwszego wstrząsu Francja w ekspresowym tempie przyjęła kilka aktów prawnych, które, gdy je poskładać w całość, daleko poszerzają uprawnienia policji i służb, zarówno w kraju, jak i poza granicami. Nadzór nad społeczeństwem „poprawiono” we Francji tak bardzo, że trudno będzie teraz to przebić.

Nowe prawo, przyjęte w czerwcu tego roku, dało francuskim służbom w zasadzie nieograniczone możliwości zarówno monitorowania rozmów telefonicznych i maili osób podejrzewanych o terroryzm, jak również automatycznego namierzania (za pomocą algorytmu) „podejrzanych” zachowań w sieci. Służby mogą instalować złośliwe oprogramowanie na komputerach, by uzyskać dostęp do wpisywanych haseł oraz przejąć kontrolę nad kamerą czy mikrofonem. Zyskały też możliwość zakładania podsłuchów w domach i samochodach podejrzanych – już bez nakazu sądowego. Na firmy telekomunikacyjne i dostawców internetu nałożono obowiązek instalowania specjalnych urządzeń, które zbierają dane o wszystkich użytkownikach sieci. Kolejny akt prawny, przyjęty w październiku, zalegalizował masową i prewencyjną inwigilację komunikacji elektronicznej poza granicami kraju. Może być zarządzona bez kontroli sądu, tylko w oparciu o decyzję premiera. Przyjęto również niezgodne z europejskimi standardami długie okresy przechowywania (tzw. retencji) zgromadzonych danych – rok dla treści komunikacji, sześć lat dla komunikacyjnych metadanych, osiem lat dla zaszyfrowanych wiadomości.

Wobec braku niezależnego nadzoru nad ich działaniami francuskie służby mogą wykorzystywać te uprawnienia nie tylko do tropienia terrorystów. Organizacje broniące praw człowieka w swoich protestach powoływały się na ryzyko inwigilacji politycznych oponentów, związków zawodowych i aktywistów. Mimo to francuska Rada Konstytucyjna, do której zaskarżono przyjęte przepisy, uznała, że są zgodne z konstytucją i tym samym zamknęła prawną możliwość ich podważenia. Francja nie poprzestała na korekcie własnego prawa – na forum Unii Europejskiej rozpoczęła dyplomatyczną kampanię nakierowaną na uszczelnienia granic i poddanie wszystkich podróżujących dodatkowym formom kontroli. To właśnie francuski rząd zaproponował poszerzenie bazy odcisków palców, która ma powstać w ramach projektu „inteligentne granice” (smart borders), na wszystkich obywateli Unii Europejskiej. Taki ruch oznaczałby de facto koniec swobodnego przepływu ludzi na terenie UE.

Trudno przewidzieć, jakie konkretnie pomysły pojawią się na politycznej agendzie w reakcji na ostatnie zamachy w Paryżu. Lista gotowych rozwiązań, które jeszcze nie zostały wprowadzone lub przynajmniej przetestowane w procesie legislacyjnym, jest coraz krótsza. I nie jest to wcale dobra wiadomość dla europejskich demokracji.

Sądząc po temperaturze medialnego dyskursu, potrzeba wprowadzenia „nowych, drastycznych środków bezpieczeństwa” zostanie skierowana przeciwko uchodźcom – niewinnym ludziom uciekającym przed tym samym reżimem, któremu wojnę wypowiedział prezydent Hollande.

Jeśli Francja i cała Europa zaangażują swoją polityczną energię i środki finansowe na tym – wewnętrznym – froncie, nie wróży to szybszego końca konfliktu w Syrii. Ani prawo podważające podstawowe prawa człowieka, ani szczelniejszy mur na granicy nie pomoże w rozładowaniu konfliktu, który karmi się ksenofobią i nienawiścią do obcych. Zmierzając w tym kierunku, ryzykujemy jego kolejny wybuch na sąsiedniej ulicy.

 

**Dziennik Opinii nr 320/2015 (1104)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Szymielewicz
Katarzyna Szymielewicz
Prezeska fundacji Panoptykon
Współzałożycielka i prezeska fundacji Panoptykon. Pracowniczka naukowa Instytutu Studiów Zaawansowanych. Prowadzi seminarium Od „elektronicznego oka” do „płynnego nadzoru” – rozmowy o społeczeństwie nadzorowanym.
Zamknij