UE

Szymielewicz: Lobbing jaki jest, nie każdy widzi

Lobbing ma to do siebie, że z definicji nie jest ani zły, ani dobry. A że niektórzy mają większy budżet?

Mark Zuckerberg w ramach „spontanicznych, jednodniowych wakacji” spotkał się z polskim ministrem odpowiedzialnym za prace nad reformą europejskich przepisów o ochronie danych osobowych. To niewątpliwy znak, że Michał Boni ciężko pracuje i ma efekty. Nie do każdego ministra z 27 krajów zaangażowanych w ten proces szef globalnej korporacji, która istnieje dzięki komercjalizacji naszych danych, fatyguje się osobiście. 

W tym samym tygodniu Sean Kelly, irlandzki eurodeputowany odpowiedzialny za przygotowanie opinii na temat projektu rozporządzenia o ochronie danych osobowych w Komisji Przemysłu i Badań Naukowych, został nagrodzony przez IAB Europe (związek pracodawców branży internetowej) za „przywództwo i doskonałość” w kształtowaniu polityki publicznej. To zasłużone wyrazy uznania: opinia, jaką Sean Kelly przygotował dla Parlamentu Europejskiego, przez organizacje obywatelskie i konsumenckie została bezapelacyjnie uznana za najgorszą, bo podważającą fundamentalne założenia ochrony danych osobowych. Kto wie, może Mark Zuckerberg też przygotowuje się do ufundowania nagrody za skuteczny lobbing na rzecz jego korporacji. 

Lobbing ma to do siebie, że z definicji nie jest ani zły, ani dobry. To jedna z wielu, zgodna z prawem metoda wpływania na decydentów politycznych. Po korytarzach w Warszawie i Brukseli plączą się wszyscy gracze: biznesowi, pozarządowi i rządowi (bo rządy w Brukseli też muszą swoje wychodzić). Nie brakuje wśród nich nawet instytucji takich jak inspektorzy ochrony danych osobowych czy rzecznicy praw konsumenta. A że niektórzy mają większy budżet, więcej struktur reprezentujących ich interesy i większe przełożenie na ostateczne decyzje? No cóż, taki system polityczny stworzyliśmy i takie relacje władzy akceptujemy. Gdyby było inaczej, konsumenci i obywatele masowo organizowaliby się we własne grupy nacisku. Prawda? 

Lobbing w wydaniu korporacyjnym to nie tylko duże budżety, ale i niebanalna rozgrywka taktyczna. Te same firmy pojawiają się w różnych izbach i związkach, wzmacniając w ten sposób swoją pozycję przetargową. Kiedy stawka jest tak wysoka, jak w przypadku reformy ochrony danych osobowych, jawne struktury przestają wystarczać – do gry wkraczają think-tanki o dobrze maskujących nazwach i nieoczywistych źródłach finansowania, jak choćby European Privacy Association. Według niedawnych doniesień PCWorld, również ta organizacja reprezentuje największe firmy internetowe. 

To, że dowiedzieliśmy się o prywatnym i spontanicznym spotkaniu Marka Zuckerberga z Michałem Bonim, nieźle świadczy o transparentności polskiego procesu legislacyjnego. Gorzej, że sam minister może mieć problem z połapaniem się, ile razy wcześniej i pod jakim szyldem już rozmawiał z tym samym interesariuszem. W Brukseli co prawda istnieje obowiązkowy rejestr lobbystów, obejmujący także organizacje pozarządowe i think-tanki, ale nawet analiza składu ich organów nie pomaga w rozwikłaniu rzeczywistej sieci finansowych powiązań. W Polsce jest jeszcze gorzej, bo negatywne odium lobbysty i związane z tym statusem ograniczenia prawne w ogóle nie zachęcają do rejestrowania się. W efekcie mamy długi korowód izb, związków, stowarzyszeń i niezależnych ekspertów, którzy nie muszą publicznie deklarować interesów, za którymi lobbują.

Z definicji lobbing nie jest ani zły, ani dobry także dlatego, że o jego przełożeniu na politykę publiczną ostatecznie decyduje nie lobbysta, ale lobbowany. Ten sam, od którego oczekujemy, że wsłucha się w głos wszystkich grup interesów (umiejętnie rozróżniając kto akurat mówi), zważy to, co usłyszał, uwzględni swoje wyborcze obietnice i podejmie racjonalną, odpowiedzialną decyzję. Gdyby polityczne rozstrzygnięcia za każdym razem przechodziły przez taki filtr, nawet poprawki przekopiowane słowo w słowo z dokumentów podsuwanych przez lobbystów można by uznać za wzorcowe. Bo przecież nie chodzi ani o źródło, ani o metodę, ale o stojącą za tą decyzją rację. 

W tym sensie rację mają eurodeputowani krytykujący aktywistów z grupy Europe vs. Facebook, którzy wytknęli im „bezmyślne kopiowanie” rozwiązań podsuwanych przez korporacje. Aktywiści przecież nie sprawdzili, czy faktycznie było to bezmyślne, czy też stała za nim głęboka polityczna racja. To fakt. Faktem jest też, że żaden z nich nie miał szansy pojechać do Brukseli, żeby w partnerskiej rozmowie z eurodeputowanym zgłębić ten temat. 

Prosta porównywarka poprawek nie jest w stanie prześledzić meandrów, jakie zatacza polityczna racja. I to jest problem fundamentalny dla każdego, kto patrzy na tę rozgrywkę z zewnątrz: widzi tylko poszlaki, grę pozorów, ale nie ma dostępu do rzeczywistej gry interesów. Ani do tego, kto mówi, ani do tego, co mówi, a już na pewno do tego, w jakim stopniu przekłada się to wszystko na wiążące decyzje polityczne. I my to nazywamy demokracją.

 

Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Katarzyna Szymielewicz

| Prezeska fundacji Panoptykon
Współzałożycielka i prezeska fundacji Panoptykon. Pracowniczka naukowa Instytutu Studiów Zaawansowanych. Prowadzi seminarium Od „elektronicznego oka” do „płynnego nadzoru” – rozmowy o społeczeństwie nadzorowanym.