Unia Europejska

Pytlik: Europa umarła, niech żyje Europa!

Choć na pewno mamy do czynienia z pewnym końcem: różnych znanych opowieści o niej.

Ciężko recenzuje się książki będące zbiorem niezależnych od siebie tekstów – specyfika takich pozycji jest bowiem zawsze podobna: są w nich teksty słabsze, są teksty niezłe i i są teksty wybitne. Ocena i końcowe wrażenie zależy z kolei tyle od proporcji, ile od spójności tematycznej, jaką redaktor był w stanie nadać tomowi.

Pierwszym, co rzuca się w oczy w Końcu Europy…, jest, zastanawiająca skądinąd, zwłaszcza w publikacjach lewicowych, tendencja do traktowania jako synonimów Europy i Unii Europejskiej. Książka pod redakcją Przemysława Wielgosza bowiem, mimo „końca Europy” w tytule, nie traktuje tak naprawdę o Europie jako takiej, a jedynie o Unii Europejskiej. Co więcej – nawet o UE pisze się tam w mocno ograniczonym zakresie, o czym wspomnę jeszcze poniżej w nieco innym kontekście. Zabieg ten, zwłaszcza w publicystyce, nie jest oczywiście nowy, choć w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy, kiedy to trwały dyskusje o tym, na ile europejska jest na przykład Ukraina, budzi wątpliwości. Czy bowiem Bałkany, Islandia czy Szwajcaria nie są częścią Europy? Wydaje się, że zwłaszcza lewica powinna być na tym punkcie znacznie bardziej czujna.

Zostawiam jednak te rozważania na marginesie, przechodząc do sedna. Teza o końcu UE przewija się w mediach od co najmniej kilku lat. Nawet prof. Jan Zielonka, przed kilku laty znany z głośnej pozycji Europa jako imperium (znaczące, że wydanej tuż przed wybuchem wciąż trwającego kryzysu ekonomicznego), zrewidował swoje stanowisko. Wtedy proponował drogę, jaką powinna podążać UE, aby stać się pełnoprawną globalną potęgą. Minęło kilka lat i Zielonka pisze, że koniec UE jest już oczywisty, pytanie tylko, w jaki sposób nastąpi. Podobną postawę spotykamy coraz częściej, po różnych stronach ideologicznych zasieków.

Także w Końcu Europy, jaką znamy czytamy, że UE jako twór stabilny, demokratyczny, a dla wielu także jako projekt lewicowy – stoi na krawędzi. A być może dawno już ją przekroczyliśmy. Zebrane w tomie teksty, wcześniej pojawiające się na łamach „Le Monde diplomatique”, redaktor tomu dzieli na cztery zasadnicze części, „dotyczące kolejno natury projektu europejskiego, przyczyn i przebiegu kryzysu, strategii antykryzysowych wdrażanych przez UE oraz alternatyw dla nich wypracowywanych w łonie ruchów społecznych i w środowiskach krytycznych intelektualistów na całym kontynencie”.

Żaden z tych punktów nie sygnalizuje jednoznacznie „końca Europy” – a zapowiedź rozdziału poświęconego „wypracowywanym alternatywom” niesie, zdaje się, przesłanie dokładnie odwrotne. A jednak tytuł jest tutaj jak najbardziej na miejscu – choć ja rozumiem go chyba w nieco inny sposób, niż autorzy przewidywali.

O ile bowiem nie ma i nie było (także na lewicy) jednej wizji tego, jak UE powinna wyglądać „docelowo”, o tyle nie ma też mowy o tym, że do tej pory istniała jedna tylko wizja tego, czym UE jest.

Aby się o tym przekonać, wystarczy w ramach prostego eksperymentu zapytać przedstawicieli różnych środowisk, czy Unia jest tworem prawicowym, lewicowym czy neoliberalnym. Skrajnie różne odpowiedzi, jakie usłyszymy, pokazują skrajnie różne wizje tego, z czym mamy do czynienia. I tak należy, moim zdaniem, traktować tytułowy „koniec Europy”: nie jako koniec pewnej całości, ale jako dziesiątki małych „końców”. Każda część tej książki sygnalizuje koniec czegoś innego, poczynając od pierwszej, która kruszy mit UE jako projektu lewicowego – od początku Unia miała bowiem silny rys liberalny, dla wielu z jej założycieli kluczowy. Od wielu lat to, co nazywane jest „Europą socjalną”, nie jest przez UE wspierane, raczej musi się przez zakusami instytucji europejskich bronić. Istnieje więc nie z powodu „socjalistycznej Brukseli”, jak usłyszymy na prawej stronie sceny politycznej, ale przeciwnie – pomimo „neoliberalnej Brukseli”.

Mamy tutaj także opisany wyraźny koniec narracji o „odpowiedzialnych Niemczech i biednym Południu, które same jest sobie winne”. Mamy koniec opowieści o tym, że kryzys można zasypać tradycyjnymi środkami. Mamy koniec przekonania o równości wszystkich w UE. Między wierszami można nawet wyczytać koniec mitu wszechobecnego prawodawstwa UE (skoro jawnie łamane są w wielu przypadkach zapisy traktatowe). Do tego kilkadziesiąt innych, mniejszych „końców”.

„Koniec Europy” jest więc końcem metaforycznym – końcem pewnych narracji, wizji czy wtłaczanych nam od lat przez media i polityków przekazów o tym, jaka jest Europa. Kryzys, który wydobył na światło dzienne procesy i zjawiska wcześniej albo głęboko ukryte, albo zupełnie ignorowane, powinien otworzyć nam wszystkim oczy.

Nawet ostatnia część książki, która prezentować ma w zamierzeniu alternatywne rozwiązania, mogące ocalić UE, też w istocie opowiada o pewnym końcu: mitu TINY (There Is No Alternative). Alternatywy bowiem nie tylko istnieją – istnieć muszą i muszą zostać natychmiast zastosowane. Jest to też jednocześnie symboliczny koniec pewnej drogi, jaką od kilkudziesięciu lat Unia podążała – samochód z neoliberalną wersją projektu europejskiego wjeżdżą tutaj w ślepą uliczkę. Brnięcie dalej skutkować będzie tylko coraz większymi zniszczeniami – w konsekwencji zaś nie tylko do destrukcji całego mechanizmu, ale i gniewu wszystkich, którzy chcieli jednak gdzieś dotrzeć.

Sam opis kryzysu zresztą jest tu cenny z innego względu – świetnie obrazuje to, o czym pisała lata temu Naomi Klein: neoliberalizm rozprzestrzenia się najefektywniej wtedy, gdy stosuje „doktrynę szoku”, czyli wykorzystuje momenty szoku społecznego (kryzysy, klęski żywiołowe), żeby przeforsować rozwiązania, które w normalnej sytuacji budziłyby ogromny opór. Działania UE po 2008, często sprzeczne z prawem zawartym w traktatach europejskich, obrazują dokładnie ten mechanizm.

Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że książka ta sama jest dzieckiem innego schematu. Przeglądając bowiem poszczególne rozdziały, można pomyśleć o tym, jak dumny z takiego postawienia sprawy byłby Bill Clinton i jego zespół doradców, którzy ukuli sformułowanie „gospodarka, głupcze”. Pomimo bowiem szumnych zapowiedzi, że Europa jest pewnym całościowym tworem, lwia część książki poświęcona jest ekonomii. W dodatku w dość specyficznym wydaniu makro – pomijając kilka tekstów, tematyka obraca się w czworokącie: EBC – Niemcy – Francja – Komisja Europejska (wraz z innymi instytucjami zarządczymi UE, z wyłączeniem jednak Parlamentu Europejskiego, co tylko podkreśla, jak rozłożone zostały akcenty), z dodatkiem różnej maści teorii ekonomicznych oraz tekstów poświęconych dynamice i zarządzaniu kryzysem ekonomicznym.

Nie mam zamiaru podważać wagi ekonomii i tego, że często sytuacja ekonomiczna kształtuje wszelkie inne możliwości działania. Dobrze byłoby jednak poświęcić nieco więcej miejsca faktycznie alternatywnym rozwiązaniom – ale nie tym, które postulują lewicowe elity intelektualne, a bardziej tym, które każdego dnia dzieją się oddolnie w Grecji czy Hiszpanii. Świetnie zrobili to autorzy książki They Can’t Represent Us, którzy pokazali, że nawet jeśli duże ruchy społeczne zakończyły okupację placów miast europejskich, to to, co niosły ze sobą, na trwale zmieniło sposób działania ludzi w nie zaangażowanych. Być może warto byłoby też sięgnąć nieco poza tzw. głównych graczy: próżno szukać w książce jakichkolwiek uwag poświęconych któremukolwiek z mniejszych państw członkowskich, choćby Cyprowi (którego rola jako raju podatkowego będącego częścią UE była przecież znacząca) czy krajom Europy Środkowej (łącznie z Polską), a nawet Wielkiej Brytanii czy Skandynawii, które wspominane są tylko na marginesie, o ile w ogóle. Także takie kwestie jak niedemokratyczność instytucji UE, ich oderwanie od głosu ludu, rosnące w siłę nacjonalizmy czy słabość polityczna UE – są w książce bardzo słabo, co zwyczajnie nie wystarcza.

Być może dlatego tak wielkie ożywienie na koniec dają dwa świetne teksty polityczne, być może najważniejsze w całej książce: W stronę lewicowej Europy? oraz Lewica, jakiej nie chcemy. Pojawia się tam kilka wartościowych, choć być może utopijnych pomysłów, na przykład „nieposłuszeństwa europejskiego” na wzór nieposłuszeństwa obywatelskiego – sytuacji, w której kraj niezgadzający się na neoliberalną linię instytucji UE odmawia implementacji prawa europejskiego u siebie; czy też projekt budowy równoległego europejskiego tworu, który zazębiając się częściowo z UE, stanowiłby przeciwwagę dla ideologii sączącej się z Brukseli. Taką sytuację mamy w Ameryce Łacińskiej, gdzie obok wspólnego rynku (Mercosur) mamy też Boliwariański Sojusz Narodów Naszej Ameryki (ALBA).

Na koniec więc apel: mniej ekonomii, więcej szerszego spojrzenia. Czy wręcz: „Wystarczy tej ekonomii. Europa, głupcze!”.

Koniec Europy, jaką znamy, Przemysław Wielgosz (red.), Warszawa 2013

Artykuł powstał w ramach projektu Europa Środkowo-Wschodnia. Transformacje-integracja-rewolucja, współfinansowanego przez Fundację im. Róży Luksemburg

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Zamknij

20kp-logo-white-500px