UE

Lewica (o włos) wygrywa z PiS-em w Europie

Ostatecznie odchodzi w przeszłość podział Europy na socjaldemokratyczną klasę robotniczą i konserwatywne mieszczaństwo, które wybiera chadecję. Umacnia się za to nowy: na wielkomiejskie, progresywne i silnie sfeminizowane mieszczaństwo (głosujące na Zielonych czy nowe ruchy progresywne) i nacjonalizujący prekariat z mniejszych ośrodków, do których docierają prawicowi populiści.

 

Zgodnie z oczekiwaniami w nowym europarlamencie zagości dużo więcej prawicowych populistów niż w poprzedniej kadencji. Naprawdę świetnie poszło im jednak tylko w Polsce i na Węgrzech, gdzie PiS i Fidesz otrzymały kolejno 45,56% oraz 52,3% głosów. Nawet we Francji i we Włoszech zwycięskie Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen oraz Liga Matteo Salviniego (a także Ruch Pięciu Gwiazd) uzyskały poparcie mniejsze, niż przepowiadały sondaże.

Gorzej, niż się spodziewano, poszło też prawicowym populistom w Hiszpanii, Estonii, Danii oraz Holandii – Duńska Partia Ludowa straciła trzy mandaty i została w parlamencie z jednym, a Partia Wolności Geerta Wildersa straciła wszystkie cztery. O sukcesie nie mogą też mówić populiści z krajów niemieckojęzycznych. Choć AfD zdobyła więcej mandatów niż w wyborach z 2014 roku (kiedy była jeszcze dziwaczną zbieraniną gospodarczych libertarian i przeciwników euro), 11% to bardzo marny wynik, zważywszy na to, że w czasie zamieszek w Chemnitz szybowali w okolicę dwudziestki. W Austrii z kolei współrządzącej FPÖ zaszkodził skandal finansowy – w eurowyborach wylądowała na trzecim miejscu z wynikiem 17,2%, choć to i tak stosunkowo niski wymiar kary, biorąc pod uwagę treść opublikowanych przez prasę taśm z przewodniczącym Strache.

Zamieszki w Chemnitz jako dwie opowieści o współczesnych Niemczech

Można przypuszczać, że ogólny wynik populistów ograniczyła największa od dwudziestu lat frekwencja, która wyniosła 50,5% – niemal o dziesięć punktów procentowych więcej niż w 2014 roku. Wtedy do eurowyborów wyjątkowo mobilizował się zazwyczaj radykalny, eurosceptyczny elektorat.

Eurowybory potwierdziły też rozkład powojennych duopolów partyjnych. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne i konserwatywne w wielu krajach poniosły porażki. Łączny wynik Europejskiej Partii Ludowej (EPP) to blisko 25%, a Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D) to 20% – w ich przypadku najmniej w historii. Widać to wyraźnie w Niemczech, gdzie SPD i CDU/CSU straciły nawet połowę swoich wyborców, a także we Francji, gdzie Partia Socjalistyczna i neogaullistowscy Republikanie uzyskali wyniki jednocyfrowe.

Krajobraz po klęsce, czyli zamiast robić, zacznijcie gadać

O sukcesie mogą za to mówić Zieloni (Greens-EFA) oraz wszelakiej maści twory liberalno-progresywne, które w większości zasilą Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE). W Niemczech ze swoim 20,5% Zieloni rozbili bank, wskakując na drugie miejsce, podobnie było w Irlandii i Finlandii. We Francji, Luksemburgu i Danii zajęli trzecie miejsca, a w Austrii, Szwecji i Belgii (łącząc rezultaty partii flamandzkiej i walońskiej) uzyskali wyniki dwucyfrowe.

„Zielona fala”, jak nazywają ten świetny rezultat europejskie media, to zasługa głównie młodych wyborców: np. w Niemczech wśród osób głosujących po raz pierwszy to właśnie ta partia zwyciężyła, i to z trzykrotną przewagą nad drugą w kolejności CDU. Ale sukces Zielonych wyraźnie ogranicza się do bogatej Europy Północno-Zachodniej.

Piraci z Wyszehradu – ostatnia nadzieja antyestablishmentu

Nie można tego powiedzieć z kolei o liberałach, którym nieźle poszło też w naszym regionie: w Czechach progresywna Partia Piratów zadebiutowała w eurowyborach z mocnym trzecim miejscem (a zwyciężyło ANO, które jest częścią ALDE, aczkolwiek nie stroni od elementów prawicowego populizmu), na Słowacji zaś nieoczekiwanie zwyciężył komitet Progresywna Słowacja/Razem, z którym związana jest nowa prezydentka Zuzanna Čaputova. Kiepsko za to u nas poszło Wiośnie.

O porażce nie może też do końca – zważywszy na zawirowania, jakich w ostatnich miesiącach doświadczyła Francja – myśleć Macron, który depcze Le Pen po piętach.

W niektórych krajach wybory wygrały z kolei tradycyjne partie socjaldemokratyczne – tak wydarzyło się na Malcie, w Portugalii, Holandii (gdzie wystąpił tzw. efekt Timmermansa – popularnego lidera Partii Pracy) oraz Hiszpanii (gdzie socjaliści zyskali świetne 32,8%).

Z niepełnych jeszcze rezultatów wynika, że frakcje w Parlamencie Europejskim zrzeszające populistyczną prawicę (ECR oraz dawne ENF i EFDD) liczyć będą 174 mandaty, tymczasem Zieloni i liberałowie z ALDE będą mieli ich 177. Jeśli doliczyć do tego liczącą 40 mandatów Zjednoczoną Lewicę Europejską (zrzeszającą partie radykalniejsze od socjaldemokratów, których zostawmy na boku) i około 20 progresywnych mandatów spośród 33 niezrzeszonych – tytuł mojego komentarza – Lewica wygrywa z PiS-em w Europie – okazuje się być bardziej serio niż żartem. I to nawet jeśli doliczyć prawicowym populistom 13 mandatów Fideszu, który ciągle jest jeszcze członkiem centroprawicowej EPP oraz mniej niż 10 prawicowców niezrzeszonych.

Ostatecznie odchodzi więc w przeszłość podział Europy na socjaldemokratyczną klasę robotniczą i konserwatywne mieszczaństwo, które wybiera chadecję. Umacnia się za to nowy: na wielkomiejskie, progresywne i silnie sfeminizowane mieszczaństwo (głosujące na Zielonych czy nowe ruchy progresywne) i nacjonalizujący prekariat z mniejszych ośrodków, do których docierają prawicowi populiści. To oczywiście uproszczenie, które pomija lokalne niuanse – w skali Europy jest jednak uprawnione.

Widać też wyraźnie, że motorem reakcji na prawicowy populizm stał się strach przed katastrofą klimatyczną. To temat, który zdominował w ubiegłym roku debaty publiczne wielu krajów UE. Ekologia to jednak nie wszystko: w wielu krajach zielone ugrupowania i ruchy formułują dla swoich wyborców – na przekór prawicowym populistom – opowieść o Europie otwartej, sprawiedliwej społecznie i tolerancyjnej. To samo robią progresywni liberałowie. Jedni i drudzy prezentują zupełnie inne podejście niż tradycyjne partie, które w obliczu sukcesów populistów często kończą w defensywie i są „za, a nawet przeciw”.

O sukcesie mogą mówić Zieloni (Greens-EFA) oraz wszelakiej maści twory liberalno-progresywne, które w większości zasilą Porozumienie Liberałów i Demokratów na Rzecz Europy (ALDE).

Ogromna na tle poprzednich lat frekwencja wskazuje też, że Unia Europejska nie jest już dla jej mieszkańców odległą biurokracją, która od czasu do czasu wyprostuje jakiegoś banana czy przerobi ślimaka na rybę – ma swoich gorących zwolenników i przeciwników (czy też zwolenników w wydaniu Europy narodów). Nawet jeśli eurowybory w wielu krajach – jak w Polsce – traktowane są jako sprawdzian przed kolejnymi wyborami krajowymi, coraz mniej ludzi podchodzi do nich obojętnie. A z tego – jak mówił wczoraj podczas wieczoru wyborczego Krytyki Politycznej Andrzej Leder – powinniśmy się cieszyć.

Leder mówił też o tym, że nowy podział – czy nazwiemy go podziałem na globalistów i lokalistów, czy na społeczeństwo otwarte i zamknięte – przebiega w poprzek narodowych granic. Przedstawicielki wielkomiejskiej klasy średniej Bukaresztu i Oslo mają więcej wspólnego ze sobą niż ze swoimi skrajnie prawicowymi kolegami z prowincji. Których reprezentanci polityczni, dodajmy, nie chcą już zazwyczaj wyprowadzać swoich krajów z Unii, lecz reformować ją od środka. W tym celu Matteo Salvini powoła w nowym europarlamencie Europejski Sojusz na rzecz Ludzi i Narodów, do którego oprócz Ligi wejdzie na pewno niemiecka AfD, Partia Finów i Duńska Partia Ludowa, a być może również francuskie Zjednoczenie Narodowe oraz Fidesz.

„Bycie w opozycji jest do dupy” [Eurowybory na żywo]

Możliwości współpracy nacjonalistów są jednak mocno ograniczone, bo i narodowe interesy krajów, w których są silni, nierzadko bywają ze sobą sprzeczne. Polacy nie dogadają się z Francuzami i Włochami w sprawie Rosji, a z Niemcami – w sprawie USA. Włosi będą cisnąć przeciwko polityce oszczędnościowej, czego nie zniosą Niemcy czy Austriacy. I za relokacją migrantów z Włoch, czego nie zniesie nikt. Francuzów i Włochów dzielą z kolei tradycyjne animozje i stereotypy. I tak dalej.

Parlament Europejski czeka burzliwa kadencja. Ale wszystko wskazuje na to, że w najgorszym razie będziemy mieli dokąd uciekać. Do wyboru, do koloru.

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.