Felieton

PiS się cieszy, ale dzień dziecka się skończył

Wiadomosci-TVP-Timmermans

„Zablokowanie Timmermansa” to ma być sukces dyplomatyczny PiS-u i wyszehradzkiej czwórki? Niemka von der Leyen na czele KE to element nowej układanki, w której kraje na wschód od Odry nie dostały nikogo na wartościowym stanowisku. Pisze Michał Sutowski.

„To żadna Niemka, to konserwatystka” – w ten sposób miał zareagować cytowany przez RMF FM „ważny europoseł PiS” na wybór Ursuli von der Leyen na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Polskie media publiczne odtrąbiły zwycięstwo PiS w Brukseli, uradowane faktem, że na stanowisko to nie wybrano Fransa Timmermansa.

Najśmieszniejsze jest jednak, że jeśli patrzeć po linii światopoglądowej, to lewicy wypadałoby się… choć trochę cieszyć razem z PiS. Oczywiście nie z tych samych powodów. Von der Leyen jest wprawdzie chadeczką, ale jednak niemiecką (to robi różnicę w lewo), do tego europejską federalistką. Ostro krytykowała m.in. Viktora Orbána za łamanie na Węgrzech praworządności.

Jej konserwatyzm ma raczej pogodno-rodzinne, a nie zamordystyczne oblicze – ma siódemkę dzieci, ale jako polityczka na stanowisku ministry ds. rodziny, seniorów, kobiet i młodzieży zwiększała liczbę miejsc w żłobkach i promowała równouprawnienie płci, w tym większe zaangażowanie ojców w wychowanie dzieci.

Wspólna opieka rodziców nad dzieckiem to ideał, na który zasługuje każda rodzina

No i poparła „małżeństwo dla wszystkich”, czyli niemiecką ustawę zrównującą prawa związków jednopłciowych.

Oczywiście to nie jest radykalnie postępowa polityczka. Von der Leyen jest bardzo „produktywistyczna” w rozumieniu sprawiedliwości społecznej, wiele z jej reform sprzyjało zamożniejszym, przykręcała też śrubę prawnokarną. Mimo wszystko jednak nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej jest niezwykle daleka od tego, co nad Wisłą rozumie się przez konserwatyzm.

Czego polska lewica może się nauczyć od Holendrów?

Kto wygrał, kto przegrał, kto porządzi, a kto z PiS?

Może i niezbyt dobrze szło nowej przewodniczącej Komisji Europejskiej szefowanie niemieckiemu MON, ale to akurat stajnia Augiasza, której Bismarck z Fryderykiem Wielkim by nie podołali. Polska ma prawdopodobnie więcej sprawnych czołgów niemieckich niż Niemcy, u-booty rdzewieją, a do tego wielu oficerów bawi się po kryjomu w rekonstrukcje historyczne dawnych epok. Ale i w kwestii armii von der Leyen ma stanowisko jakoś zbieżne z postępowymi euroentuzjastami, tzn. opowiada się w długiej perspektywie za budową armii europejskiej.

Armia europejska, czyli konkretnie co?

czytaj także

Europejska armia ma sens

Jeśli sprawdzą się zapowiedzi dotyczące nowego składu KE, to najlepszą wiadomością nie jest nominowanie von der Leyen, lecz zapowiedź wzmocnienia pozycji Margrethe Vestager – duńskiej komisarz ds. konkurencji, znanej ze ścigania wielkich koncernów za praktyki monopolistyczne. Zostanie ona zapewne wiceprzewodniczącą Komisji.

Podobnie jak znienawidzony przez PiS Timmermans. Ów „lewak”, Holender, socjalista i do tego Człowiek Roku „Gazety Wyborczej” odpadł z gry na szefa KE, a na jej czele zamiast niego stanie – chce tego Kaczyński czy nie – kobieta z kraju, któremu najbardziej spośród mocarstw europejskich zależy na cywilizowanych relacjach z Polską. Tyle że Timmermans jako wiceprzewodniczący KE zapewne dalej będzie obsługiwać swojego konika, czyli praworządność. A to już nie najlepsza wiadomość dla PiS.

Utarczki z Timmermansem to jednak problem PiS – problem Polski tkwi gdzie indziej. Przede wszystkim w tym, że von der Leyen na czele KE to element nowej układanki, w której dla wschodnioeuropejskiej dziesiątki „skończył się dzień dziecka”. Kraje na wschód od Odry nie dostały nic, a raczej nikogo na wartościowym stanowisku.

Szefem Rady Europejskiej będzie Belg Charles Michel, który wielu nasuwa skojarzenie z Hermanem Van Rompuyem – negocjator, nie wizjoner, acz na tej pozycji to może być zaleta. Szefem dyplomacji europejskiej będzie Josep Borrell, kilkanaście lat temu przewodniczący PE, hiszpański socjalista o wyraziście postępowych poglądach w sprawach LGBT, ale przeciwnik katalońskiej niepodległości. Antyklerykał, dodajmy.

David Sassoli, włoski socjalista na czele Parlamentu Europejskiego, dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy środkowoeuropejskiej prawicy w tym rozdaniu.

Prawdziwym killerem negocjacyjnym, który rozumie, gdzie jest władza, a gdzie żyrandol, okazał się jednak Emmanuel Macron. Bo Christine Lagarde jako szefowa Europejskiego Banku Centralnego to jego wielki sukces i być może wstęp do zmian w strefie euro wprowadzanych, jak zawsze ostatnio, przez omijanie traktatów (i niemieckich z ducha reguł).

A Francja chce wspólnego budżetu strefy euro, dopuszcza dalsze luzowanie polityki pieniężnej i nie przeszkadza jej uwspólnotowienie długów publicznych państw członkowskich – to dokładnie na odwrót niż ordoliberalni Niemcy. Czy nominacja Lagarde wyjdzie Europie na zdrowie, pokaże przyszłość, bo jak słusznie zauważył wczoraj dr Marcin Kędzierski z Klubu Jagiellońskiego, może to być urzędniczka silnie uzależniona od europejskiej finansjery.

Jakie wnioski możemy wyciągnąć po zakończonym wczoraj szczycie Rady Europejskiej? Krótka analiza eksperta Centrum Analiz…

Opublikowany przez Klub Jagielloński Środa, 3 lipca 2019

Sprawą niejasną jest też rzekoma porażka Merkel – choć fotel dyrektorski dla Francuzki we frankfurckim banku na pewno jest nie po myśli Niemców, to jednak von der Leyen przez całe lata była protegowaną kanclerz Merkel. Jeśli jeszcze Annegret Kramp-Karrenbauer przejmie urząd kanclerski w Niemczech (co jest wszak coraz mniej pewne), to po odchodzącej i chorowitej ostatnio Cesarzowej Europy zostanie całkiem sporo spadkobierczyń.

Sierakowski: Niemcy wciąż nie wiedzą, czego chcą

Może największy problem z nowymi liderami instytucji unijnych leży jednak w trybie ich wyboru. Negocjacje wokół unijnej top czwórki (osobny temat to przewodniczący Parlamentu Europejskiego) były jakby wyjęte ze złośliwej satyry o spiskujących eurokratach. Kilkadziesiąt godzin rozmów, gra na fizyczne wyczerpanie, kandydaci z kapelusza, porzucenie idei Spitzenkandidaten (czyli zasady, że wysokie stanowiska unijne otrzymują kandydaci partii, które wygrały eurowybory), wreszcie wielopiętrowy układ parytetów – narodowego, frakcyjnego i płciowego – czynią nominacje tak nieprzejrzystymi, jak to tylko możliwe. A na koniec wszystko to będzie musiał przyklepać Parlament Europejski – i zapewne to zrobi, tradycyjną już i bardzo irytującą wyborców większością partii głównego nurtu, blokujących radykalne czy reformatorskie skrzydła.

Nie było to „święto europejskiej demokracji”. Dożyliśmy czasów, kiedy wszyscy oddychają z ulgą, że z dokonanego wyboru nikt spośród liderów państw nie jest jakoś radykalnie niezadowolony. Tylko że to trochę słaby wspólny mianownik dla wciąż jeszcze zjednoczonej Europy.

UE straciła magiczną moc

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.