Unia Europejska

Mówią, że nie damy rady przyjąć więcej migrantów. Ale kto to sprawdził? [rozmowa]

O kryzysie uchodźczym w Grecji opowiada dr Angeliki Dimitriadi.

Jakub Dymek: Czym jest Grecja dla migrantów, którzy tam docierają? Bo rajem nie jest na pewno. 

Dr Angeliki Dimitriadi: To zależy od narodowości. Dla Pakistańczyków (których mieszka u nas sporo) czy Albańczyków do czasu kryzysu finansowego byliśmy miejscem docelowym. Z kolei dla Syryjczyków, Erytrejczyków, Somalijczyków i Irakijczyków Grecja to etap przejściowy. Jesteśmy krajem członkowskim Unii Europejskiej i jedną z jej zewnętrznych granic, do tego w miarę łatwo się do nas dostać ze względu na sąsiedztwo z Turcją. Ci uchodźcy nie zamierzają pozostać w Grecji po pierwsze dlatego, że zdają sobie sprawę z trwającego tu kryzysu gospodarczego, ale tym według mnie przejmują się najmniej, a po drugie z powodu długoletnich problemów z udzielaniem azylu politycznego.

Wiadomo, że migranci, ich rodziny i przyjaciele, a także przemytnicy, tworzą sieci informacyjne, by zdobyć jakąś wiedzę na temat celu, u którego chcą przekroczyć granicę lub uzyskać azyl polityczny. Często te informacje są oczywiście niekompletne, trzeba je samemu uzupełniać. Właśnie tą drogą Grecja zyskała sobie wśród większości potencjalnych migrantów bardzo złą reputację.

Nie bez powodu.

Tak, tym powodem są lata 2008–2013. W tym czasie procedury przyznawania azylu politycznego były bardzo nieskuteczne. Poszła fama, że w Grecji dostaje się różową kartę, czyli status ubiegającego się o azyl, a potem 10 lat trzeba czekać na decyzję, która zresztą będzie negatywna, bo nikomu się azylu nie przyznaje. Chociaż dziś sytuacja się poprawiła, migranci nie mają już do nas zaufania. Znają stary system, który oczywiście im się nie podoba, a wobec nowego są podejrzliwi – wolą wybrać tranzyt, zamiast osiadać tutaj.

Jak działał ten stary system, który wytworzył problemy?

Rządy w centroprawicy i centrolewicy latach 2008–2013, a Nowej Demokracji premiera Samarasa w szczególności, nie życzyły sobie imigracji. Chowały głowy w piasek i miały nadzieje, że sprawa sama się rozwiąże. Migranta lub migrantkę aresztowano, przeważnie zaraz przy granicy, następnie wręczano im z automatu nakaz deportacji. Dokument informował, że dana osoba ma 30 dni na samodzielne opuszczenie Grecji. Oczywiście założenie, że wydawszy kilka tysięcy euro na podróż do Grecji, taka osoba samodzielnie zaraz ją opuści, było absurdalne. Zatrzymywano przyjezdnych w ośrodkach detencyjnych, gdzie panowały skandaliczne warunki. Długość zatrzymania była losowa: czasem jeden dzień, czasem trzy tygodnie. Zależało to od straży granicznej, policji, przepełnienia ośrodka…

Na przykład Palestyńczyków wypuszczano szybciej. Zapisywano tylko ich narodowość i wiek, a następnie wypuszczano, ponieważ niemożliwe było zwrócenie ich jakiemukolwiek krajowi. Tacy przyjezdni gubili się więc gdzieś w Grecji – albo próbowali się zatrudnić na czarno, albo starali się przedostać do Włoch przez Adriatyk z portów w Patras albo Igumenitsy. System rejestrował około jednej trzeciej osób przekraczających granicę. Nawet po zatrzymaniu teoretycznie można było się starać o azyl polityczny. Wysoki popyt na status azylanta był spowodowany przekonaniem, że zapobiega on deportacji. W czasie rozpatrywania wniosku o azyl faktycznie nakaz deportacji ulegał zawieszeniu, tylko że większość wniosków odrzucano już na pierwszym etapie.

Na jakiej podstawie?

Dowolnie wybranej. Według policji obywatela każdej nacji, może z wyjątkiem Palestyńczyków i Somalijczyków, można było deportować – a kto nadawał się do deportacji, nie otrzymywał azylu. Inne powody odrzucenia wniosku to na przykład niemożność wezwania danej osoby na wywiad w sprawie wniosku w wyznaczonym czasie, co skutkuje automatycznym odrzuceniem podania. Istniał jednak proces odwoławczy. Na odpowiedź czekano pięć, siedem, dziesięć lat. Utworzyła się lista zaległych wniosków. Po uruchomieniu w 2013 roku urzędu ds. azylu politycznego lista ta liczyła sobie 40 tys. niezbadanych spraw.

Cały czas mówimy o maksymalnie jednej trzeciej całkowitej liczby migrantów.

Tak. Wiele osób składało wniosek o azyl tylko po to, by dostać różową kartę, odnawialną co sześć miesięcy. Czekało się na decyzję, a potem znikało: do Włoch albo gdzie indziej… Wiele osób kierowało się do Europy Zachodniej, reszty nie dało się odszukać wewnątrz kraju. Byli i tacy, którzy posługiwali się prawem azylu, by zalegalizować swój pobyt w Grecji. Z różową kartą można było pracować.

Nie zapominajmy o tych, którzy faktycznie ubiegali się o azyl…

Oczywiście, poza wymienionymi przypadkami były również takie osoby, ale co ciekawe, im bardziej systemu przyznawania azylu nadużywały osoby, które go nie potrzebowały, tym bardziej odsuwali się od niego ci naprawdę potrzebujący.

Jak to działało?

Do roku 2010, kiedy to wprowadzono nowe reguły przyznawania azylu, o azyl w Grecji ubiegały się głównie (choć nie wyłącznie) osoby, które chciały pozostać w Grecji i uniknąć deportacji. Na przykład Pakistańczycy, którzy chcieli zostać w Grecji, ubiegali sie o azyl i w czasie trwania całej procedury (a mogła ona trwać latami!) mogli dzięki różowej karcie pracować. Karta chroniła ich przed deportacją i dlatego ubiegali się o azyl. Z Afgańczykami było już jednak trochę inaczej. Początkowo wielu z nich ubiegało sie o azyl, ale różowa karta im nie wystarczyła, oczekiwali szerzej zakrojonej pomocy – w znalezieniu mieszkania, jakiejś zapomogi, zanim uda im się znaleźć pracę itd. W przeciwieństwie do grup takich jak Pakistańczycy, gdzie część migrantów było prawdziwymi uchodźcami a część emigrantami ekonomicznymi, Afgańczycy postrzegali się przede wszystkim jako uchodźcy. Oczekiwali zatem pomocy i ochrony na poziomie, który gwarantują inne kraje członkowskie UE. Praca, dach nad głową, pomoc finansowa były dla nich elementami całościowego modelu opieki. Grecja, zwłaszcza po kryzysie, nie była w stanie im tego zaoferować. Grecki azyl zabezpieczał tylko przed deportacją, o resztę uchodźca musiał postarać się sam. Dodatkowo ubiegających się o azyl odstraszał rosnący czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosku. To popychało ich do szukania opieki w innych krajach UE.

W tym przypadku oczywiście zawiniła biurokracja. Ale kto był za to odpowiedzialny? Czy ustalanie procedur zależało głównie od Grecji, czy to UE narzuciła system, który na dłuższą metę spowodował te nieprawidłowości?

Winę ponoszą obie strony. Trzeba myśleć o migracji do Grecji w kontekście historycznym. Nigdy w przeszłości nie było u nas tylu imigrantów, nie mówiąc już o osobach starających się o azyl. Nagły napływ migrantów od 2004 roku, pochodzących głównie z Afganistanu, jak również z Bliskiego Wschodu, jest jak na greckie standardy bezprecedensowy. Liczby z tamtych czasów wydają się względnie niewielkie, ale i tak nie wiedzieliśmy, co robić z tymi ludźmi. Z jednej strony brakowało nam systemu, bo nie spodziewaliśmy się, że będziemy go potrzebować. Z drugiej strony mieliśmy przecież prawo, podpisaliśmy też konwencję o uchodźcach z 1951 roku. Tymczasem Bruksela kształtowała system europejski poprzez wprowadzenie mechanizmu dublińskiego, nakazującego zatrzymywać starających się o azyl cudzoziemców w kraju, gdzie przekroczyli oni granicę Unii.

A jako że Grecja jest krajem granicznym…

Dokładnie. Ciśnienie tylko rosło. Do zaognienia sytuacji przyczyniły się zatem obie strony.

Ogólny powód emigracji i starania się o azyl przez Irakijczyków i Afgańczyków wydaje się dość oczywisty: oba kraje były ogarnięte wojną. Czy się mylę?

Z Afgańczykami kwestia jest bardziej skomplikowana. Otóż znaczną populację afgańską miały od dekad Iran i Pakistan. Wielu Afgańczyków i Afganek rodziło się zagranicą, nie rejestrując się w kraju ojczystym. Uważali się za Afgańczyków, ale formalnie byli bezpaństwowcami. Iran i Pakistan ich nie uznawały. Z uwagi na polityczne zmiany w obu krajach po 11 września 2001, negatywny stosunek do przebywających tam Afgańczyków zaostrzył się. Szczególnie w Iranie: populacja była ogromna, prawie 2 mln osób; nowe pokolenie brało śluby, rodziło dzieci, a nie wracało do ojczyzny – rząd stwierdził, że ta obecność stanowi problem. Wraz z pojawieniem się wojsk sojuszniczych w Afganistanie i obaleniem reżimu talibów, rządy Iranu i Pakistanu zaczęły domagać się powrotu Afgańczyków do ich rodzimego kraju. Ale dla wielu z nich Afganistan nie był domem. Więc zaczęli migrować dalej: do Europy i Australii.

Czy dawny system przyznawania azylu i inne przepisy w sprawie uchodźców były celowo wymierzone w zniechęcanie imigrantów do przyjazdu do Grecji? A może to tylko wynik chaosu panującego w systemie?

W latach 2004–2010 faktycznie panował chaos. Rok 2010 zmienił wiele kwestii ze względu na decyzję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie przeciwko Belgii i Grecji, która spowodowała zawieszenie odsyłania migrantów według regulacji Dublin II. Zostaliśmy oficjalnie potępieni przez Trybunał za pogwałcenie Europejskiej konwencji praw człowieka przez poniżające traktowanie migrantów. W tamtym czasie państwa członkowskie wreszcie zaczęły zwracać uwagę na tę sytuację. Wcześniej wiedziały, co działo się w Grecji, ale wolały udawać, że nie wiedzą. Gdy Trybunał ukarał Belgię za odesłanie Afgańczyków do Grecji, inne państwa członkowskie zorientowały się, że im również mogłoby się to przydarzyć. Problemem nie były pieniądze, tylko etyka. W 2012 roku grecki rząd musiał sporządzić prawdziwy plan działania. Zaczęliśmy restrukturyzować system azylu politycznego i migracji tak, aby odpowiadał standardom i normom UE. „Zarządzanie migracją” to było najmodniejsze wtedy hasło.

Standardowa praktyka wyglądała tak, że Grecja reagowała dopiero na przybycie jakiejś dużej fali migrantów czy uchodźców. Zazwyczaj nie byliśmy na taką falę gotowi i przepisy powstawały ad hoc, na potrzeby każdej kolejnej fali. Rząd Nowej Demokracji chciał to zmienić i wprowadzić przepisy, które będą gotowe, zanim takie fale się pojawią. Wierzono, że jeśli zatrzymanie w ośrodku będzie trwało wystarczająco długo i pójdzie fama, że migranci niespełniający kryteriów uchodźcy będą w tych ośrodkach przetrzymywani, a potem wydalani z kraju, to odstraszy wielu potencjalnych migrantów od przyjazdu do Grecji. Oczywiście, w rzeczywistości ta polityka okazała się nie bardzo skuteczna, a poza tym od początku była problematyczna ze względu na warunki panujące w ośrodkach i prawo europejskie, które uznaje zatrzymanie w ośrodku ludzi ubiegających się o azyl za środek stosowany tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tymczasem w Grecji było to stosowane jako rodzaj ostrzeżenia. Chodziło o to, żeby potencjalni migranci dwa razy pomyśleli, zanim tu przyjadą

To scenariusz amerykański znany z Teksasu czy Nevady…

Oraz z Australii czy Wielkiej Brytanii. Rząd grecki zainteresował się polityką, która według niego miała wywołać strach w przybyszach… I to działało – ale tylko przez pewien czas.

Czy to znaczy, że sianie lęku wśród imigrantów zaowocowało rzeczywistym spadkiem napływu ludności?

Do pewnego stopnia. Wiele osób osadzonych w ośrodkach detencyjnych – na przykład Pakistańczycy – zapragnęło opuścić Grecję. Postanowiliśmy zbadać, jak wygląda sytuacja Afgańczyków. Kiedy przeprowadzałam z nimi wywiady w Stambule, zaskoczyło mnie, jak dobrze zdawali sobie sprawę z polityki zatrzymywania migrantów.

Polityka Grecji zmusiła migrantów do poszukiwania alternatywnych rozwiązań, z których wiele jest bardziej niebezpiecznych niż przyjazd do Grecji.

Jakie to rozwiązania?

Zamiast o Grecji myśleli raczej o Bułgarii lub drodze morskiej wprost do Włoch. Warto w tym miejscu dodać, że ta ostatnia trasa jest bardzo niebezpieczna, większość łodzi tonie. Wielu migrantów rozważało też przekroczenie lądowej granicy w Evros, co jest trudne z powodu wybudowanego niedawno ogrodzenia.

Nawet przed wybudowaniem ogrodzenia trzeba było kawałek przepłynąć, wielu ludzi tonęło.

…a potem jeszcze trzeba szybko przemierzyć skrajnie niebezpieczną trasę zachodniobałkańską, by dostać się na północ Europy. Strategia zniechęcania działała w takim sensie, że budziła obawy i niepewność oraz zmuszała wiele osób do wyjazdu z Grecji. Jednak na dłuższą metę nie była skuteczna, ponieważ była skierowana do migrantów z krajów uznanych za bezpieczne, do ludzi, których można odesłać. Tymczasem w 2013 roku zaczęli nadciągać Syryjczycy, których już odesłać się nie dało, ponieważ w ich ojczyźnie trwała wojna.

A co z ogrodzeniem? Działało?

To zależy, co przez to rozumiemy. Udało się nie przepuścić ludzi lądem, czyli przekierowano ruch na granicę morską. Natomiast, jeśli pytasz, czy udało się zmniejszyć migrację, to oczywiście się nie udało.

Rząd SYRIZY obiecał zmienić przepisy odziedziczone po Nowej Demokracji. Jakie reformy zaproponowano?

Obiecano wypuścić z ośrodków detencyjnych osoby przetrzymywane tam ponad wyznaczony przez dyrektywę europejską limit 18 miesięcy oraz kobiety, małoletnich, osoby starsze i chore. W ośrodkach zamkniętych miały pozostać osoby z toczącymi się sprawami karnymi (np. oskarżone o kradzież itp.) oraz te, które zarejestrowały się w programie powrotów do krajów ojczystych. Przy czym te ostatnie pozostały w ośrodkach zamkniętych po prostu z braku jakichkolwiek ośrodków otwartych.

Wedle mojej wiedzy, choć rząd planował stworzenie ośrodków otwartych, to nie podjął żadnych kroków w tym kierunku. W ostatnim czasie powstał jeden taki ośrodek w Eleonas, na działce podarowanej przez władze Aten. Ośrodek powstał wskutek problemów z uchodźcami syryjskimi na Lesbos i Kos i napływem setek migrantów do centrum Aten. Mieszka w nim około 250 rodzin, wiele opuszcza ośrodek po 3–5 dniach i kontynuuje swoją podróż.

Czy zatem te obietnice zmian to była to tylko PR-owa sztuczka?

Nie sposób się tego dowiedzieć. Na pewno trudno dopatrzeć się w tym wszystkich jakiejś spójnej i przemyślanej polityki  migracyjnej. Wiem, że Grecja aplikowała o fundusze Unii Europejskiej na opanowanie nagłej sytuacji na wyspach. Ale nie opracowano jeszcze planu wydatków: wciąż myślą, jak wykorzystać pieniądze.

Cypr i Włochy zakupiły z pieniędzy unijnych łodzie i helikoptery. Strona internetowa Frontexu chwali się nimi na fotografiach prasowych. A Grecja wciąż jeszcze nie ma planu wydatków?

Nie, i szczerze mówiąc nie wydaje mi się, by SYRIZA go miała. A przecież wiedzieliśmy, że w Turcji jest około miliona Syryjczyków. Od dawna jest chyba jasne, że kryzysowa sytuacji w Syrii nie wygaśnie w najbliższym czasie.

Kto ma choć odrobinę wiedzy na temat migracji, od razu powie, że Syryjczycy w końcu opuszczą obozy w Turcji i spróbują sięgnąć po życie w Europie.

Geografia ma swoje ograniczenia: Grecja to oczywisty punkt na ich trasie. Mimo tych wszystkich oczywistych faktów byliśmy całkowicie nieprzygotowani na obecną sytuację.

Kogo masz na myśli, mówiąc „my”? Rząd SYRIZY w Grecji nie ma funkcjonującego planu, ale kto go ma? Włochy, Wielka Brytania, Turcja?

Nikt. Przepisy UE pozostają bardzo reaktywne. Spodziewaliśmy się od Komisji dokumentu cementującego przejrzystą politykę migracyją, a oni zaproponowali polowanie na łodzie przemytników w Libii – fatalna decyzja o poważnych skutkach. Chcieli wystąpić przeciwko przemytnikom i zaoferować pomoc w redystrybucji i rozmieszczeniu uchodźców, ale nikt nie chciał się do niczego zobowiązać. Obecnie UE szuka sposobów na zmniejszenie liczby migrantów. „Chcemy ratować życie”, twierdzą jej urzędnicy. Jak można twierdzić, że ratuje się czyjeś życie, skoro powstrzymujemy tych ludzi od ucieczki ze strefy działań wojennych?

Mam wrażenie, że im mniej migrantów przyjmuje UE, tym większe brzemię spada na barki krajów takich jak Liban czy Turcja, muszących zajmować się coraz większą liczbą migrantów w ośrodkach detencyjnych i obozach dla uchodźców, za to bez infrastruktury humanitarnej, z której Europa jest tak dumna. Jakie relacje panują między systemem UE a systemami krajów znajdujących się poza Unią?

Zazwyczaj Unia stosuje metodę kija i marchewki, zgodnie z Europejską Polityką Sąsiedztwa. Weźmy Maroko – kraj tranzytowy dla migrantów podróżujących do Hiszpanii. UE dostarczała tam funduszy na zarządzanie granicami, zakup łodzi, urządzeń nadzoru… Logika jest prosta: wy patrolujecie granice, wy zarządzacie migracją, a my wam za to oferujemy pieniądze, know-how i w jakiejś nieokreślonej przyszłości być może rozluźnienie przepisów wizowych dla waszych obywateli. Dla niektórych nawet szansę pracy w UE. Warto przypomnieć sobie bilateralne traktaty Hiszpanii z Senegalem, Mauretanią i Marokiem oraz Włoch z Libią za rządów Berlusconiego.

Z Turcją to jednak nie zadziałało. To przecież regionalne supermocarstwo, jedno z nielicznych pozostałych na Bliskim Wschodzie. Turcja odmówiła Unii i zażądała liberalizacji przepisów wizowych dla Turków. A Grecji nie udało się osiągnąć żadnych porozumień, bo jedynym krajem, z jakim musiałaby negocjować, jest właśnie Turcja.

Może zabrzmi to naiwnie, ale jaki byłby najbardziej humanitarny sposób poradzenia sobie z tym kryzysem? Czy istnieje jakikolwiek scenariusz inny od zwiększania programu nadzoru i przetrzymywania migrantów?

Po pierwsze, mówimy, że nie damy rady przyjąć większej liczby migrantów, ale w rzeczywistości nikt tego nie wie. Nie było żadnego badania, z którego wynikałoby, że rynek pracy jest w stanie wchłonąć X ludzi, a więcej nie.

W wielu krajach członkowskich migranci znajdują zatrudnienie na czarnym rynku. Jest więc na nich popyt. Po prostu nie chcemy tego przyznawać. Po drugie, to sprawa nie tylko UE. Moglibyśmy – może pod egidą ONZ – porozmawiać na temat rozmieszczenia uchodźców na większą skalę. Oprócz Syryjczyków znów przybywają Afgańczycy, Erytrejczycy, Irakijczycy, Somalijczycy… Grupy stają się coraz bardziej rozproszone i różnorodne.

W mojej opinii jedynie polityka zapewniająca legalne drogi migracji zmniejszyłaby przeciążenie Europy bieżącą falą uchodźców.

Dotyczy to zarówno ludzi starających się o azyl, którzy nie będą musieli ryzykować utonięcia w Morzu Śródziemnym, by otrzymać ochronę, jak i dla migrantów zarobkowych – bo mówienie, że chcą zwyczajnie mieć lepszą pracę, to przecież uproszczenie. Wielu z nich pragnie lepszego życia – zostawienia za sobą znoju i skrajnego ubóstwa. Gdyby dać tym ludziom szansę migracji nawet na krótkie okresy – tak zwanej migracji cyklicznej – narodziłaby się wzajemność. Migrant ma coś do zaoferowania państwu – ręce do pracy – a za to państwo może dostarczyć mu ubezpieczenia, pomocy medycznej, dochodu; przyzwoitego ludzkiego traktowania na czas pracy. Zmniejszyłoby to desperację ludzi, którzy ryzykują wszystko, wchodząc na pokład nieszczelnych łodzi.

To racjonalne ujęcie problemu, ale obawiam się, że nie bierze pod uwagę argumentu rasistowskiego. Znam go dobrze z Polski, która boryka się z imigracją z Czeczenii, Ukrainy, Gruzji oraz innych byłych republik radzieckich. Nie chodzi już nawet o finanse. Jeśli przyjrzeć się sumom wydawanym na Frontex, łatwo się zorientować, że te środki można by przeznaczyć na przysposabianie migrantów zamiast na najnowocześniejszą technologię nadzoru. To ideologia powstrzymuje nas przed przemyśleniem problemu migracji.

Jeśli mówimy „nie chcemy ich tutaj”, to powinniśmy zapewnić im takie warunki w ich ojczyźnie, by nie mieli powodu do migracji. Wymaga to finansowych i politycznych inwestycji. Tylko – bądźmy szczerzy – czy kiedyś się to udało? Próbowaliśmy to robić na przykład w Afganistanie, co skończyło się smutną porażką.

Najnowsza polityka USA opiera się na przesiewie prewencyjnym – wyrafinowanej metodzie zapobiegawczego nadzoru, problematycznej z humanitarnego punktu widzenia. Amerykanie twierdzą, że przyjmują więcej uchodźców z Syrii niż UE. Ale po pierwsze stosują swoje środki zapobiegawcze. A po drugie wolą Syryjczyków od Meksykanów. To ciekawa kwestia. 

Z selekcją wiąże się problem kryteriów. Przecież przyznajemy tym samym, że ktoś jest bardziej wart ochrony niż inni. W niektórych przypadkach może to prawda. Zawsze można powiedzieć, że „według nadzoru ta osoba ma powiązania z terroryzmem”. Dochodzi tu kwestia bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony, gdy rozważa się sposób działania przesiewu, warto pamiętać o teorii sześciu podań ręki, która sprawia, że każdego można uznać za potencjalne zagrożenie.

Stereotyp mówi, że wśród migrantów znajdują się osoby, które potencjalnie mogą zagrażać bezpieczeństwu państwa. Czy w Grecji robiono badania na ten temat?

Do 2005 roku większość migrantów pochodziła z Albanii, Ukrainy, Gruzji, Bułgarii i byłej Jugosławii, więc nie uważano ich za szczególnie groźnych. Potem zaczęli przyjeżdżać na przykład Afgańczycy i faktycznie była wśród nich pewna liczba osób pracujących dla talibów, ale przecież to wcale nie muszą być terroryści. Debata o migracji i bezpieczeństwie rozpoczęła się tak naprawdę dopiero wraz ze sprawą Syryjczyków, Kurdów i Państwa Islamskiego. Jest więc bardzo świeża. Martwią nas przede wszystkim trasy używane przez przemytników i migrantów w podróży z Syrii przez Turcję do Grecji, ponieważ potencjalnie mogą się nimi posłużyć także członkowie organizacji terrorystycznych. Badania w tej sprawie są niezbędne, ale też bardzo trudne. Przecież nikt nam nie opowie, jak to przemyca do Europy bojowników.

Dr Angeliki Dimitriadi – ekspertka greckiego think-tanku ELIAMEP, autorka kilkudziesięciu publikacji i badań poświęconych procesom migracji i kontroli granic

 

**Dziennik Opinii nr 265/2015 (1049)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco