UE

Czemu Brexit nie przeraża UE, a Grexit tak?

Propozycje Grecji rzuciły wyzwanie europejskiemu konsensusowi oszczędności, Brytyjczycy stosują te same stare receptury.

Zeszłego lata u szczytu kryzysu eurostrefy wydawało się, że Grecja będzie musiała zrezygnować ze wspólnej waluty, a może nawet z uczestnictwa w Unii Europejskiej, jeśli chce uciec od niefunkcjonalnego zarządzania kryzysowego Brukseli, które skazywało społeczeństwo greckie na bezterminowe oszczędności. Wtedy śpiewano nam w kółko jedną piosenkę: nie możemy dać greckiemu rządowi tego, czego chce, bo rozpoczęłaby się reakcja łańcuchowa, w ramach której inne państwa zaczęłyby odrzucać ewangelię oszczędności. Nie minął nawet rok od momentu, gdy Grexit wydawał się namacalną możliwością, a na UE zaczął rzucać swój cień kolejny „exit”: ze strony Wielkiej Brytanii. Ale tym razem nikt nie sprzeciwia się woli brytyjskiego rządu, nikt nie obawia się reakcji łańcuchowej, nikt nie boi się erozji praw pracowniczych obywateli Europy (zwłaszcza Europy Wschodniej).

Warto zadać sobie jedno ważne – choć, przyznaję, naiwne – pytanie: skąd bierze się ta różnica w traktowaniu obu zapowiedzi wyjścia z Unii?

W brytyjskiej groźbie opuszczenia UE nie chodzi o zmniejszenie ekonomicznego ciężaru oszczędności niesionego przez obywateli Europy. Przeciwnie, rządowi zależy na dopuszczeniu do tego, by państwa członkowskie UE zaczęły dzielić swych mieszkańców na obywateli pierwszej i drugiej klasy, odmawiać świadczeń socjalnych tym ostatnim, a tych pierwszych karmić na siłę obietnicami „zrównoważenia budżetu” i cięcia wydatków na usługi publiczne. Najwyraźniej nie sprawia to problemu elitom Europy.

Tylko że wcale nie tak trudno i tutaj dopatrzeć się możliwej reakcji łańcuchowej.

Forsując redukcję świadczeń socjalnych dla pracowników pochodzących z innych państw członkowskich UE, Zjednoczone Królestwo otworzyło innym drogę do podobnych działań. Kilka dni po szczycie, na którym dyskutowano tę możliwość, Werner Faymann – kanclerz Austrii i socjaldemokrata – oświadczył, że jego gabinet również dokona cięć zasiłków na dzieci pracowników pochodzących z zagranicy. Austriacki minister spraw zagranicznych oznajmił, iż „Austria potrzebuje siły roboczej, a nie łowców najkorzystniejszego programu opieki społecznej”. W przekładzie: pracujcie ciężko, wzbogacajcie kraj, ale nie oczekujcie niczego w zamian. Także kanclerz Niemiec Angela Merkel poczyniła tego typu uwagi.

To jeszcze nie koniec: według niedawnego sondażu większość obywateli Holandii życzy sobie referendum podobnego do brytyjskiego, i to tylko kwestia czasu, aż politycy sięgną po ten temat. Nie oszukujmy się: i tu ucierpią zagraniczni pracownicy. W grudniu zeszłego roku za sprawą referendum Dania już odrzuciła dalszą integrację, zaś rząd duński w ostatnich miesiącach należy do najzagorzalszych zwolenników brytyjskich żądań. To znane fakty. I lepiej sobie nie wyobrażać, co stanie się jeśli antyimigracyjna prawica jeszcze wzmocni swoją władzę w dużych państwach, takich jak Francja. (Zresztą francuscy socjaliści pewnie nie zachowaliby się lepiej.)

Jeśli dotychczas nie wyraziłem się wystarczająco jasno, powiem wprost: nikogo nie obchodzi klasa pracująca, jej prawa i warunki zatrudnienia.

Zeszłego lata grecki rząd błagał Brukselę i Berlin o porzucenie polityki skupionej wyłącznie na danych makroekonomicznych, czczącej zrównoważone budżety i uznającej oszczędności za swój święty Graal. Rząd Syrizy argumentował, że po pierwsze wady tej polityki wykazał już szereg ekonomistów, a po drugie bezzasadnie kładzie ona na barkach zwykłych ludzi brzemię kryzysu spowodowanego nie przez nich, ale przez nieodpowiedzialne banki i decydentów gospodarczych.

Jednak elity UE były nawet skłonne działać wbrew wynikowi referendum, by osiągnąć swój cel – i to nawet nie z powodu czystych uprzedzeń, ale konkretnych interesów. Zasadniczy mechanizm wpisany w obecną strukturę UE wprost zakłuł w oczy, gdy okazało się, jaka część pieniędzy z kredytów udzielanych Grecji wraca do systemów bankowych zamożnych państw, podczas gdy wymagane przez kredyty oszczędności biorą na siebie zwykli ludzie. Peryferie Europy, na których leżą państwa południowo- i wschodnioeuropejskie, stanowią ważny zasób dla międzynarodowego kapitału: dostarczają taniej i elastycznej siły roboczej oraz zapewniają zachodnim firmom terytorium, na którym można taniej osiągnąć zyski. Stąd też zachodni kapitał odprowadza z peryferii znacznie większe sumy, niż regiony te otrzymują od UE w formie subsydiów. W razie potrzeby kraje europejskiego centrum mogą nawet sprowadzać stamtąd tańszą siłę roboczą, co z kolei buduje konkurencję umożliwiającą obniżanie płac rodzimych pracowników. A teraz dzięki Davidowi Cameronowi tych „importowanych” pracowników można pozbawić podstawowych świadczeń socjalnych.

To chyba jasne, dlaczego nikt nie odchodzi od zmysłów z obawy o reakcję łańcuchową wywołaną przez rząd brytyjski.

Europejscy politycy głośno podsycają antyimigranckie obawy i „dzielnie” chronią swoich współobywateli przed pracownikami z zagranicy, ale za kulisami pozbawiają wszelkich praw także pracowników rodzimych.

Konserwatywny rząd Davida Camerona jest tego świetnym przykładem: w ostatnich latach podjął się bezprecedensowej destrukcji brytyjskiego państwa dobrobytu, pozbawiając miliony możliwości godziwego życia. Sprywatyzował co tylko się dało, obciął podatki dla zamożnych i ustawowo wprowadził obowiązkowe nadwyżki budżetowe, czym zagwarantował, że zwykli obywatele będą uginali się pod oszczędnościami przez wiele kolejnych lat.

Unia Europejska jest dziś ogromną maszyną zwyrodniałej redystrybucji, która odbiera uboższym państwom członkowskim, by oddać bogatszym; zabiera tym, którym powodzi się źle, by dać dobrze usytuowanym.

Na całym kontynencie panuje ideologiczny konsensus wobec tego mechanizmu, niezależnie od tego, czy rządzą „konserwatyści”, czy „socjaldemokraci”; „euroentuzjaści” czy „eurosceptycy”.

Propozycje Grecji rzuciły wyzwanie europejskiemu konsensusowi oszczędności, dlatego za wszelką cenę chciano uniknąć reakcji łańcuchowej. Natomiast Brytyjczycy w nowych warunkach stosują te same stare receptury niekorzystne dla klasy pracującej. Nie zmieniają się wygrani ani przegrani – nic nowego pod słońcem.

Po tym, jak europejski szczyt uznał żądania Brytyjczyków, wielu wschodnioeuropejskich przywódców zadeklarowało, że otoczy swoich pracowników ochroną i nie pozwoli dyskryminować migrantów pochodzących z ich regionu. Nie wiem, o jakim równoległym świecie opowiadają ci liderzy, ale to pewne, że teraz każdy kraj członkowski UE może odmówić świadczeń pracownikom z Europy Wschodniej. Innymi słowy, antyunijnym politykom z Polski czy Węgier może wydawać się, że pomogli Cameronowi spoliczkować Brukselę, ale z całą pewnością nie bronili interesów własnych obywateli.

Jeśli istnieje jeden czynnik odpowiedzialny za sukces radykalnej prawicy, który nakłania obywateli do oddawania na nią głosów, jest nim rozpoznanie konsensusu omówionego powyżej. Te partie – zwłaszcza Front Narodowy Marine Le Pen – budują całą swoją retorykę wokół zabezpieczenia bytu obywateli i ponownego powołania systemu świadczeń socjalnych zniszczonego w ostatnich dekadach. Chcą chronić pracowników, nawet jeśli tylko tych własnej narodowości – dla imigrantów byliby tak okrutni, jak obecni rządzący. Ale faktem jest, że obiecując obywatelom odrodzenie państwa dobrobytu, zyskują sobie wiele w oczach wyborców – w przeciwieństwie do partii głównego nurtu.

Oczywiście to tylko złudzenie. Polityka skrajnej prawicy i ksenofobia uniemożliwiają międzynarodową solidarność, bez której pracownicy nie mogą walczyć o swoje interesy. Ten rodzaj polityki dzieli klasę pracującą na mniejsze grupy narodowe, przez co wystawia ją na pastwę kapitału.

W pierwszej połowie lutego jedna z najważniejszych postaci kryzysu w Grecji, były minister finansów Janis Warufakis, zainaugurował nowych ruch społeczny – DiEM25 – mający na celu ekstensywną demokratyzację UE. Według Warufakisa, transparencja i możliwość rozliczania UE z jej działań pomogłyby Unii uciec od zgubnego cyklu zwyrodniale redystrybucyjnych oszczędności i wykluczającego nacjonalizmu, zamiast tego tworząc projekt oparty na sprawiedliwości, uczciwym rozmieszczeniu dóbr i solidarności. Prawdę mówiąc takiego ruchu nie można powołać odgórnie z berlińskiej Volksbühne, ale skądinąd spostrzeżenia DiEM25 są trafne. Prawdziwe rozwiązanie dylematu opiera się na koalicji oddolnych lokalnych ruchów oporu, ale w tej chwili nic jej nie zapowiada.

Tymczasem Unia Europejska się nie rozpadnie, jak twierdzi wielu. Po prostu weszła w nowy etap rozwoju. Na tym etapie dopuszcza się otwartą dyskryminację różnych państw członkowskich i ich obywateli. Wyzysk peryferii można otwarcie deklarować w fundacyjnych dokumentach wielowarstwowej Europy, czego pierwszym przypadkiem jest deklaracja niedawnego szczytu wobec żądań Wielkiej Brytanii. UE nie rozpadnie się, bo jest bardzo silnie zintegrowana ekonomicznie. Dziś ani centrum, ani peryferie nie przeżyją bez tych drugich. Obecnie pojęcie „gospodarka narodowa” nie ma ani sensu, ani znaczenia, co (niemal) uniemożliwia dezintegrację. Ma to swoją dobrą stronę, ponieważ w tych warunkach dążenia skrajnej prawicy do dezintegracji Unii spełzną na niczym; uwidaczniają wyzysk, ale nie zniszczą UE. Tym niemniej, ktoś inny w końcu będzie musiał podjąć się radykalnej reformy Unii.

Dziękuję Joshui Wollensowi.

***

Szilárd István Papantropolog i komentator polityczny. Jest członkiem redakcji Kettős Mérce, niezależnego bloga młodych dziennikarzy i publicystów oraz internetowej platformy dla młodych aktywistów. www.kettosmerce.blog.hu

Tłumaczenie: Aleksandra Paszkowska

 

**Dziennik Opinii nr 72/2016 (1222)

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Szilárd István Pap

| Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie
Szilárd István Pap jest politologiem, komentatorem i dziennikarzem portalu Merce.hu. Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.