UE

Cierpliwy jak Grek [reportaż]

cierpliwy-jak-grek

O pierwszych krokach migrantów w Europie.

W Europie schronienie znalazły setki tysięcy uchodźców. Jeszcze więcej wciąż marzy o tym, żeby dotrzeć do UE – żyją w obozach w Jordanie, Libanie, Turcji albo starają się przetrwać dzień za dniem w Syrii, Iraku i Afganistanie. Chcemy przygotować się na przyjęcie w Polsce ludzi uciekających przed wojną. Dlatego Stowarzyszenie Nomada we współpracy z KP organizuje we Wrocławiu otwarte spotkania, na których uchodźcy oraz dziennikarki, filmowcy i działaczki na rzecz praw człowieka zdadzą relacje z najbardziej zapalnych punktów trwającej wędrówki – Syrii, Grecji, Macedonii, krajów wyszehradzkich i Niemiec. W przeciwieństwie do podsycających społeczne fobie polityków nasi goście widzieli kryzys uchodźczy na własne oczy. Startujemy 25 lutego o godz. 18.00 w infopunkcie Barbara we Wrocławiu (ul. Świdnicka 8b).

***

Zimno. Wieje. Siódma rano. Słońce dopiero wschodzi zza horyzontu. Przypływa ponton. Jest na nim 48 osób. Schodzą na plażę. Mokrzy. Zmęczeni. Uśmiechnięci. Patrzą na nich obojętnie trzy starsze Greczynki. Siedzą niewzruszone na ławeczce. Wstają. Wracają do domu. I tak codziennie. Od ponad roku.

Do 29 listopada uchodźcy i imigranci dopływali głównie na północną stronę greckiej wyspy Lesbos, pomiędzy miejscowości Skala Sikaminea i Molyvos. Wtedy podróż była relatywnie krótka – trwała dwie godziny. Ale sytuacja zmieniła się po umowie Unii Europejskiej z Ankarą, która m.in. w zamian za 3 mld euro dla Turcji zakłada ograniczenie napływu uchodźców i imigrantów na Stary Kontynent. Do Skala Sikaminea docierają już tylko pojedyncze pontony. Wcześniej jednego dnia potrafiło dopłynąć ich na tutejszą malowniczą plażę nawet trzydzieści.

Teraz migranci wyruszają z okolic tureckiego miasta Ayvalik, gdzie nie ma tylu służb porządkowych. By nie znaleźli ich Turcy, uchodźcy i imigranci chowają się przez kilka dni w lasach. W tym miejscu Grecję dzieli od Turcji większa odległość, podróż migrantów wydłużyła się więc do ok. 4 godzin. Nikt jednak nie wie, skąd będą wyruszać pontony za tydzień. Czy za miesiąc. Czy za dwa miesiące.

„Allah Akbar”!

Z wysokości Ayvalik pontony dopływają w okolice Mityleny, największego miasta na greckiej wyspie Lesbos. Wszystko odbywa się tu jak na taśmie produkcyjnej. Wolontariusze udzielają migrantom pierwszej pomocy, gdy jest to konieczne, i dają im koce termiczne. Temperatura waha się w okolicach 10 stopni, ale swoje robi wilgoć.

Nie wszyscy są świadomi, że udało im się dotrzeć do Europy. Gdy o północy do brzegu Lesbos dobił ponton, wyszedł z niego Afgańczyk i zapytał:
– Miasto?
– Mitylena – odpowiedziałem.
– Kraj?
– Grecja.
Odszedł uśmiechnięty. W tym samym czasie jego koledzy całowali ziemię i szeptali: „Allah Akbar”.

Uchodźcy i imigranci coraz częściej podróżują w nocy. Zwłaszcza od czasu, gdy Turcy zwiększyli kontrole na granicy.

Wzgórze kapoków

Piętnaście minut od przypłynięcia pontonu do Grecji po kilkudziesięciu osobach zostają tylko jasnopomarańczowe kapoki. Bo pontony też znikają, od razu po dobiciu do brzegu spuszczają z niego powietrze greckie służby porządkowe.

„Wzgórze kapoków” pomiędzy miejscowościami Skala Sikaminea i Molyvos na wyspie Lesbos

Kamizelki ratunkowe to w ponad 90 proc. chińskie podróbki, które w razie zagrożenia nie dają skutecznej ochrony przed utonięciem. Na początku kryzysu migracyjnego nie wszyscy uchodźcy i imigranci je mieli. Przemytnicy w Turcji doszli do wniosku, że skoro nie wszystkich stać na kamizelki, które dają rzeczywiste zabezpieczenie, lepiej będzie dać im tańsze podróbki. Od tego czasu każdy migrant ma na sobie kamizelkę, która nic nie daje.

Od początku tego roku na Lesbos dotarło ponad 400 tys. osób. Pomiędzy miejscowościami Skala Sikaminea i Molyvos na wysypisku śmieci powstała więc cała góra kamizelek ratunkowych.
– Jeśli w ciągu kilku miesięcy niczego nie zrobimy z wciąż rosnącą górą kapoków, wyspie może grozić katastrofa ekologiczna – przyznaje specjalny doradca mera Lesbos, Marios Andriatis. – Ale chciałbym wszystkich uspokoić, bo mamy pomysł, jak poradzić sobie z tym problemem – dodaje zaraz.

Dopiero w obliczu realnego zagrożenia postanowiono przyjrzeć się możliwym rozwiązaniom. Władze cały czas wahają się, którą z trzech wyselekcjonowanych opcji wybrać.
– Pierwsza zakłada wykorzystanie plastikowych elementów kapoków do zbudowania namiotów dla migrantów – mówi Andriatis. – Możemy też przerobić kamizelki na plecaki dla migrantów albo wysłać odpady poza wyspę, żeby można było je poddać recyklingowi.
Co dokładnie stanie się z 70 tonami odpadów pozostawionych przez migrantów, będzie wiadomo za 3–4 miesiące. Wtedy ratusz ma wybrać jedno z powyższych rozwiązań i zacząć realnie działać. Nie wiadomo też, co zrobić z pontonami i silnikami. Na Lesbos w tym roku dopłynęło ponad 7 tysięcy łódek.

Przemytnicy wsadzają migrantów na najtańsze pontony wyposażone w słabiutkie silniki, więc czasem dochodzi na morzu do dramatów.

Zbliżała się druga w nocy. Po wybrzeżu w jedną i drugą stronę jeździły auta z wolontariuszami. Od czasu do czasu zatrzymywały się na plaży i zapalały długie światła, by kierujący łódkami uchodźcy wiedzieli, dokąd płynąć. W jednym z takich samochodów siedziało czterech wolontariuszy i obserwowało wydarzenia na morzu. Właśnie przeprowadzano akcję ratunkową. Grecka straż przybrzeżna świeciła na drewnianą łódeczkę. Utknęło na niej ponad 25 osób, w tym dzieci. Zepsuł się silnik. Tym razem migrantom się udało, Grecy odholowali ich do brzegu. Ale w 2015 roku 2,5 tys. osób zginęło lub zaginęło, próbując dostać się przez morze do Europy (dane UNHCR z końca sierpnia).

Na słowo

Zaraz po dobiciu pontonów do brzegu na plażę podjeżdżają autokary UNHCR-u, które zawożą uchodźców do Morii, obozu, gdzie migranci mają się obowiązek zarejestrować. W obozie w Morii w czasie apogeum kryzysu migracyjnego było ok. 10 tys. osób. Teraz – jak mówi grecki policjant, który pilnuje wejścia do obozu – jest ich pięć razy mniej. Ta liczba zmienia się jednak każdego dnia, zależnie od tego, czy na morzu wieje, czy jest spokojnie. Paradoksalnie wiatr oznacza na Lesbos spokój.

Obóz w Morii to kilkanaście kontenerów otoczonych drutem kolczastym. Niektórzy nie chcą mieszkać w takich warunkach, rozbijają więc namioty na wzgórzach obok obozu. Głównie Afgańczycy ogrzewają się tam przy rozpalonych ogniskach.

Migranci z Syrii, Palestyny, Jemenu, Somalii, Sudanu, Erytrei i Maroka rejestrują się w dalszej części obozu. Afgańczycy, Irańczycy, Irakijczycy, Libańczycy i Pakistańczycy – w bliższej. Żeby się zarejestrować, muszą odstać swoje w kolejce. Gdy uda się już im wejść na teren obozu (od dziennikarzy wymaga się specjalnych pozwoleń, których udziela policja), muszą zostawić swoje dane osobowe. Skanowane są również ich odciski palców. Większość przybyszy nie ma ze sobą dokumentów, ich zeznania bierze się więc „na słowo”. Na miejscu pracują jednak osoby, które weryfikują po kolorze skóry i dialekcie, czy migranci mówią prawdę w czasie tej pierwszej fazy rejestracji.

Grecy wydają papiery, które upoważniają migrantów do dalszej podróży. Bo nikt nie chce zostawać w Grecji.
– Jak moglibyśmy tu żyć? – pyta Szihad, 28-letni Irańczyk, który w Teheranie pracował w kawiarni.
– Grecy nie mają pieniędzy. Są dla nas bardzo dobrzy, ale tu nie ma przecież pracy, jest kryzys. Co mielibyśmy niby robić w Grecji? – pyta.

Jalla, jalla! 

Dla Syryjczyków stworzono drugi obóz – w Kara Tepe, bliżej Mityleny. Kara Tepe to 160 przenośnych ikeowskich domków i 20 namiotów. Obóz oficjalnie istnieje od trzech miesięcy, ale tak naprawdę funkcjonował już w kwietniu. Gdy byłem w Kara Tepe, na morzu wiało, więc w obozie noc spędzało tylko 80 osób. Ale dzień wcześniej było tutaj 800 migrantów. Merostwo deklaruje, że Kara Tepe może gościć nawet 2 tys. osób.

– Witamy w naszej wiosce – mówi Mirogiannis Stavros, wysoki, dobrze zbudowany Grek koło czterdziestki, który jest szefem obozu. – Mówię o wiosce, a nie obozie, bo my tu mamy taką swoją społeczność. Chcemy stworzyć rodzinną atmosferę. W Kara Tepe nie mieszkają uchodźcy czy imigranci. U nas są goście – mówi Stavros i uśmiecha się.

Migranci nie mają dużych wymagań. Proszą o jedzenie, koce i miejsce do spania. Obecnie w Kara Tepe trwają przygotowania do zimy. Okłada się dachy, kładzie drewnianą podłogę w domkach, instaluje ogrzewanie. Wszystko po to, żeby zapewnić humanitarne warunki dla migrantów. Ale nikt nie zostaje tu na dłużej niż 2–3 dni.

Gdy wychodzę z Kara Tepe, słyszę, że Mirogiannis Stavros przyjmuje francuskiego fotoreportera, kolejnego dziennikarza, który przyjechał odwiedzić obóz. Welcome to our village – niesie się po obozie jego głos.

Migranci się spieszą. Chcą się dostać jak najszybciej na prom do Aten. Ojcowie krzyczą rano do swoich dzieci i żon „jalla, jalla” (szybciej, szybciej) i wsiadają do taksówek, które masowo czekają pod obozami. Tylko przy tym w Morii widziałem ich czternaście. Kurs taksówką do portu kosztuje z Morii 10 euro. To niedużo, zważywszy na fakt, że w jednym z foodtrucków rozstawionych przy obozie przez miejscowych batonik Snickers potrafi osiągnąć cenę 2 euro. Środki transportu – co do zasady, bo zdarzają się wyjątki – są w takiej samej cenie dla Greków, turystów i migrantów. Bilet z Lesbos do Aten kosztuje 48,5 euro.

Gdy migranci dotrą do portu, greccy policjanci ustawiają ich w kolejkach. Funkcjonariusze są niespokojni, pokrzykują na uchodźców. Potrafią pomagać, ale też bywają nadgorliwi. Gdy straż graniczna odholowała do portu drewnianą łódeczkę, w której zepsuł się silnik, policjanci nie byli zgodni co do tego, czy należy wpuścić na teren komisariatu wolontariuszy, którzy chcieli pomóc zmarzniętym migrantom. „Tu nikt nie może wejść” – powiedział masywny, wysoki funkcjonariusz. „Tam są kobiety i dzieci, trzeba dać im koce” – powiedział drugi, równie masywny, tyle że z włosami. Po krótkiej wymianie zdań tym razem wygrał ten bardziej wyrozumiały.

Między migrantami a mieszkańcami nie ma żadnego konfliktu – przekonuje merostwo Lesbos. – Lokalna społeczność wie, co większość z tych ludzi przeszła. Nie zgłoszono żadnych incydentów.

Biuro mera wie, jak odpowiadać dziennikarzom na pytania o możliwe konflikty pomiędzy Grekami a migrantami. Nawet jeśli na początku kryzysu migracyjnego miało z tym problemy, to z czasem opanowało PR-owe zagrywki do perfekcji. Jestem 145. dziennikarzem, który rozmawia z władzami Lesbos.

Codzienna rzeczywistość

Podróż promem z Lesbos do Aten trwa blisko 12 godzin. Statki wypływają zazwyczaj około dwudziestej i do stolicy Grecji docierają z samego rana. Prom to pierwsze miejsce, gdzie migranci mogą sobie pozwolić na chwilę prawdziwego odpoczynku. W obozach – mimo że UNHCR, Czerwony Krzyż i dziesiątki wolontariuszy starają się, jak mogą – da się odczuć napiętą atmosferę. Na promie ludzie przez chwilę nie muszą się spieszyć.

Większość osób w czasie podróży śpi. Co jakiś czas słychać z głośników nawoływania po grecku, angielsku i arabsku, żeby uważać na swoje rzeczy. Na promach grasują złodzieje, którzy tak okradają i Greków, i migrantów.

Z portu w Pireusie uchodźców i imigrantów zabierają autokary, na które większość osób kupuje bilety jeszcze podczas pobytu na Lesbos. Dalsza podróż na grecko-macedońską granicę to kolejne 40 euro. Ci, którzy nie mają pieniędzy na bilety, udają się do obozu Eleonos w przemysłowej dzielnicy Aten. Tam mogą się przespać i zjeść coś ciepłego w otoczeniu opuszczonych fabryk. Obóz jest dobrze zaopatrzony, ale mimo kolejnych migrantów przybywających do Europy od dawna nie był pełny. Niektórzy wolą koczować na placu Wiktorii w centrum Aten. Siedzą na ławkach albo śpią na kartonach wśród Greków, którzy przyzwyczaili się już do ich obecności.

– Jeśli mieszkasz w Grecji, nie możesz nie interesować się tematem uchodźców – mówi Iakovos, 25-letni absolwent politologii. – To już element naszej codziennej rzeczywistości.

Granica

Małą wioskę Idomeni przy grecko-macedońskiej granicy dzieli od Aten 547 kilometrów. Mieszka tu nie więcej niż 300 osób. Teoretycznie autobusy zawożą migrantów do Evzoni, gdzie jest przejście graniczne. Ale tak naprawdę uchodźcy jadą w okolice Idomeni, znajdującej się kilka kilometrów od oficjalnego przejścia. To tam, na torach kolejowych, setki tysięcy osób od 18 miesięcy przekraczają granicę.

W Idomeni od 17 listopada koczowało ok. 2–3 tys. osób. To migranci, którzy nie pochodzili z Afganistanu, Iraku i Syrii. Od połowy listopada tylko obywatele tych trzech krajów są przepuszczani dalej do Macedonii. Tak zdecydowały bałkańskie kraje (Chorwacja, Macedonia, Serbia i Słowenia). Zapewne swoją decyzję po cichu skonsultowały z Berlinem.

Irańczycy protestujący przeciwko polityce krajów bałkańskich, które postanowiły nie wpuszczać do siebie migrantów z krajów innych niż Afganistan, Irak i Syria

Co jakiś czas dochodziło w Idomeni do starć pomiędzy Algierczykami, Irańczykami, Marokańczykami i Pakistańczykami a służbami porządkowymi. Pierwszy raz – pod koniec listopada, gdy jeden z Marokańczyków chciał prawdopodobnie popełnić samobójstwo, rzucając się na trakcję kolejową. Wokół namiotu medycznego zaczął gromadzić się tłum, który zaraz potem przeniósł się przed kordon macedońskiej policji. Poleciały pierwsze kamienie. Zamieszki trwały 1,5 godziny. Potem migranci się uspokoili. Sytuacja powtórzyła się kilka dni później. Tyle że tym razem jeden z migrantów zmarł po tym, jak poraził go prąd.

Niezadowolenie z obecności na granicy tysięcy ludzi wyrażały lokalne władze, które i tak już wcześniej musiały praktycznie same radzić sobie z kryzysem migracyjnym. Teraz, gdy tyle osób przebywa cały czas w tym samym miejscu, samorządy mają z migrantami jeszcze większe problemy.
– Migranci niszczą głównie pola – mówi Ionnis Adamopoulos, wicemer Polykastro, któremu podlega wioska Idomeni. – Ale ludzie też najzwyczajniej w świecie się boją, bo uchodźcy czasem pukają do ich drzwi w środku nocy. Albo śpią ukryci w magazynach.

Z wicemerem Adamopoulosem rozmawiam w budynku ratuszu w Polyksastro. Mer wyjechał do Salonik na pilne spotkanie. Wszyscy się krzątają, od prawie dwóch lat mają dużo pracy. W pokoju siedzi z nami również Xanthipi Soupli, liderka społeczności lokalnej w Idomeni.
– W Idomeni praktycznie wszyscy mieszkańcy zarabiają na ziemi – mówi Soupli. – Gdy uchodźcy i imigranci przechodzą przez pola, niszczą je. Teraz, gdy mamy do czynienia z kryzysem migracyjnym, Grecy nie mają z czego się utrzymać – mówi około czterdziestoletnia kobieta z papierosem w ustach. – Ludzie nie są niechętni uchodźcom i imigrantom, przecież to nie ich wina, że śpią na polach, ale problem cały czas istnieje – dodaje.

Zamieszki w Idomeni na granicy grecko-macedońskiej

– My, Grecy, słyniemy z gościnności – mówi Alexis, 31-letni PR-owiec z Polykastro. – Udowodniliśmy to już na wiele sposobów.

9 grudnia grecka policja przeprowadziła akcję „oczyszczania” granicy. Migrantów przewieziono autokarami do Aten i Salonik, gdzie czekają na dalszy rozwój wydarzeń.

Germany, Germany

Scenariusz w Idomeni wygląda podobnie jak w każdym innym punkcie tranzytowym na szlaku – imigranci wychodzą szybko z autobusów, przechodzą kilkaset metrów, pokazują uzyskane na Lesbos dokumenty i jadą dalej (jeśli są z Afganistanu, Iraku i Syrii). W czasie całej podróży słychać płacz dzieci i nawoływanie ojców: „Jalla, jalla”.

Pytam Muhammada, 21-letniego Pakistańczyka, który studiował socjologię, gdzie chce jechać:
– Germany, Germany.
Podobnie odpowiada jego rodak Mustafa, 36-letni nauczyciel angielskiego. Mustafa doskonale wie też, po co jedzie do Europy:
– Europejczycy bardziej od nas szanują wiedzę i naukę. W Europie większą uwagę przykłada się też do relacji międzyludzkich i człowieka jako takiego.
Po czym dodaje: – No… i jest lepszy standard życia.

4
Macedońskie wojsko w czasie budowy płotu na granicy z Grecją. Podobny płot został zbudowany na granicy serbsko-węgierskiej.

***
Thomas Orchowski – reporter Radia TOK FM, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.
Materiał powstał dzięki dofinansowaniu Funduszu Mediów.
Tekst został napisany na początku grudnia. Od tego czasu niektóre opisywane w tekście fakty mogły ulec zmianie.

***

Projekt „Marhaba” dofinansowany przez Fundusze EOG w ramach programu „Obywatele dla demokracji” jest realizowany w partnerstwie ze Stowarzyszeniem im. Stanisława Brzozowskiego i Muzułmańskim Centrum Kulturalno-Oświatowym.

Na pierwszym spotkaniu z cyklu Marhaba* – bo warto przekraczać różne granice porozmawiamy o Syrii, bo to właśnie tam rozpoczyna się najczęściej niebezpieczna ucieczka przed wojną. Projekcję filmu dokumentalnego Aleppo. Notatki z ciemności poprzedzi rozmowa z jego współautorem, Wojciechem Szumowskim, oraz polsko-syryjską rodziną, która w zeszłym roku uciekła z ogarniętej konfliktem Dary. Dziś Miram Mosalma i Alleh Al-Masri są bezpieczni. Mieszkają z dziećmi w Trzebnicy.

Wydarzenie odbędzie się w czwartek, 25 lutego, w infopunkcie Barbara we Wrocławiu (ul. Świdnicka 8b). Poprowadzi je Dawid Krawczyk, autor Dziennika Opinii. Spotkanie rozpocznie się o godz. 18:00. Wstęp na dyskusję i projekcję filmu jest bezpłatny.

*Marhaba to przyjacielskie pozdrowienie po arabsku.

 

**Dziennik Opinii nr 51/2016 (1201)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.