Świat

Sutowski: Miękka siła Zachodu musi mocniej zaboleć

Inwazja na Krym to gra symboliczna, choć krew może się w niej polać jak najbardziej konkretnie.

„Musiał oszaleć, żeby zaanektować którąkolwiek część Ukrainy; musiałby być jeszcze bardziej szalony, żeby pomaszerować na Kijów; żeby posłać czołgi aż pod zachodnią granicę Ukrainy z Polską i tym samym zagrozić NATO”, pisze o Władimirze Putinie ukraiński politolog Alexander Motyl. I dodaje: niestety, po najeździe na Krym zachowań Putina nie można już interpretować wyłącznie w kategoriach racjonalnych.

Wiele wskazuje na to, że rosyjski prezydent postanowił radykalnie i efektownie obsłużyć resentyment swój i nacjonalistycznej części elektoratu po ewidentnej (i drugiej już) porażce w Kijowie. Dziesięć lat temu jego polit-technolodzy przegrali z konkurencyjnym wobec Janukowycza obozem elit; dziś Putin przegrał rząd większości ukraińskich dusz z dekadencką „gejropą” i „eurogejdanem”, jak z właściwą sobie finezją określa unijny Zachód homofobiczna rosyjska propaganda. Inwazja na Krym to przede wszystkim gra symboliczna (choć krew może się w niej polać jak najbardziej konkretnie), próba zagrania powyżej realnego potencjału Rosji – na użytek wewnętrzny, ale i na postrach światu. Czy się uda czy nie, zależy od tego, czy reszta świata zdoła uczynić politykę Putina wystarczająco kosztowną. Nie tyle dla niego samego, ile dla rosyjskich elit gospodarczych i politycznych.

Z czysto racjonalnego punktu widzenia zajęcie wojskowe Krymu nie ma wielkiego sensu. Jedyny naprawdę cenny dla Rosji zasób półwyspu to baza Floty Czarnomorskiej: okno rosyjskiej marynarki na świat śródziemnomorski, którego wartość ujawnił choćby niedawny konflikt w Syrii. Tyle że sewastopolski przyczółek jest bezpieczny, gwarantowany umową dzierżawy na najbliższe 33 lata. Zysk gospodarczy z przejęcia Krymu wydaje się co najmniej wątpliwy. Najwięcej dochodów jego mieszkańcy czerpią z turystów, ale większość z nich to dojeżdżający koleją Ukraińcy; można wątpić, czy swe wakacje będą chcieli spędzać na czarnomorskich plażach państwa-najeźdźcy, zwłaszcza jeśli ich własne państwo – ze zrozumiałych powodów – odetnie do półwyspu dojazd. Pod względem dostaw wody i energii elektrycznej (do pięciogwiazdkowych hoteli, ale i dla rolnictwa) Krym niemal całkowicie zależy od reszty kraju. Budowa alternatywnych sieci energetycznych i wodociągów, a także mostu przez cieśninę Kerczeńską, łączącą półwysep z rosyjskim Krajem Krasnodarskim, zajmie wiele miesięcy bądź lat, a koszty sięgnęłyby wielu miliardów dolarów (sam most wyceniany jest na 1,2 miliarda).

Poza kontekstem gospodarczym inwazja na Krym jest dla Rosji ryzykowna geopolitycznie. Choć większość jego mieszkańców faktycznie poczuwa się do bliskich z Moskwą więzi (referendum secesyjne opcja prorosyjska z łatwością wygra), mniejszość krymskich Tatarów stanowić może zarzewie kolejnego po Kaukazie konfliktu etnicznego. A dotychczasowe doświadczenia Rosji w ich opanowywaniu nie są zachęcające. Z punktu widzenia kłopotliwych precedensów prawa międzynarodowego, na które Rosja lubi się powoływać, choćby w kontekście Kosowa, „obrona ludności rosyjskiej” poza granicami może się odbić czkawką na Dalekim Wschodzie, gdzie w sytuacji potencjalnego obrońcy swych rodaków znajdą się Chińczycy.

Do tego wszystkiego dosłownie kilka dni temu prezydent USA zadeklarował na nieplanowanym wcześniej spotkaniu z premierem Gruzji „niezachwiane poparcie dla euroatlantyckich aspiracji” tego kraju. Gruzinom co prawda Zachód obiecywał już wiele, ale zbrojne opanowanie przez Rosję Krymu mogłoby stać się impulsem do NATO-wskiego domknięcia akwenu Morza Czarnego przez ściślejsze związanie Gruzji z Sojuszem. Wreszcie, jak słusznie wskazuje Katarzyna Kwiatkowska, najazd zbrojny na Krym oznacza wzbudzenie fali nacjonalizmu i nastrojów antyrosyjskich w samej Ukrainie – na krótką metę korzystnych dla kremlowskiej propagandy, ale na dłuższą utrudniających cywilizowane kontakty polityczne i handlowe. Prawdziwą ironią historii byłoby, gdyby w reakcji na rosyjską agresję społeczeństwo Ukrainy, dotychczas podzielone w sprawie Unii, a wyraźnie sceptyczne wobec NATO, zwróciło swe aspiracje na Zachód także w kwestiach „twardego” bezpieczeństwa. 

To wszystko nie oznacza, rzecz jasna, że Rosja z Krymu łatwo zrezygnuje. Determinacja Putina w połączeniu z miękkością apeli NATO (kolejne wezwania do „deeskalacji napięcia”) nie wróżą dobrze na przyszłość.

Jeśli jednak za inwazją nie stoją twarde interesy ekonomiczne, a jej skutki geopolityczne dla Rosji są co najmniej wątpliwe; jeżeli gra toczy się głównie o nadszarpnięty prestiż i symboliczny status Władimira Putina jako „zbieracza wszechrosyjskich ziem” – można przypuszczać, że rosyjskie elity nie będą gotowe umierać za Sewastopol, jak ich dziadowie i babki przeszło 70 lat temu, a pradziadowie przeszło 150. Krótko mówiąc – Ukrainie pomóc mogą reperkusje, które uderzą w rosyjskie elity gospodarcze i polityczne, na poziomie sankcji personalnych, ale także relacji handlowych.

Polska nie wyśle Ukrainie na pomoc pułków powietrzno-desantowych ani GROM nie porwie z Kremla Putina. Ameryka też raczej nie wyśle na Krym okrętów, a jak wyśle, to na pokaz – skoro Dwight Eisenhower ani Ronald Reagan nie wystrzelili ani pocisku, nie zrobi tego również Barack Obama. Ale to nie jest cały dostępny arsenał. Jak wskazuje na łamach „The New Republic” Timothy Snyder, całkiem proste do zastosowania (przez UE!) środki mogą skłonić rosyjskie elity do refleksji – najzamożniejsi mogą się obawiać zamrożenia kont i niemożności posyłania dzieci do zachodnich szkół; wyższą klasę średnią zirytują zapewne utrudnienia wakacyjne w europejskich kurortach.

Ale najważniejszy punkt dotyczy interesów gospodarczych. Rosja to ważny partner handlowy Unii, ale bynajmniej nie jest jej równy – udział handlu z Unią w Rosji jest dużo wyższy niż w przeciwnym kierunku. Do tego jako dostawca nośników energii Putinowskie mocarstwo energetyczne wydaje się coraz mniej pewne. Co to znaczy? Jak pisze Snyder: „Unia Europejska opiera się na dostawach gazu ziemnego i ropy naftowej z Rosji, w zamian wysyła do niej wyroby gotowe. Biorąc pod uwagę, że Rosja dwukrotnie w ostatnich latach próbowała użyć swych złóż gazu, by pogrozić Unii Europejskiej, a teraz rozpoczęła wojskową interwencję w kraju, przez który przebiegają rurociągi – być może to dobry moment, żeby przemyśleć europejską politykę energetyczną. Już samo ogłoszenie zainteresowania eksploatacją surowców z Norwegii i Stanów Zjednoczonych zrobiłoby różnicę. Na dłuższą metę Unia ma oczywiście wszelkie przesłanki do rozwoju kontrolowanej syntezy termojądrowej czy innych, alternatywnych źródeł energii, które uwolniłyby ją od sztucznej zależności od wojowniczego petropaństwa”.

Dziś Komisja Europejska może uderzyć w Gazprom przy pomocy III pakietu energetycznego, na dłuższą metę instrumentem nacisku na Rosję byłaby wspólna polityka energetyczna Unii Europejskiej. Aby wesprzeć Ukrainę, nie potrzebujemy amerykańskiej VI Floty na Morzu Czarnym, która i tak nie przestraszy Rosjan, za to wzmocni ich antyamerykański nacjonalizm.

Potrzeba dziś środków efektywnych, a nie efekciarskich. Miękka siła może bardziej zaboleć.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.