Świat

Rastello: Przemytnik doskonały

Taki towar zamawia Donald Trump, u was Berlusconi albo Arabowie. Mówię o marmurze, nie? A gdzie znajdziesz takiego wariata, który pomyśli, że schowane są w nim narkotyki?

Kiedy w wiadomościach mówią o zatrzymaniu przemytników, którzy ukrywali w samochodzie/żołądku/walizce kilogram kokainy, wszyscy się cieszą. Policjanci i celnicy, bo złapali kolejnego przestępcę. Wymiar sprawiedliwości, bo dowodzi sprawności swojego działania. Media, bo mają newsa. No i obywatele, bo narkotyki nie trafią do naszych dzieci.

Z reguły nie wiemy o tym, że cieszą się również przemytnicy. „Płotki” często wystawiane są właśnie po to, żeby ukryć właściwy towar – 100 kilogramów pasty kokainowej, które leci tym samym samolotem. Takie drobiazgi są wkalkulowane w koszty, żeby wszyscy czuli się dobrze. Oczywiście poza tym, który został wystawiony, ale on (a często ona) przecież się nie liczy.

Luca Rastello, włoski dziennikarz badający związki biznesu z mafią, opowiada głosem anonimowego, wysoko postawionego współpracownika karteli historie, które do tej pory były ukryte w cieniu. W jego świetnym reportażu „Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie” śledzimy wejście kokainy na rynek europejski na przełomie lat 80. i 90. Nowy rynek zbytu wymagał nowej filozofii działania, porzucenia modelu korumpowania pojedynczych celników i stworzenia całego systemu transportu kokainy na niespotykaną wcześniej skalę. Kiedy na każdym dolarze zarabia się tysiąc, można poczynić przydatne inwestycje. A inwestycje mają ożywczy wpływ na globalną gospodarkę. Rastello twierdzi, że dzięki wypranym pieniądzom karteli banki z Florydy przetrwały kryzys.

Warto przeczytać tę historię hipokryzji, przymykania oczu i zaskakująco bliskich związków polityki, biznesu i mafii.

Martyna Dominiak

***

W wypadku wielkich ilości kokainy musisz zdać się na statki. Nie ma innej rady. Słyszałem, że znów są modne łodzie podwodne, tak jak w czasach don Pabla. To jednak oznaka słabości, a nie potęgi, jak mogłoby się wydawać. Bo oznacza to ni mniej, ni więcej, że trzeba ponownie korumpować pół świata. A ludzi, którzy korumpują, można z kolei wykiwać, kiedy tylko ma się na to ochotę. To papierowe tygrysy.

Szpikowanie statku kokainą to zadanie łączące rachunki, precyzję, pot i łut szczęścia. Oczywiście zawsze możesz użyć marmuru, bo jest prosty w obsłudze. Każdy kontener to 5,6 metra sześciennego kamienia, czyli 18 ton. Zachowując stosowne środki ostrożności, możesz zmieścić tam 80 jednokilogramowych paczek. Jak? Wkładasz je w marmurowe płyty. Płyty są pakowane do skrzyń ustawionych w 25 rzędach. W kontenerze znajduje się 160 skrzyń po 12 kilo. Kokainę wkładasz w opakowania o wymiarach 20 na 20 centymetrów. Grubość 7,5. Jasne? 20 na 20 na 7,5.

W środku płytek wycinasz dziury w taki sposób, żeby na brzegach pozostały całe, przy czym na wierzchu skrzyni zostawiasz płytki nieruszone. Otwory są kwadratowe i mają wymiary 20 na 20 na 8. Płytki z kolei mają 40 na 40 centymetrów, więc wycinasz ten otwór 20 na 20 w tylu płytkach, żeby razem dały grubość 8 centymetrów. Chowasz tam paczkę kokainy, płytki sklejasz (to ważne) i układasz w środku skrzyni. Musisz przy tym cały czas kontrolować, żeby jej waga była dokładnie taka sama jak skrzynek bez wkładu. Dzięki temu trikowi możesz w jednym kontenerze zmieścić 80 kilo towaru. Dwadzieścia pięć kontenerów i masz te swoje dwie tony.

Musisz pamiętać, że istnieje możliwość przypadkowej kontroli. To trochę jak hazard. Nie możesz nafaszerować kokainą wszystkich paczek z płytkami w skrzyni ani wszystkich skrzyń w kontenerze, ani wszystkich kontenerów w transporcie. Powiedzmy, że jeśli wiesz, iż możesz uniknąć kontroli, szpikujesz jedną paczkę na trzy. Tę możliwość daje ci metoda dostawy za plecami. Jeśli wiesz, że nie masz takiej możliwości, faszerujesz o wiele mniej paczek i wtedy już możesz mieć nadzieję tylko w Panu Bogu. To też jest niezła metoda, jednak przy założeniu, że On nie odtrąca takich jak my. Tymczasem więc lepiej wychodzi się na dostawach za plecami.

Płytki bywają przeróżne. Teraz najlepiej się sprzedają płytki o grubości od 8 milimetrów do 1 centymetra. Nie wykonuje się ich z drogich materiałów, bo cena odpadów powstających przy ich produkcji jest zbyt wysoka. Pakuje się je do skrzyń wyłożonych styropianem ze specjalnymi rowkami, w które się je wsuwa. Ich wymiary to na przykład 30 na 30 centymetrów. To taki podłogowy standard, choć są też inne. W jednej takiej paczce w przygotowanych dziurach można zmieścić kilogram towaru. Także w tym wypadku robota jest długa i trudna. Upychaniem towaru możesz zająć się tylko ty, osobiście, bo inaczej ryzykujesz, że ktoś zacznie cię szantażować. Uwaga: wykonanie otworów możesz zlecić. Na przykład oficjalnie chcesz je mieć po to, żeby uzupełniać płytki drewnem. Teraz modne są połączenia drewno–ceramika, drewno–marmur. Dla handlarza to błogosławieństwo.

Niezwykle ważny w naszym fachu jest margines zarobków. Z jednego dolara zainwestowanego w kokainę wyciągasz tysiąc, więc jeśli masz pewność – oczywiście w granicach zdrowego rozsądku – że transport dotrze do celu, a ryzyko wpadki pozostaje niewielkie, możesz sobie pozwolić na dodatkowe wydatki w dowolnej wysokości. Doliczasz sobie na przykład płytki. Mianowicie po dostarczeniu towaru decydujesz, czy komuś je sprezentować, wyrzucić do morza czy wytapetować nimi łazienkę jakiegoś szejka.

Najlepszym rozwiązaniem jest podarowanie komuś ładunku, który posłużył ci za przykrywkę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjmie taki prezent, nie będzie o nic pytał, a za to będzie ci wdzięczny.

Ja lubiłem przekazywać ładunek organizacjom humanitarnym, instytucjom pożytku publicznego lub organizacjom pozarządowym. To znaczy lubiłem czynić dobro.

Ale, bez względu na wszystko, jak brzmi podstawowa zasada? Wybieraj materiały najdroższe z możliwych. Jeśli decydujesz się na marmur, nie wybieraj bianco carrary, bo to kamień nadający
się do klopa i każdy wtedy będzie ci chciał zajrzeć do transportu. To coś dla Albańczyków. Zamiast tego możesz wybrać indyjski galaxy albo black absolute. Ten najlepszy, ze złotymi gwiazdkami, pochodzi z południowej Afryki i wart jest sto–dwieście euro za metr sześcienny. Za tę samą cenę możesz mieć kaszmir lub brazylijski azul macahuba. Ale najlepszy, najpiękniejszy ze wszystkich marmurów to bahía azul, istne cudo, którego cena może dochodzić do pięciuset–sześciuset euro za metr sześcienny. Pomyśl, już sam kontener mieszczący trzysta pięćdziesiąt metrów kosztuje fortunę. I komu przyjdzie do głowy, że niszczysz coś takiego po to, żeby nafaszerować to kokainą? Taki towar zamawia Donald Trump, u was Berlusconi albo Arabowie. Mówię o marmurze, nie? A gdzie znajdziesz takiego wariata, który pomyśli, że schowane są w nim narkotyki? Ludzie go nie oglądają, oni go kontemplują.

A tak poważnie: w portach jest pełno ludzi, którzy uważają się za znawców. Przychodzą i podziwiają twój marmur, twoją bahíę. Ha, ha! To jak stawianie na pewniaka. Jeśli przywozisz bianco carrarę albo inny szajs dla biedaków, na przykład grigio sardo lub crema murphy, to zupełnie co innego. Chcąc dobrze wykorzystać ten marmur, powinieneś zrobić z niego „sandwicza”, to znaczy rozłamać bloki na pół i wpakować towar do środka. Jeszcze lepiej, jeśli upchniesz go w już pociętych płytach. Te z kolei przewozi się na specjalnych paletach. Każda taka paleta ma podstawę i cztery uchwyty dociskające do siebie marmurowe płytki (na paletę wchodzi po 6 płyt; te na podłogi mają 2 centymetry grubości, te na schody – 3 centymetry; są też płyty na blaty kuchenne). Ich wymiary to 1,80 na 4 metry. Pośrodku wycinasz otwór 25 na 25 na 5 centymetrów. Nie ruszasz płyt zewnętrznych. Ściskasz całość. Do środka wchodzi 50 kilogramów kokainy. Ten system działa tak jak przy kafelkach, tyle że na dużą skalę.

Jest to fragment książki „Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie” Luki Rastelli (Wydawnictwo Czarne, 2013).

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij