Świat

Pokój po donbasku, czyli gra pozorów

Dwa lata po podpisaniu pierwszych porozumień z Mińska proces pokojowy na wschodniej Ukrainie traci resztki mocy.

Przez ostatnie trzy miesiące trwała powolna eskalacja konfliktu. Na front w Donbasie wróciła dawno tu już niesłyszana artyleria. Mało kto wspomina, że zgodnie z obowiązującymi porozumieniami taka broń nie powinna znajdować się w pobliżu linii frontu. Od kilkunastu miesięcy powtarzano to w nieskończoność aż słowa wreszcie straciły wszelką moc, a podpisany dokument przestał być nawet figurą retoryczną.

Nikt już nie zważa na to, co zakładają jakieś tam porozumienia. Obie strony strzelają do siebie z różnych powodów – rozkazów, nudy, używek, a może także ambicji. Czasami z kilku serii z karabinu może rozpętać się poważne kilkugodzinne starcie, gdzie stopniowo podłączać się będą kolejne rodzaje arsenału znajdującego się akurat pod ręką. Najpierw nieśmiało i gdzieś z daleka – karabiny, granatniki, moździerze, a wreszcie artyleria.

Wątpliwy pokój

Obowiązujące porozumienia zawsze były na wpół fikcyjne, bo żaden z ich punktów nie został zrealizowany. Taki los spotykał wszystkie podpisywane dokumenty od początku konfliktu na Donbasie. W najlepszym razie udawało się wstrzymać ogień na kilka dni, najczęściej nie zmieniały niczego – walki trwały bez zmian.

Pierwszym dokumentem, który zawierał całościowy plan rozwiązania konfliktu i został zaakceptowany przez obie strony, były właśnie porozumienia mińskie z 5 września 2014 roku. Do podpisania tego dokumentu zmusiła Kijów ówczesna sytuacja na froncie. Ukraińskie siły właśnie doznały druzgocącej porażki pod Iłowajskiem, a czterdzieści kilometrów od Mariupola pojawiły się czołgi, które przyjechały zza rosyjskiej granicy. Wówczas nie było pewności, czy uda się obronić Mariupol, który jest strategicznym portem na Donbasie. Szczególnie, że oddziały separatystów poczynały sobie śmiało. Stopniowo zbliżały się do miasta i nawet dzień po podpisaniu porozumień pokazały, że wszelkie umowy niewiele dla nich znaczą – ostrzelano z artylerii wschodnie rejony miasta, co do tej pory się raczej nie zdarzało.

Do stycznia 2015 roku łudzono się, że porozumienie kiedyś przyniesie oczekiwane rezultaty. Choć walki toczyły się nadal, ich intensywność spadła. Aż do nieoczekiwanej dla społeczności międzynarodowej eskalacji konfliktu, która unieważniła pierwszy dokument z Mińska. W ferworze walk i straty przez Ukraińców donieckiego lotniska normandzka czwórka, czyli Ukraina, Rosja, Francja i Niemcy, pod auspicjami OBWE szykowała kolejny dokument. W ten sposób, podczas trwającego oblężenia przez separatystów miasta Debalcewe, podpisano drugie porozumienie mińskie. Miasto padło w końcu pod ciągłymi atakami separatystów niedługo po wejściu porozumienia w życie. Ten niezbyt udany początek nie wróżył najlepiej, ale dokument okazał się być dużo bardziej trwały niż początkowo oczekiwano. Faktycznie zdarzały się okresy, kiedy walki praktycznie zamierały.

Nieuważna obserwacja

Największą różnicą w porównaniu z sytuacją sprzed pierwszych porozumień z Mińska jest to, że rzadziej dochodzi do starć w ciągu dnia. Wybuchają wtedy, gdy misja obserwacyjna OBWE kończy pracę zgodnie ze swoim grafikiem. I armia ukraińska, i bojownicy separatystów wiedzą, że działania można zaczynać koło dziewiętnastej, a skończyć je trzeba przed dziesiątą. Wtedy można zupełnie nie zważać na konwenanse. Nawet jeśli obserwatorzy przyjadą rano i leje po pociskach pomogą im ustalić, kto strzelał, to przecież nie to samo, co być złapanym na gorącym uczynku.

Choć OBWE nie ma dużego wpływu na toczący się konflikt – obserwatorzy nie wszędzie są wpuszczani, a nawet jeśli coś wykryją, to niewiele mogą z tą wiedzą zrobić – to jednak żadna ze stron nie chce, aby w kolejnym sprawozdaniu z działań misji została określona jako ta, która narusza ustalone zasady. Dlatego gra pozorów trwa – w dzień strony udają, że nie walczą, a obserwatorzy, że dobrze wypełnili swoje zadanie.

Gdy wybija osiemnasta i obserwatorzy w wygodnych hotelach zastanawiają się, jak spędzić wieczór, zaczyna się kanonada.

Proces w martwym punkcie

Dwa lata po podpisaniu pierwszego porozumienia mińskiego i półtora roku od podpisania drugiego widać, że obecny format się wyczerpuje. Drugi rok z rzędu zanim rozlegnie się pierwszy dzwonek w szkołach, na Ukrainie trzeba podpisywać zawieszenie broni. To podpisane kilka dni temu znacznie zmniejszyło intensywność walk, dzięki czemu dzieci stosunkowo bezpiecznie mogły pójść do szkół.

Nikt jednak nie łudzi się, że to potrwa długo, już teraz liczba naruszeń rozejmu meldowanych przez obie strony znowu powoli rośnie. A każdy taki złamany rozejm zbliża nas do sytuacji, gdy na froncie nie będzie już obowiązywać żadne prawo. Jak pokazuje doświadczenie, zawsze oznacza kolejną eskalację konfliktu, kolejne krwawe ataki i ofiary. Czy da się tego uniknąć? Przedstawiciele Rosji od ponad miesiąca blokują kolejne spotkania grupy normandzkiej. Proces pokojowy utknął w martwym punkcie i nic nie zapowiada, że może się to zmienić.

Pozdrowienia-Noworosji-Pawel-Pieniazek

 

**Dziennik Opinii nr 248/2016 (1448)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek
Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco