Świat

Kolejny etap katastrofy

Na pewno w Rosji znajdą się naiwni, którzy uwierzą w każde słowo swojego ukochanego prezydenta, zwłaszcza jeśli prawdopodobieństwo mobilizacji nie dotyczy ich i ich rodzin. Ale pierwsze reakcje i komentarze wskazują na wszechogarniający strach.

Władimir Putin w krótkim wystąpieniu wyemitowanym w Rosji dziś rano ogłosił częściową mobilizację. Z niewielu możliwych scenariuszy rozwoju wydarzeń Kreml wybrał najbardziej oczywisty – i najbardziej tragiczny dla samej Rosji – czyli eskalację wojny z Ukrainą. Dla Ukrainy ważniejsze konsekwencje będą miały aneksyjne referenda okupowanych przez Rosję terenów.

Mniej więcej od początku września, czyli od momentu niespodziewanego sukcesu ukraińskiej kontrofensywy na Charkowszczyźnie, czekaliśmy z niecierpliwością (i z obawą) na reakcję Kremla na spektakularną porażkę rosyjskiej armii. W miarę przedłużającego się oczekiwania napięcie rosło. Tymczasem w sieci, głównie w kanałach na Telegramie, gdzie swoją reprezentację mają zarówno środowiska niezależne, jak i kremlowskie, prokremlowskie i rosyjsko-faszystowskie, zaczęły mnożyć się wszelkiego rodzaju pogłoski i sensacyjne insajdy, których autorzy najczęściej pozostają anonimowi.

Święcenie nowych rekrutów w rosyjskim wojsku. Fot. Press-sluzhba Stavropol’skoy Yeparkhii

Wszystkie te rewelacje można było podzielić na dwa główne nurty. Pierwszy zapowiadał rychłą zmianę na szczycie: sugerowano, że może dojść do jakiejś roszady na Kremlu albo wprost do przewrotu, co dawałoby nadzieję na zmianę, a przede wszystkim na zatrzymanie wojny. Do takiego postrzegania sytuacji skłaniało poczucie pewnego bezwładu, czyli przedłużająca się odpowiedź na ukraińskie sukcesy wojenne oraz wycofanie się z publicznego pola „wodza” i jego przybocznych, przede wszystkim ministra obrony Siergieja Szojgu.

W tej wojnie bardziej niż o granice chodzi o model państwa

Wkrótce doszło do tego wrażenie, jakie zrobił udział Putina na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Samarkandzie. Prezydenci Turcji i Kazachstanu radzili mu tam, by jak najszybciej zakończył wojnę, a w rozmowie jeden na jeden Xi Jinping miał wyrazić niezadowolenie z przeciągającej się „specoperacji”, która wpływa na destabilizację światowej gospodarki. Putin podobno zareagował dość nerwowo na presję ze strony liderów – teoretycznie przecież przyjacielskich – reżimów. Jego udział w spotkaniu w Samarkandzie unaocznił również symboliczną zmianę statusu jego samego i Rosji.

Putin, który tradycyjnie spóźniał się na wszystkie spotkania, nawet z królową angielską (która i teraz czeka na niego niecierpliwie), stał się tym, na spotkania z którym zaczęli spóźniać się politycy mniej znaczących państw. Czekający jak petent rosyjski prezydent, do tego czasem lekko kulejący, zaczął uosabiać słabość i porażkę. Trudno było jednak się spodziewać, że to doświadczenie podziała na niego trzeźwiąco, a po powrocie do domu nastąpi głęboka refleksja, która przyniesie pozytywne dla nas wszystkich rozwiązania. Już decyzja o inwazji z 24 lutego była samobójcza, niestety, nic nie stoi na przeszkodzie, by rozszerzać samobójstwo o kolejne masy ludzi.

Oczekiwanie na pobudkę

Dlatego w drugim nurcie rozważań, insajdów, prognoz i analiz wskazywano na ogłoszenie mobilizacji w Rosji jako na nieuchronny skutek dotychczasowej polityki. Pogłoski o tym, że nastąpi to lada dzień, krążyły szeroko, docierając do wszystkich zakątków Rosji. We wtorek 20 września napięcie sięgnęło zenitu, kiedy nagle pojawiły się oświadczenia okupacyjnych władz tzw. Republik Ludowych, Donieckiej i Ługańskiej, oraz zajętych po 24 lutego części obwodu chersońskiego i zaporoskiego, o konieczności pilnego przeprowadzeniа referendów o przyłączeniu do Rosji.

Kreml tę ideę poparł i okazało się, że referenda odbędą się lada dzień, od piątku 23 do wtorku 27 września. Ten nagły pośpiech zaskoczył, bo zaraz po odbiciu przez Ukrainę terytoriów w obwodzie charkowskim, które otworzyły drogę do dalszej kontrofensywy w obwodzie ługańskim, Kreml w sprawie referendów „włączył pauzę”, jak określił to niezależny portal Meduza. Powołując się na swoje źródła wśród wysoko postawionych kremlowskich urzędników, portal twierdził, że na razie sprawa głosowania została odłożona na bliżej nieokreślony termin, bo sytuacja militarna jest zbyt niestabilna.

Podczas gdy komentatorzy i eksperci dyskutowali o przyczynach tego gwałtownego zwrotu akcji, rosyjska duma znowelizowała Kodeks karny. Pojawiły się tam kary za przestępstwa dokonane w związku z mobilizacją lub w czasie stanu wojennego, dołożono karę więzienia za dobrowolne poddanie się wrogiej armii. Na koniec okazało się, że wieczorem Putin, być może razem z Szojgu, wystąpią z orędziem do narodu. Od tego momentu czekano już tylko na ogłoszenie mobilizacji.

Zaplanowana na 20 czasu moskiewskiego transmisja prezydenckiego przemówienia nie doszła jednak do skutku. Po niespełna dwóch godzinach czekania – w tym czasie napięcie urosło do niewyobrażalnych wręcz rozmiarów – państwowa rosyjska telewizja zdjęła anons, a gwiazdy kremlowskiej propagandy napisały w swoich sieciach społecznościowych, że można kłaść się spać, bo rozwiązanie nastąpi dopiero jutro. Chwilę później rosyjski „Forbes” napisał, że źródło na Kremlu przekazało, że przemówienie Putina zostało nagrane i zostanie wyemitowane rano, kiedy „obudzi się Daleki Wschód”.

Szkolenie nowych rekrutów w rosyjskim wojsku. Fot. infopro64ru/flickr.com

Kiedy u nas był wieczór, we Władywostoku już prawie świtało, ale rozważanie tych niuansów nie ma żadnego sensu, bo wcale nie chodziło o różnice czasowe. Przez całą noc na Kremlu trwały raczej gorące dyskusje między zwolennikami i przeciwnikami różnych rozwiązań. W uproszczeniu można podzielić ich na blok siłowy i tzw. partię wojny oraz na cywilną administrację prezydenta, przywiązaną do budowania iluzji legalności nawet najbardziej nielegalnych działań. Jednak dopóki trwała noc, można było wciąż mieć nadzieję, że z prognozowanych scenariuszy sprawdzi się ten pierwszy, że może właśnie gdzieś w kremlowskich gabinetach trwa przewrót pałacowy lub przeprowadzany jest zamach na czyjeś życie. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe: wygrał scenariusz numer dwa.

Zachód kontra Chiny i Rosja. Kto zwyciężyłby w tej konfrontacji?

Putin w krótkim przemówieniu, w którym powtórzył swoje zgrane tezy o nazistowskiej Ukrainie i wojnie, którą Rosja prowadzi z kolektywnym Zachodem, czającym się na jej terytoria i bogactwa, powiedział, że uważa za konieczne ogłoszenie częściowej mobilizacji. O jej szczegółach więcej dowiedzieliśmy się z oddzielnego wystąpienia Siergieja Szojgu. Wezwania do armii mogą się spodziewać osoby, które są w rezerwie. Zdaniem ekspertów to jakieś 25 mln Rosjan, ale Szojgu zapowiedział, że powołanych zostanie tylko nieco ponad jeden procent tej liczby, czyli około 300 tys. osób.

Jednocześnie po raz pierwszy od marca minister obrony poinformował o dotychczasowych stratach rosyjskiej armii. Podał liczbę 5937 zabitych, jednocześnie dodając, że starty armii ukraińskiej włącznie wynoszą ok. 100 tys. osób, w tym 61 tys. zabitych. W słowach, które wypowiadają rosyjskie władze i propaganda, nie ma sensu doszukiwać się jakiegokolwiek sensu. Ocenianie strat wroga na dziesięciokrotność własnych w sytuacji, kiedy Ukraina odnosi sukcesy na polu boju, co oznacza, że nie tylko ma żołnierzy, ale do tego ma żołnierzy dobrze wyszkolonych i wyposażonych, to oczywiście ordynarne i kuriozalne kłamstwo.

Mobilizacja zrywa umowę społeczną

Pytanie, które zadają sobie Rosjanie, brzmi: skoro zginęło „tylko” 6 tys. żołnierzy, to po co mobilizować 300 tys.? Putin starał się w swoim wystąpieniu nadać temu sens, kilka razy podkreślając, że specjalna wojenna operacja doprowadziła do powstania linii rozgraniczenia, która ma ponad tysiąc kilometrów, więc do jej pilnowania potrzeba naprawdę wielu ludzi. Putin zapomniał jednak dodać, że ta linia to tak naprawdę linia frontu, gdzie wielu zmobilizowanych straci życie.

Pomiędzy dwiema kolonizacjami

Warto jeszcze zwrócić uwagę na te 6 tys. zabitych, o których mówi Szojgu. Na teraz niezależny portal MediaZona, który zbiera informację razem z rosyjską służbą BBC, zidentyfikował 6219 rosyjskich żołnierzy, którzy z wojny w Ukrainie wrócili w cynkowych trumnach. Szojgu podał liczbę mniejszą, choć podobnego rzędu, ale dziennikarze zdają sobie sprawę, że informacje, do których udaje im się uzyskać dostęp, są jedynie częściowe. Realne rosyjskie straty mogą wynosić w tej chwili 15–20 tysięcy żołnierzy. W trwającej trzy lata drugiej wojnie czeczeńskiej straty po stronie sił federalnych, czyli umownie Rosji, ocenia się na ok. 4,5 tysiąca osób, a w wojnie w Afganistanie, która przeszła do kolektywnej postsowieckiej pamięci jako hekatomba, w ciągu 10 lat zginęło według oficjalnych danych, kilkukrotnie zresztą rewidowanych, ok. 15 tysięcy żołnierzy armii ZSRR. Tymczasem „specjalna wojskowa operacja” trwa zaledwie siedem miesięcy, a ogłoszenie przez Putina mobilizacji to przyznanie się, że w tym czasie „specoperacja” poniosła druzgocącą klęskę.

Na pewno w Rosji znajdą się naiwni, którzy uwierzą w każde słowo swojego ukochanego prezydenta, zwłaszcza jeśli prawdopodobieństwo mobilizacji nie dotyczy ich i ich rodzin. Ale pierwsze reakcje i komentarze wskazują na wszechogarniający strach. Od kilku miesięcy różne głosy jak mantrę powtarzają, że jeśli Putin ogłosi mobilizację, to będzie to oznaczać jego koniec. To w pewnym sensie bardzo optymistyczny pogląd, a jego sprawdzenie będzie wymagało trochę czasu. Na wieczór w środę rosyjskie organizacje, m.in. Wiesna, zwołują w dużych miastach protesty przeciwko mobilizacji, przekonamy się więc wkrótce, czy w Rosjanach jest jeszcze potencjał oporu.

Niezależnie od tego, czy Rosjanie się zbuntują, czy nie, decyzja o mobilizacji oznacza, że umowa społeczna między władzą i ludźmi została właśnie zerwana. Kiedy Putin został prezydentem i zaczął koncentrować władzę w swoich rękach, umowa, którą zaproponował Rosjanom, polegała na tym, że będą mogli zarabiać pieniądze, bogacić się i rozwijać, ale nie będą interesować się polityką i przejawiać związanych z nią ambicji. Ogłaszając „specjalną wojskową operację” w Ukrainie, Putin arbitralnie przepisał tę umowę, ale i tym razem Rosjanie ją przyjęli. Od pół roku nowy układ relacji z władzami polegał na tym, że Putin sobie gdzieś tam tę swoją wojnę prowadzi, kto chce, to jedzie, ale zwykła rosyjska rodzina nie odczuwa w związku z tym drastycznych zmian. Putina jednak Rosjanie i Rosja już w ogóle nie obchodzą, obchodzi go tylko Ukraina, jego jedyna obsesja.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało potężny efekt psychologiczny. Od teraz 25 milionów ludzi w Rosji każdego dnia będzie się bało, że dostanie wezwanie na śmierć. Bo może 300 tysięcy to na tle 25 milionów niewiele, ale przecież nikt nie wie, na kogo padnie. Zresztą jeśli wojna będzie się toczyć przez kolejne lata, to 300 tysięcy powołanych teraz będzie tylko początkiem.

Jak Gorbaczow przypieczętował rozpad ZSRR amerykańskim piórem

Z nagłówków portali dowiadujemy się, że od wczoraj Rosjanie intensywnie googlują, jak uniknąć służby, poboru i jak wyjechać z kraju. Niestety opcji nie ma wiele, bo 19 września Litwa, Łotwa, Estonia i Polska ostatecznie zamknęły granice dla Rosjan podróżujących na turystycznych wizach do strefy Schengen. I chociaż ludzie, którzy je posiadają, to niewielki odsetek spośród tych, którzy mogą zostać w najbliższym czasie powołani, to warto byłoby im umożliwić ucieczkę. W końcu w naszym interesie jest, by po rosyjskiej stronie walczyło jak najmniej osób.

Szkolenie nowych rekrutów w rosyjskim wojsku. Fot. infopro64ru/flickr.com

Po ogłoszeniu mobilizacji wystrzeliły ceny biletów z Rosji do Gruzji czy Armenii, czyli krajów, do których Rosjanie nie potrzebują wiz. W ciągu kilku godzin wyprzedały się wszystkie bilety z Moskwy do Mińska. Na Podlasiu zadajemy sobie teraz zasadne pytanie, czy tej jesieni i zimy nie zobaczymy w naszych przygranicznych lasach głodnych i zziębniętych rosyjskich mężczyzn, którym udało się przeskoczyć przez graniczny płot.

Ukraina mobilizacji się nie boi

Ukraina na mobilizację reaguje spokojnie, a może nawet z pewną satysfakcją. Właśnie dlatego, że to najlepszy dowód rosyjskiej porażki. Ukraińskie dowództwo wie doskonale, że nie sztuką jest zmobilizowanie człowieka, sztuką jest jego przeszkolenie i wyposażenie. Rosyjskie doświadczenie i możliwości są pod tym względem ograniczone. Chociażby dlatego, że w Ukrainie zginęło już wielu generałów i oficerów, nie bardzo więc wiadomo, kto miałby odpowiadać za organizacyjne aspekty mobilizacji, która jest ogromnym przedsięwzięciem. Słabo wyszkoleni i pozbawieni motywacji do walki rosyjscy żołnierze nie są postrzegani jako główne zagrożenie.

Dobrzy Rosjanie nadają z Kijowa i mówią, jak obalić Putina

Pewne konsekwencje może za to wywołać aneksja okupowanych terenów po przeprowadzonych na chybcika referendach. Kijów słusznie twierdzi, że dla ukraińskiej armii nic to nie zmienia, nadal będzie odbijać ukraińskie terytoria okupowane przez Rosję. Ale Rosja będzie na pewno kontynuować wszelkiego rodzaju szantaże, w tym atomowy, licząc na to, że osłabi to chęć Zachodu do wspierania Ukrainy i wysyłania jej broni. Niewykluczone, że Kreml ulokuje na okupowanych terenach ładunki jądrowe i odpowiednie do nich nośniki i będzie grozić uderzeniem taktyczną bombą atomową, jeśli Ukraina będzie nadal rozwijać tam kontrofensywę.

Wiele z nas zdążyło się przyzwyczaić do wojny, oswoić ją. Po siedmiu miesiącach rosyjskiej inwazji na Ukrainę zaczyna się nowy etap eskalacji i nowy etap katastrofy. Czeka nas też wiele wyzwań w Polsce, z nadchodzącą zimą i kryzysem energetycznym na czele. Mimo to: keep calm and support Ukraine.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij

20kp-logo-white-500px