Świat

„Jesteśmy silne i śmiałe”. Relacje uczestniczek protestów w Białorusi

Protesty ogarnęły już 25 miast, a w samym Mińsku – kilka dzielnic. Wiemy, że ponad 7 tysięcy osób zostało aresztowanych, potwierdzono przypadki śmiertelne. W chwilach kiedy w Białorusi pojawiał się internet, udało mi się porozmawiać z czterema młodymi dziewczynami i matką jednej z zatrzymanych. Pisze Julia Aleksiejewa.


Od dnia wyborów 9 sierpnia do dziś, co wieczór i noc milicja wyprowadza na ulice białoruskich miast wielkie maszyny, strzela do ludzi gumowymi kulami, hukowo-błyskowymi granatami i rozpyla gaz. Protestujący wznoszą barykady, odbijają złapanych przez OMON, odpalają fejerwerki i blokują ulice korkami samochodowymi. Protesty ogarnęły już 25 miast, a w samym Mińsku – kilka dzielnic. Wiemy, że ponad 7 tysięcy osób zostało aresztowanych, a potwierdzono dwa przypadki śmiertelne.

Po trzech nocach protestów w dzień na ulice zaczęły wychodzić Białorusinki, niosąc kwiaty. Właśnie kobiety przyciągnęły uwagę do skali przemocy, która panuje w nocy. Do nich dołączyli kierowcy samochodów, którzy hamują w centrum miasta i hałasują klaksonami. W czwartek rano zaczęły strajkować największe fabryki.

W chwilach kiedy w Białorusi pojawiał się internet, udało mi się porozmawiać z czterema młodymi dziewczynami i matką zatrzymanej obserwatorki wyborów. Dwie bohaterki prosiły, by nie upubliczniać ich imion.

Płacze, bo nie widzi tego na własne oczy

Marta została zatrzymana w sobotę wieczorem. Była niezależną obserwatorką w komisji wyborczej numer 50 w stolicy. Widziała fałszerstwa podczas przedterminowego głosowania. Pisała prywatnie na Messengerze do znajomych, że to nie są wybory, tylko sztuka absurdu. „Naliczyliśmy 30 osób, do protokołu zostało wpisane 200. Wiedziałam, że kłamią, ale nie sądziłam, że aż tak. Wygonili nas na zewnątrz. Możemy rejestrować tylko frekwencję”.

Białoruska rewolucja jest kobietą

czytaj także

Po zakończeniu głosowania mieszkańcy dzielnicy zebrali się na podwórku przed szkołą, gdzie znajdowała się komisja. Czekali na wyniki. Nagle przyjechał radiowóz i zaczął najeżdżać na ludzi. Matki wystawiły wózki z dziećmi, żeby ich zatrzymać. Stanęli w pobliżu.

Kiedy Marta i inni obserwatorzy wyszli ze szkoły, od tyłu podeszły do nich osoby w cywilu. Ona próbowała stawić opór. Rozerwali jej ubranie. Prawdopodobnie uderzyli w głowę, bo prosiła matkę o przekazanie środków przeciwbólowych. Ją i innych obserwatorów wepchnęli do radiowozu i zabrali. Matka przez pięć godzin stała przed posterunkiem policji, zanim wreszcie udało jej się przekazać leki i ubrania. Córki nie zobaczyła. W nocy obserwatorów przenieśli do innego miejsca. Dokąd – nie wiadomo. Matka znalazła ją po dwóch dobach w jednym z mińskich aresztów.

We wtorek minęły trzy doby od zatrzymania. Wedle prawa po takim czasie musi być sąd. Oczywiście o rozprawie powiadomiono pięć minut przed jej rozpoczęciem. Postawiono dwa oskarżenia: drobne chuligaństwo i opór wobec funkcjonariuszy podczas zatrzymania. Zabrano Marcie telefon, na którym rejestrowała dowody fałszerstw. Adwokata nie wpuszczono.

Decyzje były już gotowe – Marta dostała 15 dni aresztu. Kilka osób wypuszczono. Matka Marty miała nadzieję, że córkę też wypuszczą, przyniosła świeże ubranie. Pozwolili przebrać się w sądzie. Matka zauważyła, że Marta nie miała nic złamanego, tylko siniaki.

– Kiedy usłyszała wyrok, to się popłakała. Ona nawet nie wiedziała, co się dzieje w mieście. Na koniec powiedziała do sędziego, że zwyciężymy, i ogłosiła głodówkę. Powiedziałam jej, że więzienie zostanie zburzone, że wyjdzie wcześniej i wszystko się zmieni. Myślę, że płakała, bo nie widzi tego, co się dzieje na ulicach, na własne oczy – opowiada jej matka.

Areszt rozpoczął się od razu. Matka Marty nie wiedziała dokładnie, gdzie jej córka będzie odbywała wyrok. Prawdopodobnie najpierw była na Akrescina. W środku jest tak dużo zatrzymanych, że w celach, gdzie są cztery łóżka, znajduje się osiem osób, jeżeli nie więcej. Opowiadają, że śpią po kolei.

Pod murami aresztu codziennie czeka około 500 osób, które próbują dowiedzieć się, czy są w środku ich bliscy, albo przekazać rzeczy niezbędne. Niektórzy nocują na miejscu. Matka Marty też tam była. Chłopak z ochrony powiedział, że córka została wywieziona. Tym razem może do Żodzina, 45 km od stolicy. Ale to wciąż nie jest potwierdzona informacja.

Wybraliśmy taktykę – wjechać do miasta samochodem i działać na miejscu

Daria mieszka w Warszawie, ale jeszcze w lipcu pojechała do Mińska, żeby odwiedzić rodzinę, przyjaciół, no i oczywiście, zobaczyć, co będzie się działo w czasie wyborów. W niedzielę wyborczą normalnie zagłosowała, ale do centrum wydarzeń nie przedarła się, bo ulice były zablokowane.

Więcej zobaczyła następnego dnia, w poniedziałek. „Wybraliśmy z kolegą taką taktykę – wjechać do miasta samochodem i działać na miejscu. Komuś pomóc albo samej coś zorganizować”.

Jak buduje się obywatelska Białoruś [podcast]

czytaj także

Swoją wycieczkę zaczęli od przedmieścia. „Pierwszą dzielnicą, do której wjechaliśmy, była Sieriebrianka. To był jakiś surrealizm. Wyszło niewielu ludzi, taka grupka, ale kawałek dalej zobaczyliśmy kilka rzędów «astronautów». W stronę grupki rzucono granatami”. To było dopiero o godzinie 19.

Od momentu wyjazdu na miasto w telefonie Darii nie było połączenia internetowego. Znajomi, którzy zostali w domu, cały czas dzwonili i opowiadali masakryczne newsy z miejsc wydarzeń. A w tym czasie Daria z kolegą przejeżdżali przez centrum miasta, gdzie nie działo się nic.

Skierowali się tam, gdzie byli znajomi, by w odpowiednim momencie złapać ich do samochodu. Kilka osób zabrali blisko centrum handlowego Riga, jednego z najgorętszych miejsc tej nocy. Inni znajomi Darii wyłapywali z ulicy nawet obcych, żeby ich uratować.

„Tak naprawdę trudno jest podjechać blisko centrum wydarzeń. Miasto w tych częściach zostało sparaliżowane. Jeżeli nie przyjechałeś na samym początku, później samochodem już się nie dostaniesz. Gdzieś przejazd blokuje milicja, gdzieś sami ludzie utworzyli korek, bo tam ich zepchnięto, ale oni protestują nadal, nie chcą się rozejść”.

Sierakowski wśród protestujących: W Białorusi pękła bariera strachu

Przez kolejne dni blokowany był internet. Daria opowiada, że w pierwszych dniach demonstracji najpopularniejsze VPN działały, w poniedziałek już całkiem nie. Ani sekundy. Ludzie kontaktują się „po staremu” – piszą SMS-y lub dzwonią do tych, którzy zostali w domu, bo internet domowy jeszcze jakoś daje radę. To trochę utrudnia organizację.

„Tu trzeba myśleć, jak ich przechytrzyć. Może korzystać z mało popularnych serwisów, może, dopóki działają komórki, zorganizować jakoś masowe powiadomienia ludzi przez SMS-y” – myśli Daria.

Rozwój sytuacji trudno przewidzieć. We wtorek Daria wróciła do Warszawy i śledzi wydarzenia już stąd. Mówi, że nikt z jej znajomych nie przewidywał takiego scenariusza. A teraz jej rodzice, którzy mieszkają za miastem, słyszą strzały i widzą błyski.

W mieście jest dużo czarnych plam po granatach

„Tak wyglądają moje dni: budzę się i biegam. W pierwszy dzień byłam pod Stelą [obeliskiem przy Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej – red.]. W poniedziałek biegałam między nią a ulicą obok. We wtorek na Uruczczy. Widziałam wojskowych, ale nie wiem, kto to dokładnie był. Szkoda, że ich nie odróżniam.

W niedzielę byłam w towarzystwie 15 osób, które wzięły ze sobą instrumenty muzyczne. Myśleli, że uda się stać, śpiewać piosenki. Spotkaliśmy grupę 300–400 osób. Jacyś chłopcy próbowali koordynować tłum. Zaproponowali głosowanie, gdzie iść – do Steli czy gdzieś indziej. Ale w trakcie głosowania część osób odłączyło się i ruszyło w stronę centrum, pociągając za sobą innych. Postanowiliśmy z kolegami nie dołączać do nich, ale i tak OMON już nas rozdzielił.

Snyder: Łukaszenka może pójść drogą Jaruzelskiego

Nie wiem, kto zaczął pierwszy. Ale obie grupy, protestujący i milicja, szli marszem do siebie.

OMON stał dookoła tak, że nie można było podejść bliżej. A w podwórkach obok wybuchały granaty hukowo-błyskowe i bito ludzi. Moich znajomych nie dogonili.

Udało nam się schować w klatce schodowej obok Steli. Widzieliśmy stąd, jak 5 tysięcy osób jednocześnie zapaliło światła telefonów, a OMON bił w tarcze i próbował zastraszyć hałasem. Ludzie szli do nich, ale zostali zepchnięci w stronę centrum.

Na ulicach było dużo krwi. I jakieś krwawe fragmenty czegoś, podobne do waty, ale nie wata. Strzały milicji trafiały w domy. Widzieliśmy, jak do sąsiedniego domu przyjechała straż pożarna. Schowaliśmy się na siódmym piętrze.

Rano, kiedy wychodziliśmy, zobaczyłam, że na poziomie drugiego piętra ogromny kawałek tynku odpadł od ściany. W mieście jest dużo czarnych plam po granatach.

Rano miasto robi się prawie puste. Ludzie zbierają się tylko w określonych dzielnicach. Cały czas dociera dużo niepokojących informacji. Na przykład, że siłowiki wyskakują z samochodów, strzelają i jadą dalej. Albo wybiegają zza tarcz, strzelają w tłum gumowymi nabojami i znowu się chowają.

Wczoraj już było mniej ludzi. Tym razem sama chodziłam po dzielnicy. Tak nawet było łatwiej, bo nie przyciągałam uwagi. Już mało się działo. Poszłam w stronę domu, jacyś ludzie próbowali się zebrać, a zaraz potem słyszałam krzyki i widziałam, jak gonią ich mężczyźni w czarnych mundurach. Dwa razy otwierałam klatkę schodową, żeby uciekający zdążyli się schować. Przybiegły młode dziewczyny, osiemnastolatki z miasteczka pod Mińskiem.

W środę rano pojawił się internet. Zobaczymy, co będzie dalej, ale nikt nie wie, co robić”.

Jak nie teraz, to już nigdy

Alesia i jej znajomi, którzy protestują codziennie, są zmęczeni, ale rozumieją, że trzeba iść do końca. W dzień odpoczywają, przeglądają wiadomości i znowu wychodzą na „maratony”. Dziewczyna opowiada, że wcześniej nie brała udziału w żadnych obywatelskich działaniach. Mówi, że była pasywna, „spała”.

„Prawie całe życie mieszkałam w innym kraju. Identyfikowanie się jako Białorusinka długo nie było oczywiste. W ostatnich latach jest wyraźniejsze. Przyjęłam to, kim jestem. Jestem teraz w tym pewna”.

Co sprawiło, że się „przebudziła”? Aresztowanie jej szefa, Eduarda Babaryki i blokowanie rachunków bankowych platformy crowdfundingowej Ulej, gdzie pracowała. Od 11 czerwca nie dostała wynagrodzenia.

„Białoruś nie jest w takiej sytuacji, w jakiej był Krym”

Kiedy zaczęła się kampania wyborcza Wiktara Babaryki, sztab znajdował się w biurze, gdzie pracowała Alesia. Widziała kampanię od środka. Mówi, że czerwcowe wydarzenia były dla niej przełomowe. Zrozumiała, że nie może stać na uboczu, że ma coś do powiedzenia.

W niedzielę wyborczą zagłosowała ze swoją babcią i wieczorem poszła pod Stelę. Na miejscu gromadziło się już wielu mieszkańców sąsiednich ulic. Razem z nimi podjeżdżały samochody techniczne i radiowozy. Ludzie stali w łańcuchu. OMON bardzo szybko zaczął działać agresywnie. Rzucili w protestujących kilka granatów hukowo-błyskowych. Ale Alesia się nie przestraszyła. Mówi, że nie rozumie, czemu się nie boi.

Udało jej się stanąć obok samego obelisku. Niektórzy próbowali porozmawiać z ludźmi z OMON-u. Ale cała aleja została zamknięta łańcuchem tarcz. Alesia i jej przyjaciele zostali odepchnięci od pomnika.

„Na samym początku nie rozumieliśmy w ogóle, gdzie są inni ludzie. Później się okazało, że byliśmy 500 metrów od miejsca wydarzeń. Ale i tak nie było tylu osób, byśmy mogli stawić opór tarczom OMON-u. Był chaos. 300 osób przyszło z innej strony – pojawili się w momencie, kiedy najbardziej potrzebowaliśmy pomocy. Próbowaliśmy schować się przed OMON-em za tramwajem”.

Putin to uczeń Łukaszenki [rozmowa Sierakowskiego z Michnikiem]

Tłum, w którym była Alesia, wsparli kierowcy samochodów. Osłaniali protestujących od granatów i kul. „W tym momencie poczułam niesamowitą energię. Wszyscy krzyczeli, klaskali”.

Szybko się skończyło. Ci, którzy byli z przodu, przekazali, że OMON już czeka. Alesia, razem z innymi, skręciła w stronę bazaru Kamarouskiego. OMON gonił ich aż do zamkniętej bramy. „Wtedy zrozumiałam, że ten czas nastąpił. Rozumiałam, że prędzej czy później mnie złapią. Byłam przygotowana, miałam ze sobą bluzę z kapturem, a nawet szczoteczkę do zębów. W pewnym momencie komuś się udało otworzyć bramę i wszyscy pobiegliśmy między rzędami straganów. OMON gonił nas jeszcze jakiś czas, ale później już chyba się zmęczyli”.

Do domu dostała się, łapiąc stopa. Chłopak, który był za kierownicą, tego wieczoru specjalnie wyjechał do centrum miasta, by zabierać ludzi do domów.

Następnego dnia Alesia znowu wyszła na spacer z kolegami. W dobrym momencie trafiła w tłum ludzi, który przeprowadził ją do centrum handlowego Riga. Protestujący już budowali barykady, samochody blokowały ulice. Ktoś puścił plotkę, że może być prowokacja. Potwierdziła się. OMON przyjechał do nich w karetce pogotowia. Musiała znów uciekać. Nie ma jednak szans, by przestała wychodzić, „bo jak nie teraz, to już nigdy się nie uda niczego zmienić”.

Pokażmy prawdziwą sąsiedzką solidarność z Białorusią

Zdaniem Alesi ta kampania i pandemia koronawirusa pokazały, jak bardzo Białorusini są solidarni ze sobą. „Bardzo mi się podobało, jak szliśmy aleją i kobieta, która mieszka na parterze, częstowała nas wodą, żebyśmy się napili”. Zaskoczyło ją, że dziewczyny nie panikują, ale wspierają chłopaków podczas protestów. „To nie pojawiło się teraz, to było w nas od zawsze. Ta moc, pewność i brak lęku. Czuję wielki szacunek wobec postaw dziewczyn podczas tych protestów. Jesteśmy silne i śmiałe”.

Skąd nadejdzie pomoc?

„W pierwszych dniach protestu akurat miałam dyżury. Nie działał internet, żaden VPN. Informacje dostawałam od osób, które trafiały do szpitala.

Jedyne, co odczuwałam, to dziki strach, bo widziałam następstwa. Komuś oderwało palec, ktoś ma złamane kończyny. Za co? Bo Mińsk stał się polem walki. Radiowozy uderzają w samochody, w których siedzą cywile. Trafił chłopak, który cały czas był w samochodzie. „Astronauci” rozbili szyby, bili go po głowie. Kiedy przyjechał do szpitala, byliśmy zszokowani. Za co? Trafiają do nas nastolatki. Nie mogę patrzeć na te pobite dzieci. Jeden z nich był bez koszuli. Bili go przez 15 minut. Dobrze, że nic nie złamali, ale chłopak ledwie chodzi. Ma ze 20 śladów po pałce policyjnej. Plecy, ręce, nogi, głowa. Drugiego po prostu uderzyli twarzą o ziemię.

W sprawie Białorusi Zachód jest albo bardzo słaby, albo strasznie cyniczny [rozmowa z Pawłem Kowalem]

Trudno jest kogokolwiek znaleźć. Dzwonić na posterunki się nie da, sieci są cały czas zajęte. Szukałam koleżanki. Ona nie wytrzymała. Poszła z inną koleżanką jednej nocy, by nieść pomoc medyczną na miejscu. Nikogo nie było na ulicach. Tłum się rozbiegł. One poszły dalej, a wtedy podjechał samochód. Wojskowi z automatami zabrali je na posterunek milicji. Dobrze, że nie bili, ale twarzą do ściany potrzymali. Opowiadała, że zatrzymanych mężczyzn trzymają na podwórku, większość z nich leży głową w dół. Cały czas byli bici, a co 15 minut kazali im śpiewać hymn Białorusi. Ona i jeszcze siedem dziewczyn nocowały w pokoju 3 na 3 metry.

Boję się zostać zatrzymana, bo kto będzie leczył pobitych na ulicach? Chcę pomagać, chcę leczyć. Pęka mi serce, kiedy dzwonią telefony w szpitalu. Ludzie szukają bliskich. Chciałabym, żeby ta osoba znalazła się u nas. Przynajmniej na pewno byłaby żywa.

Nie chcę agresji. Jest jej dużo. Siły nie są i nie będą równe. Ludzie w czarnych mundurach są przyzwyczajeni działać brutalniej, kiedy napotykają opór.

Te protesty są spontaniczne i niezorganizowane. Rozumiem ich przyczynę, ale kiedy nie ma określonego celu, to może doprowadzić to do katastrofy. Kiedy pojawia się internet, zaraz dochodzi do prowokacji na komunikatorach.

Teraz ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsi wychodzą protestować pokojowo, drugich ponosi adrenalina. A potem bici są i jedni, i drudzy, i również ci, którzy akurat przechodzili obok.

Reżimowi nie udało się zastraszyć ludzi. Milicja nosi maski – raczej ze wstydu niż z powodu wirusa

Wiem, że ludzie starają się pomagać sobie nawzajem. Zostawiają apteczki czy wodę na klatkach schodowych. Ale teraz OMON albo ludzie «w cywilu» chowają się prawie w każdym podwórku. Kolega chciał otworzyć drzwi klatki dla protestujących i przez szybę zobaczył, że milicja już na nich czeka. Słyszałam, że kiedy ludzie się schowali, tamci wybijali drzwi na klatkę, zabierali wszystkich.

Nie mogę spokojnie wyjść do sklepu. Nie mogę nawet normalnie dojechać do domu czy do pracy, bo nie wiem, czy jeżdżą autobusy. Szłam rano piechotą. Pobite szyby, zdemolowane ściany. Miasto wygląda jak na początku wojny. Nawet podczas Euromajdanu wszystko było inaczej. Była koordynacja działań, wiadomo było, co robić, jak się zachować. Mówią, że wprowadzą godzinę policyjną lub stan wojenny.

Skąd nadejdzie pomoc? A lekarzy też łapią i biją. Chcemy protestować, ale nie wiemy jak. Na razie najlepszą opcją stało się wyjście przed szpitale, na znak solidarności, z hasłami, że jesteśmy przeciw przemocy. Możemy też w proteście masowo wyjść ze związku zawodowego, który i tak nie działa, tylko pobiera od nas pieniądze.

Wiem na pewno jedno. Musimy działać pokojowo”.

**
Julia Aleksiejewa – reporterka i dokumentalistka.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać