Świat

Gdula: Cypryjska lekcja

Po tym kryzysie na pewno wiemy jedno: rację mieli neoliberałowie powtarzający, że nie ma darmowych lunchów. Płacimy właśnie za brak regulacji, zbyt swobodne krążenie kapitału i raje podatkowe.

Od kilku dni na Cyprze znów działają banki. Klienci mogą jednak dokonywać tylko ograniczonych operacji. Wolno im pobrać do 300 euro, ale nie mogą na przykład zlikwidować swojego rachunku albo przekazać pieniędzy za granicę. Pozwolenie na wszystkie przelewy ponad 200 tys. euro wydaje specjalna komisja, która monitoruje też mniejsze przepływy pieniężne. Ten mały stan wojenny w cypryjskiej gospodarce będzie pewnie kolejnym argumentem dla krytyków drogi, jaką wybrano przy ratowaniu tamtejszego systemu bankowego. Czy rzeczywiście ratowanie Cypru to jedno wielkie nieporozumienie?

Zacząć trzeba od kwestii sprawiedliwości. Największe kontrowersje budzi opodatkowanie dużych lokat pieniężnych przekraczających 100 tys. euro i sfinansowanie w ten sposób programu ratowania cypryjskiego systemu bankowego. Krytycy mówią, że klientów cypryjskich banków potraktowano inaczej niż klientów innych europejskich banków, które ratowano z publicznych pieniędzy. Rzeczywiście tak się stało, ale niekoniecznie oznacza to niesprawiedliwość. Cypr jest naprawdę wyjątkiem, bo aktywa sektora bankowego ośmiokrotnie przekraczają jego PKB. Pieniądze na Cyprze nie znalazły się przypadkowo, sprzyjały temu bardzo niskie podatki i nieprzejrzysty system instytucjonalny pomagający prowadzić szemrane interesy.

Decydując się na zamrożenie dużych lokat i wykorzystanie ich w programie ratunkowym, w zasadzie postępuje się sprawiedliwie, bo opodatkowuje się kapitał, który wcześniej podatków unikał.

Na pewno sposób restrukturyzacji banków częściowo ogranicza problem rozdętego sektora bankowego. Na razie do końca nie wiadomo, jak bardzo uszczuplone zostaną lokaty, ale możliwe, że dotyczyć to będzie nawet do 40 procent ich wartości. Aktywa banków nieco więc stopnieją i nastąpi zmniejszenie nierównowagi miedzy realną cypryjską gospodarką a sektorem finansowym. Problem w tym, że w programie ratunkowym jako celu wdrażanych zmian nie podaje się jej likwidacji. Co prawda Unia Europejska, udzielając pożyczki, zażądała podniesienia podatków, co może zniechęcić do trzymania pieniędzy na Cyprze, ale nie do końca wiadomo, czy Unia będzie w stanie przeforsować swoje pomysły, kiedy sytuacja trochę się uspokoi.

Nie bez znaczenia jest kwestia zaufania. Krytycy opodatkowania lokat mówią, że przekroczony został Rubikon. Od teraz nigdzie w strefie euro nie można być pewnym, czy nasze pieniądze w banku nie zostaną użyte do ratowania podupadających gospodarek. Wzmaga to tylko niepewność w czasie kryzysu i może utrudniać zachowanie stabilności. Ludzie są przecież racjonalni i na pierwsze pogłoski o kłopotach banków rzucą się do kas, żeby wypłacić swoje oszczędności. Coś jest na rzeczy, ale sprawa jest bardziej złożona. W końcu pierwotnym planem było opodatkowanie wszystkich lokat prawie siedmioprocentowym podatkiem. Zrezygnowano z tego na skutek silnych protestów obywateli i odrzucenia ustawy przez parlament. Przyjęte rozwiązania chronią drobnych ciułaczy i nie naruszają środków, które mogą być potrzebne do normalnego życia. Z cypryjskiej lekcji płynie zatem wniosek, że ufać w pierwszym rzędzie trzeba demokracji.

Zapytać należy, co było realną alternatywą wobec obciążenia lokat. Ratowanie banków przez zwiększenie zadłużenia cypryjskiego budżetu nie wchodzi w grę, bo jest on po prostu za mały i już poważnie zadłużony (ok. 80 procent). Program ratunkowy (16 mld euro) kosztuje przecież niemal tyle, co roczne PKB Cypru (19 mld euro). Ratowanie banków w całości przez UE byłoby potwierdzeniem słuszności drogi wybranej przez Cypr, czyli żerowania na pieniądzach wyciekających z wyżej opodatkowanych lub lepiej kontrolowanych gospodarek. Unia, wkraczając dziś jako ostatni płatnik, okazałaby się frajerem po raz drugi. Trzecia droga to doprowadzenie do upadku banków, chaos i prawdopodobne wyjście ze strefy euro. Wtedy na pewno sytuacja zwykłych Cypryjczyków nie byłaby łatwiejsza niż dziś.

Po cypryjskim kryzysie na pewno wiemy jedno: rację mają neoliberałowie powtarzający, że nie ma darmowych lunchów. Rzeczywiście płacimy za brak regulacji, zbytnią swobodę krążenia kapitału, tolerowanie rajów podatkowych i obniżanie podatków prowadzące do nadmiernych deficytów. Nic za darmo, za krótkowzroczność kapitalistów i błędy polityków prędzej czy później wystawiony zostanie nam rachunek. Sytuacje kryzysowe uzmysławiają tylko prawdę, która niestety umyka na co dzień. Prywatna własność to tylko operacyjna nazwa sposobu zarządzania wspólnym majątkiem. Jeśli zrezygnujemy z demokratycznej kontroli nad nim, w dodatku kontroli opierającej się na zasadzie przezorności, to skutki będą dla nas opłakane. Niby wcześniej to wiedzieliśmy, ale dziś wiemy to bardziej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Maciej Gdula

| Poseł Lewicy
Poseł Lewicy, socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: „Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z Przemysławem Sadurą), „Nowy autorytaryzm” (2018). Od lat związany z Krytyką Polityczną.