Świat

Superliga jest martwa. Ale i tak byście ją oglądali

Możesz zmienić wyznanie, możesz zmienić partnera, miejsce zamieszkania. Możesz zmienić imię i nazwisko, ale klubu, któremu kibicujesz, zmienić nie możesz. A że w tych klubach zakochane są miliony, to będą oglądać nawet takie projekty, jak niewydarzona Superliga. Co najwyżej pokrzyczą trochę: „wolne sądy”, znaczy, przepraszam, „wolne stadiony”!

Zaledwie kilka dni widmo krążyło po Europie – widmo „kooperatywy multimilionerów”. 12 z 15 najbogatszych klubów piłkarskich chciało postawić się UEFA i założyć własną piłkarską Superligę. Z własnymi zasadami, na 20 drużyn. Ligę, z której członkowie nigdy nie spadają. Z podziałem pieniędzy między sobą, głównie za samo uczestnictwo, a nie za wygraną. Z gigantyczną pożyczką na wejściu, acz zależną od możliwości generowania dochodu. Być może także z salary cap, czyli ograniczeniami pensji zawodników. Tak, ku zdziwieniu wolnorynkowców na pewnym etapie najbogatsi wcale nie dążą do konkurowania, które generuje dochód, ale do ciepełka „kooperatywy”, co przewidywali już XIX-wieczni socjaliści zrzeszeniowi.

Po drugiej strony barykady pozostają FIFA, UEFA i jej flagowa Liga Mistrzów z Gazpromem jako głównym sponsorem, która na wieści o Superlidza też zapowiedziała reformę. Chodziłoby o jedną ligę z graniem każdy z każdym plus faza pucharowa, tyle że wciąż, w przeciwieństwie do Superligi, przynajmniej teoretycznie otwartą na średniaków i na biedniejszych.

Sport bez ryzyka

Dlaczego najbogatsi chcieli zrobić sobie Superligę, skoro skomercjalizowana do cna UEFA i tak spełnia niemal wszystkie ich zachcianki? Pisze się o chciwości, co jest oczywistą prawdą. Ale nie tyle o chciwość w sensie pomnażania bogactw idzie tu w pierwszej kolejności, ile o ratowanie klubów przed upadkiem. Rozdęte do granic niemożliwości budżety, gdzie dzień meczowy na stadionie generował nawet 30 proc. przychodu, napotkały górę lodową w postaci pandemii COVID-19. Dodatkowo chciwi piłkarze i ich agenci, o czym często się zapomina, odmawiali radykalnego cięcia płac.

Pierwszy powód to więc groźba bankructwa, która w przypadku FC Barcelony jest wręcz namacalna – ponad 730 milionów euro krótkoterminowego długu do spłacenia, w tym 266 milionów do 30 czerwca. Drugi to konkurencja, ten wolnorynkowy, ale też kibicowski fetysz sprawia, że w przypadku braku awansu do Ligi Mistrzów lub wczesnego z niej odpadnięcia klub traci gigantyczne pieniądze.

To pierwsze w tym roku grozi takim potęgom jak Liverpool czy Arsenal, bo w lidze angielskiej aktualnie wyprzedzają je m.in. Leicester i West Ham. To drugie Realowi Madryt, który dwa lata z rzędu odpadał już w 1/8 Ligi Mistrzów.

Superliga jest więc nie tyle atakiem, ile obroną multimilionerów przed ryzykiem niezakwalifikowania i odpadania z gry we wczesnych fazach pucharowych. Zwłaszcza że „starym milionerom piłkarskim” na kontynencie zagrażają dziś kluby finansowane przez szejków, którzy mają budżet bez dna i spokojnie obchodzą dziurawe finansowe zasady UEFA Fair Play. To dlatego najbogatsi zawiązują własną kooperatywę. Bez względu na to, jak komicznie to brzmi.

Pomysł Superligi spotkał się z powszechnym oburzeniem, w tym dużej części kibiców, których kluby do niej przystąpiły. Nieliczni pomysł popierają, jak chociażby znany i ceniony, także w Polsce, Michael Cox z Zonal Marking, który pisze, że i tak dzisiaj konkurencja superklubów ze średniakami jest raczej iluzoryczna, więc wypchnięcie wielorybów do oddzielnego basenu sprawi, że reszta ryb będzie wreszcie mogła walczyć na równiejszych zasadach.

Od siebie dodam, że taka sytuacja mogłaby wreszcie szerzej otworzyć okno dla polskich klubów. Niemniej jednak takie głosy są nieliczne. Panuje raczej powszechne oburzenie, strzelają memy, wybuchają głośne deklaracje, cofane są nawet lajki i podawane buńczuczne retweety.

Piłkarze Leeds założyli na tę okazję nawet specjalne treningowe koszulki mówiące: [najpierw sobie na Superligę] „zasłużcie”.

To wszystko minie

Wbrew nostalgicznym deklaracjom o miłości do prawdziwego, czystego futbolu tego futbolu niemal nikt nie ogląda. A już na pewno nie w Polsce. Poza kilkoma wyjątkami (Widzew!) nie tylko na spotkania niższych klas rozgrywkowych, ale i na Ekstraklasę przychodzą nieliczni. A jak przychodzą, to i tak liga ta jest przedmiotem szyderstwa i wyzywania od niepełnosprawnych paralityków (ulubiona obelga). Ba, kibice nie uderzyli nawet szturmem do oglądania Ligi Europejskiej, a przecież jest ona o wiele bardziej zróżnicowana niż Liga Mistrzów i często dająca o wiele większe emocje.

Mimo to, jeśli twój ulubiony klub nie gra, raczej na Ligę Europejską patrzył nie będziesz. Kibice piłkarscy chcą meczów najlepszych z najlepszymi, tak jak kinomani chcą najlepszych filmów i seriali, a w NBA czeka się na play-offy. Gadanie o pięknie czystego, nieskomercjalizowanego futbolu to tylko gadanie. Masy rajcuje właśnie futbol komercyjny, tak jak komercyjne kino. Przestańmy się oszukiwać.

Zresztą czy naprawdę ktoś wierzy, że milionowe bazy kibicowskie najbogatszych klubów zrobią jakiś bojkot? Przypomnijmy, że gdy Juventus przekupywał sędziów i spadł do drugiej ligi, to kibice się od niego nie odwrócili. Gdy José Mourinho wkładał palec w oko trenera Barcelony, to kibice stali za nim murem. Gdy Suárez dopuszczał się rasizmu, i tak wspierali go kibice Liverpoolu. Gdy w Barcelonie trzech prezesów wylądowało w więzieniu albo w areszcie, to nikogo z kibiców to za bardzo nie obeszło.

Superliga: 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają najbogatsi

O pieniądzach szejków czy rosyjskich oligarchów w piłce aż szkoda wspominać. Kibice z Lipska z ochotą przystali na zmianę nazwy klubu na RB Lipsk (od Red Bull), wiedząc, że przyniesie to mu gigantyczne korzyści finansowe. Dlaczego? Bo kibic jest wierny. Bo jest to głęboko zakorzenione w jego moralności. Możesz zmienić wyznanie, możesz zmienić partnera, miejsce zamieszkania, możesz zmienić imię i nazwisko, ale klubu, któremu kibicujesz, zmienić nie możesz. To jest zdrada nie do pomyślenia.

I tu następuje przykry paradoks. Coś, co ma być romantycznym, nieskomercjalizowanym gestem nieprzekupnego fana futbolu, staje się jego przekleństwem. Bo skoro klubu się nie zdradza, to musisz podążać za nim do końca. Czy to liga krajowa, czy Liga Mistrzów, czy Superliga. A że w czasach globalizacji w tych klubach zakochane są miliony (w Polsce Real i Barcelona mają więcej kibiców niż np. Legia), toteż owe miliony będą oglądać także takie projekty, jak Superliga. W sumie nie ma znaczenia, czy się giganci dogadają w ramach jednej wielkiej przebogatej Ligi Mistrzów UEFA, czy w ramach odrębnej, ekskluzywnej i przebogatej Superligi. Co najwyżej kibice pokrzyczą trochę „wolne sądy”, znaczy, przepraszam, „wolne stadiony”!

A potem włączą telewizor albo komputer i będą znowu kłócić się o rzuty karne w internecie i zza biurka grać u bukmachera.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij