Świat

Erdoğan, nasz zły policjant [Wielgosz]

W imię krótkowzrocznych interesów podaliśmy Turcji na tacy wszystko, o co przez lata bezskutecznie zabiegała.

Jakub Majmurek: Unia Europejska podpisała porozumienie z Turcją, w ramach którego, w zamian za większą pomoc ze strony Wspólnoty, Ankara ma zatrzymać falę uchodźców w swoich granicach. Czy to rozwiązanie, którego tak długo poszukiwaliśmy?

Przemysław Wielgosz: Na krótką metę Unia prawdopodobnie dostanie to, czego chce. Turcja wejdzie w rolę złego policjanta, zdejmując ją z rządów europejskich. Tureckie służby mundurowe, armia, straż graniczna zaczną ścigać uchodźców i to może do pewnego stopnia ograniczyć strumień ludzi płynący przez ten kraj. Tak jak działo się dekadę temu, gdy Włochy pod rządami Berlusconiego podpisały podobne porozumienia z libijskim dyktatorem Mu’ammarem Kaddafim. Wspólne włosko-libijskie patrole na Morzu Śródziemnym oraz finansowane przez Europę obozy przejściowe wybudowane przez reżim w Trypolisie ograniczyły w pewnym momencie ruch ludzi w kierunku Europy o niemal 90%. Ale ten przykład dowodzi, jak złudne są podobne „rozwiązania”. W chwilę później reżimu Kaddafiego już nie było, a problem powrócił na wielką skalę.

Jest oczywiste, że porozumienie z Turcją na dłuższą metę niczego nie rozwiąże ani nie ustabilizuje sytuacji. Strumień uchodźców będzie płynął do Europy przede wszystkim dlatego, że w ostatnich dekadach przyczyniliśmy się do destabilizacji Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz sporej części Afryki w takim stopniu, że dziś jedynym miejscem, do którego warto w ogóle uciekać przed przemocą, głodem, i strachem, stała się właśnie Unia.

Ilu uchodźców napłynęło do Turcji do tej pory? W jakich warunkach tam żyją?

Turcja przyjęła największą grupę spośród ponad 5 mln uchodźców z Syrii. Od końca 2011 roku, gdy utopiona we krwi rewolucja syryjska zaczęła się przekształcać w wojnę, do Turcji dotarło co najmniej 1,9 mln ludzi. Najprawdopodobniej ta liczba jest zaniżona o dziesiątki, a może nawet setki tysięcy. Bez ryzyka przesady można mówić o ponad 2 mln uchodźców syryjskich w Turcji. Ona także ponosi z największe koszty z tego tytułu. Od końca 2011 r. utrzymanie 22 obozów i inne wsparcie dla uchodźców (80% z nich mieszka poza obozami) kosztowało Ankarę 7 mld dolarów. To niebagatelna suma i wielki wysiłek dla budżetu, a co ważne, Turcja wspierała uchodźców bez pomocy ze strony UE i początkowo dobrze wypełniała zobowiązania wynikające z prawa międzynarodowego. Dziś Unia obiecuje Turcji pomoc o mniej więcej połowę niższą.

Turcja była w stanie zapewnić pewne minimalne poszanowanie praw uchodźców na swoim terenie?

W porównaniu z Libanem czy Irakiem sytuacja uchodźców w Turcji wciąż jest znacznie lepsza. Mimo braku pomocy z Unii wola polityczna Ankary i solidarność zwykłych obywateli zapewniały uchodźcom pewne humanitarne minimum. A nawet więcej. Pamiętajmy, że Turcja stała się najważniejszym ośrodkiem syryjskiego życia politycznego na emigracji. To tutaj działały liczne organizacje, grupy polityczne, stowarzyszenia itd. Oczywiście także Wolna Armia Syryjska i inne antyasadowskie grupy zbrojne oraz różne struktury polityczne mające w zamyśle jednoczyć opozycję. Dziś znajdują się one w kryzysie, część uległa rozpadowi. Ich miejsce zajmują grupy islamistyczne i dżihadystyczne, z Organizacją Państwa Islamskiego włącznie. One także zakładają swoje siatki na terenie Turcji. Miejscowe władze ewidentnie o tym wiedzą, co najmniej je tolerują, a wiele wskazuje, że nieustannie wspierają.

Dlaczego w takim razie Syryjczycy nie chcą zostać w Turcji?

Ludzie, którzy uciekli przez horrorem wojny w Syrii, mają już dość życia w stanie permanentnego zawieszenia. Nie cierpią z głodu, ale nie są też w stanie normalnie żyć. Przekonali się, że nic lepszego w Turcji ich nie czeka. Kończą się im pieniądze, z którymi uciekali. Teraz stoją w obliczu alternatywy: albo przejeść resztki oszczędności i na dobre utknąć pod namiotami lub w dzielnicach nędzy tureckich miast i miasteczek, albo wydać je na niebezpieczną podróż do Europy. To drugie wymaga ogromnej odwagi i wysiłku, ale daje szansę na rozpoczęcie nowego życia.

Na początku uchodźcy wcale nie chcieli uciekać do UE. Przez pięć długich lat godzili się z poniżającym statusem przedmiotu pomocy humanitarnej. Teraz mają dość.

Mogli cierpieć los uchodźcy w nadziei, że wojna szybko się skończy i powrócą do domów lub ruin, które będą mogli odbudować. Dziś ta nadzieja jest mniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, właściwie umiera, bo sytuacja w Syrii tylko się pogarsza. Dlatego decydują się podjąć ogromne ryzyko i zawalczyć o nowe życie. Są zdeterminowani, bo w gruncie rzeczy nie mają wyboru.

Porozumienie UE z Turcją ignoruje to wszystko, koncentrując się na zablokowaniu przepływu uchodźców do Unii. W imię realizacji tego celu daje się na przykład Ankarze prawo do arbitralnego określania, kto jest uchodźcą, a kto „tylko” nielegalnym imigrantem. To zaś może tylko pogłębić kryzys. Co gorsza, zaostrzająca się sytuacja wewnętrzna w Turcji rodzi pokusę obsadzenia części niewygodnych politycznie uchodźców w roli kozłów ofiarnych. To już się dzieje. Konia z rzędem temu, kto zagwarantuje, że aresztowania setek Syryjczyków (obok tysięcy tureckich opozycjonistów) pod pretekstem „walki z dżihadystami” rzeczywiście dotknęły struktur Państwa Islamskiego czy raczej ludzi bliskich lewicy i syryjskich Kurdów.

Jakie nastroje w tureckim społeczeństwie wywołuje napływ uchodźców? I czy turecka gospodarka jest w stanie sobie poradzić z kosztami ich utrzymania?

Pamiętajmy, że od początku kryzysu rząd w Ankarze traktował pomoc uchodźcom jako inwestycję polityczną. Równolegle z otwieraniem granicy, budową obozów dla uchodźców i wyłożeniem dużych środków na pomoc humanitarną Turcja zaangażowała się w konflikt syryjski, wspierając zbrojną opozycję, w nadziei na rychły upadek reżimu Baszara al-Asada. Od jakiegoś czasu jednak nastroje w Turcji się pogarszają. Jeszcze w roku 2013 panowało przekonanie, że trwający wówczas impas na frontach syryjskich to tylko przerwa na przegrupowanie sił, po której powstańcy zmiotą w końcu reżim. Tak się nie stało. W zeszłym roku, gdy uwaga świata skupiała się na efektownym blitzkriegu PI w Iraku, a potem na kurdyjskiej epopei pod Kobane, armia Asada, wspierana przez sojuszników libańskich i irańskich, odzyskiwała kolejne miasta pełniące rolę głównych ośrodków powstania. Z każdym dniem tej niezwykle niszczycielskiej dla ludności cywilnej ofensywy władze i społeczeństwo tureckie uświadamiały sobie, że ich kraj czekają kolejne fale uchodźców i związane z tym koszty. W tej sytuacji rachunek polityczny Ankary, angażującej się w pomoc uchodźcom w nadziei na szybkie korzyści, przestał się zgadzać, a potencjał społecznego współczucia także ulega wyraźnemu wyczerpaniu. Co gorsza turecka gospodarka wyraźnie zwalnia – w 2009 r. notowała 9% wzrost, a w 2014 r. już tylko 3,3%. Także dlatego dziś utrzymywanie sieci wsparcia dla uchodźców jest dla Turcji znacznie większym obciążeniem niż jeszcze dwa lata temu.

Na ile polityka Turcji sama jest źródłem problemu w regionie? Pojawiają się głosy, że Ankara faktycznie współpracuje na wielu poziomach z PI – przymykając oczy na jego operacje na swoim terytorium czy handlując z nim ropą.

Niewątpliwie dziś tak jest. Wojna w Syrii od jakiegoś czasu przestała być „zwykłą” wojną domową. Stała się w dużej mierze polem bitwy dla potęg regionalnych; to wojna per procura. Prowadzą ją z jednej strony monarchie znad Zatoki, Arabia Saudyjska oraz jej północnoamerykański sponsor, wpierające dżihadystów z Frontu al-Nusra, PI i kilka innych grup; z drugiej zaś Iran i Rosja wspierające Asada. Na interesy imperialne nakłada się religijny konflikt sunnicko-szyicki, podsycany przede wszystkim przez ekstremistyczne władze Arabii Saudyjskiej. Do tego trzeba dodać walkę Kurdów syryjskich, irackich i tureckich o emancypację narodową (skądinąd różnie przez nich rozumianą i w różnych sojuszach rewindykowaną). Ten układ tworzy młot i kowadło, między którymi znalazła się demokratyczna rewolucja w Syrii. Dziś została ona niemal zmiażdżona.

Turcja od początku stanęła po stronie powstania, ale nie przeszkadzało jej to w równym stopniu wspierać dżihadystów, których cele, poza usunięciem Asada, nie mają nic wspólnego z postulatami rewolucji z 2011 r.

Pamiętajmy, że spora część kadry Frontu al-Nusra, Frontu Islamskiego i PI to ludzie zwolnieni z więzień reżimu syryjskiego. Asad dał im wolność dokładnie w momencie, gdy te same więzienia zapełniano tysiącami zwolenników demokratyzacji. Ten ruch, mający skompromitować opozycję syryjską w oczach Zachodu, szybko wymknął się spod kontroli i przyczynił do wykreowania dzisiejszej potęgi dżihadyzmu, która zagroziła samemu Asadowi. Z kolei Erdoğan wspierał wszystkich wrogów dyktatora bez różnicy, i w ten sposób razem z władzami w Damaszku stał się mimowolnym współtwórcą sukcesu Państwa Islamskiego.

Najprawdopodobniej miliardy dolarów płynące z Półwyspu Arabskiego docierają także do struktur PI na terenie Turcji i tutaj też są wydawane na zakup broni. Odcinek granicy syryjsko-tureckiej kontrolowany przez PI ma dla tej organizacji strategiczne znaczenie. Tędy płyną pieniądze, broń, sprzęt oraz zwerbowani ochotnicy do oddziałów PI. Z samej Europy przybyło ich ponad 5 tys. Z kolei PI eksportuje tędy ropę naftową do odbiorców w Turcji. Kiedy kilka miesięcy temu bojownicy kurdyjscy byli bliscy zajęcia tego korytarza komunikacyjnego, Ankara zagroziła zmasowanym odwetem, zatrzymując ofensywę kurdyjskiej partyzantki YPG i dosłownie ratując skórę PI. Także samo niechętne włączenie się Turcji w działania koalicji przeciw PI bardzo szybko okazało się zaledwie listkiem figowym, skrywającym ataki na tereny kurdyjskie. W gruncie rzeczy mamy dziś do czynienia z sojuszem Turcji i PI przeciw Kurdom. Wszystko to pozwala mówić, że niezależnie od różnych gestów na użytek partnerów z NATO i zachodniej opinii publicznej, rząd Turcji porzucił marzenia o demokratycznej Syrii, stając się patronem PI. Erdoğan chyba po cichu liczy na stopniowe pogodzenie się Zachodu z koniecznością uznania PI, a z drugiej strony na ucywilizowanie metod i rezygnację z ekspansjonizmu Państwa Islamskiego. Różni tureccy urzędnicy mówią o tym od jakiegoś czasu.

Jaki miałby być w takim razie długoterminowy cel tej polityki Ankary w Syrii? Czy Turcja sama wie, czego chce w dłuższej perspektywie?

Można było mówić o takiej strategii w latach 2011–2012. Turcja bez wahania i bardzo konsekwentnie poparła arabskie rewolucje. Uznała je za wielką szansę także dla siebie. Wydawały się dobrą okazją do realizacji regionalnych ambicji Ankary określanych mianem neoosmanizmu. Doktryna neoosmanizmu, sformułowana przez obecnego premiera Ahmeta Davutoğlu, wyznaczała priorytety polityki zagranicznej Ankary po odrzuceniu jej starań o członkostwo w UE. Mówi ona o odbudowie wpływów Turcji na obszarze dawnego Imperium Osmańskiego. Postrzega Turcję jako ośrodek cywilizacyjny, mający oddziaływać daleko poza obszarem zamieszkałym przez etnicznych Turków. W tym sensie zrywa z ciasnym nacjonalizmem postkemalistowskim, który przez dekady był gorsetem dławiącym aspiracje demokratyczne w Turcji i blokującym uznanie dla mniejszości, np. dla tożsamości kurdyjskiej czy ormiańskiej. W pierwszej dekadzie XXI wieku rządy Erdoğana, hołdując neoosmanizmowi, odniosły szereg sukcesów. Wymiana gospodarcza, otwarcie granic, ruch bezwizowy i wsparcie dla sprawy palestyńskiej przyniosło Turcji ogromną popularność w świecie arabskim.

Siły polityczne, które wypłynęły na fali Arabskiej Wiosny w Egipcie czy Tunezji, patrzyły na Turcję jako na model do naśladowania. Szybko jednak nadeszła fala kontrrewolucji, która objęła Egipt, Bahrajn, Syrię i wreszcie Jemen. Kulminacja wpływów Turcji w regionie zmieniła się w klęskę. Wspierając Braci Muzułmanów, Ankara narobiła sobie wrogów. Napotkała na wrogość nie tylko ze strony sił bliskich dawnym reżimom, ale przede wszystkim ze strony Arabii Saudyjskiej, która zwalcza Braci Muzułmanów, uznając ich za zagrożenie dla monarchii: Rijad interweniował zbrojnie w Bahrajnie i poparł kontrrewolucyjny przewrót w Egipcie latem 2013 r. Także w Syrii zaangażowanie tureckie zderzyło się z interwencją monarchii z Półwyspu Arabskiego, które dążą nie tyle do demokratyzacji Syrii i usunięcia Asada, ile do zniszczenia państwa syryjskiego.

Obecnie Ankara reaguje na zmieniającą się sytuację, która w dużej mierze jest efektem jej własnych działań. To kompletny oportunizm strategiczny, połączony z niewiarygodnym cynizmem. Dyktują go trzy elementy: dynamika wojny syryjskiej, naciski ze strony partnerów z NATO oraz wymogi polityki wewnętrznej w samej Turcji. Ten ostatni czynnik pełni przy tym nieproporcjonalnie dużą rolę. Nie jest to zresztą cecha tylko polityki tureckiej. Wszystkie strony rywalizujące w Syrii oraz częściowo w Iraku działają podobnie.

Chyba jednak nie można sobie wyobrazić rozwiązania sytuacji w Syrii bez udziału Turcji?

Tak, stopień jej zaangażowania w konflikty jest tak wielki, a potencjał tak znaczący, że wszelkie próby pominięcia Ankary muszą spełznąć na niczym. Ale to, co zaproponowała UE, jest chyba najgorszym możliwym wariantem współpracy z Turcją.

W imię krótkowzrocznie zdefiniowanych interesów partii rządzących w europejskich stolicach podano Erdoğanowi na tacy wszystko, o co przez lata bezskutecznie zabiegał, i to w sytuacji, gdy jawnie gwałci niektóre fundamentalne warunki akcesji do UE.

W Ankarze formuje się dyktatura, brutalne represje spadają na opozycję lewicową i działaczy praw człowieka, trwają ataki na krytyczne wobec władz media, a wreszcie rozkręca się wojna z Kurdami – tak wygląda nowy kandydat do UE. To kpina z podstawowych zasad, którym hołduje Unia. Przypomnijmy, że kilka lat temu kandydatura Turcji została odrzucona, mimo że właśnie trwał tam proces demokratyzacji, bo uznano, że Turcja jeszcze nie zrobiła wystarczająco dużo, żeby zasłużyć na członkostwo w UE. Dziś zasługuje na nie, mimo że nie robi nic. Ta sytuacja jest miarą kryzysu w samej Europie – kupczącej swoimi zasadami w imię doraźnych celów politycznych.

Jak podpisane porozumienie ma się do sprawy kurdyjskiej? Czy UE „przehandlowała” Kurdów za uchodźców?

Europa przehandlowała Kurdów już dawno. Na dobrą sprawę nigdy ich sprawa nie zaprzątała uwagi europejskich przywódców. Po 11 września i triumfie koncepcji „nieograniczonej wojny z terroryzmem” wszelkie zbrojne ruchy niepodległościowe czy antyimperialistyczne na globalnym Południu znalazły się na cenzurowanym, wygodnie zdyskredytowane niewiele mówiącym terminem „terroryzm”. PKK, Partia Pracujących Kurdystanów, od lat jest na unijnej liście organizacji terrorystycznych.

Oczywiście obiektywnie ataki lotnicze na PI stanowią wsparcie dla Kurdów syryjskich, a Kurdowie iraccy od lat cieszą się pomocą ze strony USA. Ale z drugiej strony sojusznicy z NATO zapewnili o swoim poparciu dla tureckich działań „antyterrorystycznych”, mimo że doskonale wiedzą, iż oznacza to poparcie dla represji antykurdyjskich i rozprawy z lewicową opozycją turecką.

Kto w UE najsilniej dążył do porozumień? Jaka jest polityka poszczególnych europejskich  stolic wobec Ankary?

Niewątpliwie sukces, jakim jest porozumienie z UE, Erdoğan zawdzięcza determinacji kanclerz Merkel i przewodniczącego Tuska. Trzeba podkreślić, że stanowi ono wyraz twardej, czy też policyjnej, linii wobec uchodźców, ale i tak napotkało na sprzeciw zwolenników linii jeszcze twardszej.

Komisja Europejska zobowiązała się do opracowania planu przyjęcia 400 tys. uchodźców z terytorium Turcji, a na to nie chce się zgodzić nieformalna „koalicja antyuchodźcza” w UE, czyli Węgry, Słowacja, Polska…

Jak Turcja zareagowała na interwencję Rosji w rejonie? Czy zestrzelenie samolotu było nadmierną reakcją w sytuacji wojennego stresu czy częścią jakiegoś szerszego planu?

Rosyjska interwencja stanowi niewątpliwie cios dla Ankary. Można powiedzieć, że to gwóźdź do trumny syryjskich planów Turcji. Zestrzeliwując rosyjski samolot, Turcja na pewno chce wytyczyć Rosji czerwone linie w Syrii. Ale to nie jest żadna długofalowa strategia. Raczej nerwowy odruch obronny wykonany w sytuacji, która coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Podobnie należy oceniać wkroczenie tureckich wojsk lądowych do północnego Iraku, oprotestowane przez rząd w Bagdadzie. Ankara chce w ten sposób ratować coraz bardziej iluzoryczny wizerunek głównego rozgrywającego w regionie.

Rosja ogłasza sankcje wobec Turcji, Turcja zamyka cieśniny na Morzu Czarnym dla rosyjskich statków – jak ten konflikt może eskalować? Czy zostaną do niego wciągnięci inni członkowie NATO?

NATO stoi po stronie Turcji, ale o konflikcie między NATO a Rosją raczej trudno mówić. Przeciwnie, Kerry i Hollande de facto głoszą potrzebę połączenia sił w walce z PI nie tylko z Rosją, ale nawet z reżimem Asada. NATO zgadza się z Putinem, że priorytetem jest walka z „terroryzmem islamskim”. To niewątpliwie poważny błąd, bo źródłem eskalacji przemocy w Syrii jest przede wszystkim Asad. Mamy nieprzyjemną skłonność do przejmowania się przede wszystkim ofiarami zamachów w Paryżu czy Tunezji oraz egzekucjami zachodnich dziennikarzy, w których celuje PI. Przerażenie budzi już sam wygląd bojowników PI. Tymczasem to przecież po europejsku wyglądający dyktator z Damaszku jest odpowiedzialny za 80% spośród ponad 200 tys. ofiar wojny w Syrii. Asad nie chwali się swoimi masakrami tak jak PI, ale to on jest głównym katem Syrii. Każdy w regionie o tym wie, niestety ta wiedza słabo dociera na Zachód, który ma skłonność do przejmowania się tylko „swoimi” ofiarami, dlatego fetyszyzuje zagrożenie ze strony PI. Co gorsza, skupiając uwagę na PI, całkowicie ignorujemy jego głównych sponsorów – Arabię Saudyjską i monarchie znad Zatoki. To władze tych krajów, obok Asada, odpowiadają za eskalację wojny w Syrii. Pozostają jednak bezkarne, bo są sojusznikami Zachodu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, można przypuszczać, że poza wzajemnymi sankcjami konflikt rosyjsko-turecki nie będzie eskalował. Budowa koalicji antydżihadystycznej z Rosją i Asadem krzyżuje rachuby Erdoğana, słusznie przekonanego o nieskuteczności kampanii bombardowań PI. Wszystko wskazuje na to, że ewentualna rosyjsko-natowska wojna z PI oznaczać będzie dalszą marginalizację Turcji w syryjskim teatrze wojennym.

Erdoğan wykorzystywał wielokrotnie kwestie międzynarodowe (np. negocjacje w sprawie wejście do UE) dla załatwiania spraw wewnętrznych. O co gra teraz na arenie wewnętrznej, co chce osiągnąć konfliktem z Rosją, polityką w Syrii i porozumieniem z UE?

Od czasu stłumienia protestów na placu Taksim w roku 2013 rządy AKP zmierzały w stronę brutalnego autorytaryzmu, ale w tym roku doszło na tym tle do prawdziwego i bardzo niebezpiecznego przełomu. Po porażce w wyborach parlamentarnych w czerwcu, gdy AKP nie uzyskała większości koniecznej do planowanej przez Erdoğana zmiany konstytucji, a zarazem sukces odniosły lewicowa i solidarna z Kurdami HDP (Ludowa Partia Demokratyczna) oraz postkemalistowska MHP (Nacjonalistyczna Partii Działania), władza rozpętała turecką wersję strategii potęgowania napięcia. Fala represji, aresztowań, tajemniczych zamachów przypisywanych PI, a dziwnym trafem uderzających w opozycję, skutecznie zmieniła nastroje społeczne. Co więcej, Erdoğan zerwał „proces pokojowy” z Kurdami, atakując ich bazy w Syrii, Iraku, ale także wznawiając walki w samej Turcji. Wszystkie te działania obliczone były na zyskanie poparcia armii i związanych z nią nacjonalistycznych kręgów społeczeństwa, które odwróciły się od Erdoğana, nie mogąc mu wybaczyć koncesji na rzecz Kurdów – uznania ich tożsamości narodowej i reprezentacji politycznej. Trzeba pamiętać, że w Turcji to świecki kemalizm oraz armia pozostają ostoją nacjonalizmu i tendencji autorytarnych. Z kolei umiarkowani islamiści z AKP przez lata stali na czele względnie udanej transformacji demokratycznej.

Dziś Erdoğan postanowił jednak poświęcić zdobycze tej transformacji dla większej władzy prezydenckiej. W konsekwencji zawarł pakt z militarystami i nacjonalistami, zepchnął państwo na krawędź wojny domowej. Ale opłaciło się mu to, bo kreując się na jedynego, który może zapewnić stabilizację, dostał, czego chciał: nowe wybory, do których prezydent doprowadził w listopadzie, oddały pełnię władzy jego partii.

Tło wewnętrzne jest zatem kluczowe w interpretacji konfliktu z Rosją. Erdoğan kalkuluje, że w obecnej sytuacji stać go na takie działania, jak zestrzelenie rosyjskiego samolotu, bo z jednej strony ma oparcie w NATO, z drugiej zaś chroni go dążenie do sformowania koalicji przeciw PI, które sprawia, że nikt nie chce zaogniać konfliktu Rosja-Turcja. Mimo mocnych słów i sankcji Moskwa nie chce tracić szansy na powrót do gry na równych prawach z Zachodem. Dlatego, choć Erdoğan przegrywa w Syrii, na arenie wewnętrznej wygrywa, gdyż potwierdza swoją rolę męża opatrznościowego, twardo stojącego na straży bezpieczeństwa i suwerenności państwa. To się podoba nie tylko wyborcom AKP, ale także wojskowym i ich zapleczu politycznemu. Armia właśnie dostała to, czego chciała – wojnę z Kurdami, festiwal nacjonalizmu i rezygnację z przedefiniowania pojęcia tureckości w stronę ponadetnicznej obywatelskości, tak by włączyć do niej mniejszości. Przede wszystkim jednak wojskowych cieszy odzyskanie wpływów politycznych i widoki na wielkie pieniądze na prowadzenie wojny. Dzięki temu kadra oficerska i środowiska z nią związane przyłączą się do nowego obozu Erdoğana.

Wszystko więc wskazuje na to, że ostatnie wydarzenia jeszcze bardziej konsolidują władzę Erdoğana i jego obozu. Co mogłoby nią zachwiać?

Paradoksalnie im Ergdoğan jest silniejszy, tym gorzej dla niego. Starając się umacniać władzę, podcina gałęzie, na których siedzi. Tworzy sytuację, nad którą coraz słabiej panuje. Jego rachuby są coraz mniej racjonalne. Przynoszą krótkotrwałe efekty, a potem wpychają kraj w jeszcze większe kłopoty. W krótkim czasie prezydent Turcji zburzył konstrukcję wznoszoną przez siebie przez wiele lat, która była przedmiotem zazdrości w regionie i uznania na świecie. Demokratyzacja, demilitaryzacja władzy politycznej, rozejm i dialog z Kurdami, uznanie kurdyjskiej mniejszości i tożsamości, sukcesy dyplomatyczne od Azji Centralnej po Afrykę, dynamiczny wzrost gospodarczy – to wszystko zostało już przekreślone. Dziś Turcja znajduje się stanie wojny, która w dodatku trwa już na jej terytorium. To już nie tylko odnowiony konflikt z Kurdami, ale także rozlanie się wojny syryjskiej i nowa interwencja w Iraku. Możliwy jest też zbrojny konflikt z częścią radykalnej lewicy, która wobec brutalnych ataków i systematycznych represji może chcieć się bronić. Armia odzyskała wpływ na władzę polityczną, a po sukcesach dyplomacji nie zostało zbyt wiele. Erdoğan, któremu nie można odmówić odwagi, wizji politycznej, konsekwencji i skłonności do brania na siebie ryzyka, zdaje się wierzyć, że jest w stanie zwiększać swoją władzę za pośrednictwem zarządzania prawdziwym kotłem konfliktów. Sytuacje takie jak porozumienie z UE wydają się to potwierdzać, ale w istocie odwlekają jedynie jego klęskę.

Przemysław Wielgosz – redaktor naczelny pisma Le Monde diplomatique – edycja polska”.

***

Czytaj także:
Jakub Dymek: Jak przekupić Erdogana i utopić przy okazji paru uchodźców

 

**Dziennik Opinii nr 349/2015 (1133)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij