Świat

Chińska zmiana warty

KPCh zmienia swoje najwyższe władze. Powinniśmy obserwować tę zmianę z uwagą, bo dotyczy nas dużo mocniej, niż nam się wydaje. Komentarz Jakuba Majmurka.

O amerykańskich wyborach prezydenckich komentatorzy mediów na całym świecie często powtarzają, że są one tak ważne dla światowej polityki, że prawo do głosowania w nich powinni mieć nie tylko Amerykanie, ale mieszkańcy całej planety. W tym samym tygodniu, gdy Amerykanie wybierali Obamę, miały miejsce inne, znacznie mniej widoczne (zwłaszcza w Polsce) wybory, o co najmniej równie wielkiej wadze dla najbliższej politycznej przyszłości planety. Ich miejsce to Chiny. Nie mogła jednak brać w nich udziału nie tylko większość mieszkańców globu, ale nawet większość samych Chińczyków. Na zakończonym w środę 15 listopada kongresie nowe przywództwo wybrała rządząca państwem Komunistyczna Partia Chin. Ustalono nowy skład Stałego Komitetu Biura Politycznego – najwyższego ciała decyzyjnego w chińskiej polityce, władnego podejmować kluczowe, strategiczne decyzje.

Przewodzący Państwu Środka przez ostatnią dekadę duet Hu Jintao (prezydent) i Wen Jiabao (premier) odchodzi na emeryturę. Ich miejsca zajmą nowy prezydent i przewodniczący partii Xi Jingping (dotychczasowy wiceprezydent) oraz Li Keqiang (jak dotąd wicepremier), który obejmie funkcję premiera i człowieka numer 2 w KPCh. Co prawda, ich awans na najwyższe funkcje w państwie był już od dawna rozstrzygnięty, ale skład całego Stałego Komitetu do ostatniej chwili pozostawał sprawą otwartą.

Chińska Partia Komunistyczna nie jest bowiem monolitem. Można tu wyróżnić przynajmniej dwie frakcje: „populistów” i „królewiąt”. Pierwsza frakcja, rekrutuje się głównie z funkcjonariuszy wywodzących się z dołów społecznych, którzy karierę partyjną zaczynali od działalności w lidze młodzieżowej partii, a następnie mozolnie wspinali się na kolejne szczeble aparatu.

Populiści związani są z uboższymi częściami Chin, położonych z dala od zamożnych, nadbrzeżnych miast. Ich politycznym protektorem jest odchodzący prezydent Chin, Hu Jintao, kierujący na wcześniejszym etapie kariery młodzieżówką partii. „Królewięta” z kolei rekrutują się głównie spośród dzieci wysoko postawionych funkcjonariuszy reżimu. Wielu z nich kształciło się nie tylko na najbardziej prestiżowych chińskich uczelniach, ale także na amerykańskich college’ach – to pierwsze pokolenie  komunistycznej chińskiej elity politycznej, które ma za sobą doświadczenie „normalnego” życia na zachodzie (ich poprzednicy oglądali go wyłącznie z okien dyplomatycznych limuzyn).

„Królewięta” w większości związani są z zamożnymi ośrodkami na wschodzie kraju i głównymi beneficjentami polityki wprowadzającej mechanizmy rynkowej i wiążącej chińską produkcję z zachodnimi rynkami.

Za ich głównego politycznego patrona uchodzi z kolei, oficjalnie pozostający na emeryturze, Jiang Zemin – szef partii i prezydent Chin w latach 1993–2003, czyli w okresie, gdy prorynkowy kurs nadany przez Deng Xiaopinga i integracja Chin z zachodnią gospodarką pogłębiały się w bardzo szybkim tempie.

Dwa chińskie modele

Podział ten przekłada się (choć nie mechanicznie) na najważniejsze dzielące dziś partię władzy spory i dylematy: między kontynuowaniem nastawienia gospodarki na eksport a pobudzaniem wewnętrznej konsumpcji; wspieraniem biznesu a polityką szerszej redystrybucji dochodów i wprowadzania zabezpieczeń społecznych; wprowadzaniem mechanizmów demokratycznych lub wzmocnieniem politycznego autorytetu partii.

Używając geograficznej metafory można powiedzieć, że spór toczy się między zwolennikami „modelu Chongqing” i „modelu Guandong”. Ten pierwszy, nazwany tak od położonej w centralnej części Chin prowincji, oznacza politykę opartą o pewne mechanizmy redystrybucji, pobudzanie wewnętrznej konsumpcji, gospodarkę mieszaną (gdzie sektor państwowy współpracuje z prywatnym), wyrównywanie różnic między miastem a wsią, partycypację mas w polityce, ale także o prowadzoną na pokaz walkę z korupcją elit gospodarczych i antyliberalny populizm. By zrealizować te cele, władze prowincji pozwoliły chłopom sprzedawać certyfikaty upoważniające do prac budowlanych na uprawianych przez nich terenach rolnych oraz zreformowały niesławny chiński system meldunkowy – hokou. System ten, wiążący wszelkie prawa i świadczenia z miejscem zameldowania, nie pobytu, dostarczał chińskiemu przemysłowi taniej siły roboczej ze wsi – pracujący w chińskich miastach, ale zameldowani na wsi robotnicy, pozbawieni byli w miejscu pracy praw do większości świadczeń. W Chongqing zliberalizowano prawo meldunkowe, umożliwiając szerokim robotnikom rejestrację w miastach, w których przepracowali co najmniej pięć lat.

Model Guandong (nazwany tak od nabrzeżnej prowincji na południowych wschodzie Chin) zakłada gospodarkę zintegrowaną z zachodem, silniej niż dotychczas w Chinach opartą o usługi, media, nowe technologie. Władza dba w nim przede wszystkim o stworzenie przyjaznego klimatu dla prywatnej inicjatywy gospodarczej, prywatyzuje własność publiczną, ale jest także przynajmniej neutralna dla rozwoju „społeczeństwa obywatelskiego”. Władze eksperymentowały w nim z różnego rodzaju mechanizmami, jeśli nawet nie demokratycznymi, to partycypacyjnymi i konsultacyjnymi.

Piąte pokolenie…

„Model Chongqing” w dużej mierze przegrał jeszcze przed wyłonieniem nowego składu KSBP. Lider partii w tej prowincji, Bo Xilai (wymieniany jako jeden z kandydatów do najwyższych stanowisk w partii), został usunięty ze wszystkich stanowisk po głośnej na całym świecie aferze korupcyjnej. Co symboliczne, Bo na stanowisku szefa partii w Chongqing zastąpił dawny przywódca Guandongu, Zhang Dejiang. On także dostał się do KS nowego Politbiura.

Jeśli przyjrzeć się nowemu składowi KS widać, że przewagę zdobyli w nim polityczni wychowankowie Jiang Zemina, z samym Xi na czele. W siedmioosobowym ciele tylko trzej jego członkowie mogą być uznani za wychowanków Hu i przedstawicieli frakcji „populistycznej”. Trzech z siedmiu członków nowego KS bezpośrednio wywodzi z rodzin partyjnych dygnitarzy. Sam Xi jest synem Xi Zhongxuna, jednego z założycieli KPCh. 

Obecna zmiana warty w Chinach nazywana jest „piątym pokoleniem” przywódców. Po samodzielnych, długotrwałych rządach Mao (1949–1976) chińska partia co mniej więcej dziesięć lat odświeża przywództwo, obecna sukcesja władzy jest już czwartą z rzędu, jaką z sukcesem udało się przeprowadzić w jej łamach. 

… i nowe Chiny? 

Czy zmiana ta będzie miała naprawdę przełomowy charakter? Komentarze w prasie światowej wskazują raczej na kontynuację, niż rewolucję. Jednak jak twierdzi związany z chińską nową lewicą politolog Wang Shaoguang, obecna zmiana może mieć równie wielkie znaczenie, jak ta, gdy Deng Xiaoping zastąpił Mao, pokonując w walce o władzę nad partią twardogłowego następcę założyciela KPCh, Hua Guofenga. 

Trzecie i czwarte pokolenie liderów partii w dużej mierze kontynuowało linię Denga. Dziś większość założonych przez niego celów – budowa społeczeństwa „umiarkowanego dobrobytu” (xiao kang), nadgonienie technologicznego zacofania wobec Zachodu, zapewnienie wewnętrznej stabilności politycznej, ostrożna, nie prowokująca konfliktów z silniejszymi ekspansja w polityce zagranicznej – zostały zrealizowane. 

W latach 1981–2001 rozwój chińskiej gospodarki wydobył z biedy około pół miliarda ludzi – choć poniżej granicy ubóstwa ciągle żyje ich w Chinach ponad 100 milionów. Powstała szeroka klasa średnia (w liczbach bezwzględnych jedna z największych na świecie) i całkiem spora grupa ludzi bardzo bogatych. Jak przewidują eksperci, za dwie dekady chińska gospodarka ma być dwa razy większa od amerykańskiej.

Technologicznie Chiny są o całe lata świetlne od epoki Wielkiego Skoku i wytapiania żelaza w przydomowych dymarkach.

Od czasów krwawego stłumienia protestów na Placu Tienanmen władze nie spotkały się z żadnym poważniejszym wewnętrznym kryzysem politycznym. Na arenie międzynarodowej w ciągu ostatniej dekady Chinom udało się zdobyć hegemoniczną pozycję w Afryce (w dużej mierze wypierając interesy dawnych potęg kolonialnych i Stanów) i unikać poważniejszych konfliktów. 

Ale wszystkie te sukcesy rodzą nowe wyzwania, być może – jak twierdzi nie tylko Wang, ale także wielu innych chińskich intelektualistów – wymagające podobnie radykalnej zmiany w myśleniu o polityce, jak ta, którą przyniosło dojście do władzy Denga. Rozwój gospodarczy postawił Chiny przed nieznanym w czasach Mao problemem nierówności społecznych i coraz bardziej masowych protestów pracowniczych. Od 1985 roku różnice dochodów między miastem a wsią zwiększyły się o 85%, na świadczenia społeczne Chiny przeznaczają zaledwie 6% swojego PKB.

Obecny model gospodarczy, oparty na produkcji nastawionej na eksport, wyraźnie napotyka swoje granice wzrostu.

Przestawienie go na rynek wewnętrzny (który trzeba najpierw stworzyć przez odpowiednią politykę redystrybucji zwiększającej siłę nabywczą szerokich mas) będzie największym wyzwaniem dla Chin. Wymagającym nie tylko politycznej wyobraźni, ale także odwagi w walce z korzystającymi na obecnym modelu grupami interesów: od bankierów z Hongkongu, przez lokalnych przedsiębiorców, po zblatowanych z nimi funkcjonariuszy partii.

Sama partia też będzie musiała odnowić formułę przywództwa. Lata stabilności i odpolitycznienia wytworzyły w niej skorumpowaną kulturę – sprawa Bo była tylko wierzchołkiem góry ludowej. Trzeba przy tym pamiętać, że żadna istotna w Chinach siła (polityczna, społeczna, ekonomiczna) nie domaga się dziś demokracji liberalnej.  Intelektualiści (tacy jak Ma Jun i grupa badaczy związanych z Uniwersytetem Sun Yat-sena) piszą raczej o formule „niedemokratycznej odpowiedzialności władzy” czy „dyktaturze deliberatywnej”. Chodzi o taką formę władzy, gdzie partia zachowując monopol na jej sprawowanie, nie poddając się demokratycznym wyborom, jednocześnie jest maksymalnie przejrzysta w swoich działaniach, transparentna dla chcących ją kontrolować instytucji społeczeństwa obywatelskiego, którego przedstawicieli dopuszcza do głosu w ramach otwartych procedur konsultacyjnych. Alternatywą dla tego modelu może być populistyczne i upolityczniające masy silne przywództwo – które z kolei postulują intelektualiści neokonserwatywni (Pan Wei) i neomaoistowscy. 

Także w polityce zagranicznej Chiny urosły na tyle mocno, że nie mogą kontynuować „przyczajonej” polityki Denga. Choć militarnie Chiny ciągle nie prześcigną Stanów przez najbliższe pół wieku, ich siła jest nieporównanie większa niż pod koniec lat 70. Także część zachodnich komentatorów, jak choćby były prezes Banku Światowego, Robert Zoellick, wzywa Chiny, by wzięły na arenie międzynarodowej odpowiedzialność, jaką nakłada na nie ich potencjał.

Czy Chińczycy wybiorą drogę cichej ekspansji (na wzór tej w Afryce), współpracy z międzynarodowymi instytucjami, czy też polityki otwarcie mocarstwowej i konfrontacyjnej?

To ciągle kwestia otwarta – także chińska elita jest tu podzielona. Obecność w SK Politbiura Wanga Qishana, cenionego na Zachodzie, odpowiadającego dotychczas za negocjacje z zachodnimi elitami i instytucjami, może być sygnałem zwycięstwa frakcji bardziej nastawionych na współpracę międzynarodową.

Chiny a sprawa polska

Niezależnie od tego, jaką drogę wybiorą Chiny, będzie to miało konsekwencje dla całego świata. Komentując ostatni kongres KPCh, Kevin Rudd (sinolog i premier Australii w latach 2007–2010), napisał, że już wkrótce zaczniemy żyć w świecie, w którym po raz pierwszy od czasów Jerzego III hegemonicznym mocarstwem będzie niedemokratyczne, nieanglojęzyczne państwo. Każda zmiana hegemonicznego mocarstwa w systemie światowym prowadziła do tej pory do wyłonienia się nowej formy kompromisu klasowego, kooptacji nowych grup społecznych do grona beneficjentów systemu. Nie wiadomo, jaką nową umowę społeczną, jaki układ „klasowy” wyłoni przyszła chińska hegemonia. 

Wiadomo za to od dawna, że nie da się budować nie tylko socjalizmu, ale także sprawiedliwości społecznej w jednym kraju. Dziś wiemy, że na pewno nie da się budować sprawiedliwego ładu BEZ sprawiedliwszych stosunków w jednym kraju – w Chinach. To od tego, jak rozstrzygnie się walka o podział owoców chińskiego cudu gospodarczego, zależy także przyszłość projektu socjalnego w Europie. Dlatego, choć nie mamy na to żadnego w zasadzie wpływu, koniecznie musimy uważnie obserwować to, co dzieje się w Chinach. Bo dotyczy to także nas, tu nad Wisłą. I to znacznie bardziej, niż nam się wydaje.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij