Świat

Film Nawalnego wywołał protesty na ulicach 122 rosyjskich miast

Obywatelskie przebudzenie, początek rewolucji, pierwszy krok do „wielkiego transferu”? Rosjanie w minioną sobotę masowo protestowali na ulicach swoich miast, ale nie do końca wiadomo, co z tego wynika i co będzie dalej.

W niedzielę 17 stycznia do Moskwy przyleciał Aleksiej Nawalny. Przypomnijmy: najsłynniejszy rosyjski opozycjonista kilka miesięcy spędził na leczeniu i rehabilitacji w Niemczech, gdzie trafił po tym, jak w sierpniu został otruty podczas podróży po Syberii. Śledztwo grupy The Bellingcat udowodniło, że za otruciem Nawalnego stoi FSB, a jeden z oficerów służby sam się do tego przyznał w rozmowie telefonicznej z Nawalnym. Powrót polityka do kraju wśród Rosjan o opozycyjnych poglądach wywołał wielkie oczekiwania jakiegoś bliżej nieokreślonego politycznego przełomu, ale też falę spekulacji i prognoz na temat tego, jak zareaguje Kreml.

Władze nie wymyśliły nic szczególnego i zatrzymały Nawalnego od razu po przylocie. Na drugi dzień, 18 stycznia, podczas dziwacznego posiedzenia sądu, które odbyło się na komendzie policji, Nawalny dostał 30 dni aresztu, które spędza obecnie w owianym złą sławą moskiewskim areszcie Matrosskaja Tiszyna. W krótkim filmiku, który nagrał przy okazji tej rozprawy, wezwał Rosjan, by się nie bali i wyszli na ulice – nie tyle w jego sprawie, ile swojej. Dzień później współpracownicy Nawalnego opublikowali swoje najnowsze antykorupcyjne śledztwo pt. Pałac dla Putina.

Film, który przelał czarę goryczy

W opublikowanym na YouTubie filmie oraz w niezwykle atrakcyjnej interaktywnej formie na specjalnej stronie internetowej Nawalny opowiada o wielkiej posiadłości Putina nad Morzem Czarnym, na którą składa się gigantyczny i urządzony z pretensjonalnym przepychem pałac, aquadyskoteka, ukryte pod ziemią lodowisko do gry w hokeja i kilka winnic. Wszystko to zostało zbudowane za pieniądze podatników, wyprowadzone ze skorumpowanych państwowych spółek, którymi zarządzają przyjaciele Putina.

O wielu z tych faktów opinia publiczna wiedziała już wcześniej. Siłą tego materiału – który być może zostanie uznany za opus magnum fundacji Nawalnego – nie są jednak nowe fakty, ale sugestywne obrazy. Wszyscy wiedzą, że władza kradnie i że kradnie dużo, ale teraz wiadomo, co dokładnie robi z kasą, którą ukradła zwykłym Rosjan. Kuriozalna aquadyskoteka i pozłacana szczotka do mycia toalety za 1000 euro szybko stały się tematem memów i prześmiewczych teledysków.

Nawalny w filmie zwraca się nie tylko do Rosjan, uświadamiając im, że kiedy oni mierzą się z wieloletnim kryzysem, zastojem, beznadzieją, a teraz jeszcze pandemią, Putin nawet nie udaje, że próbuje te problemy rozwiązać. Putin po prostu kradnie ich pieniądze i wydaje je na gargantuiczne budowle i nie mniej gargantuiczne włoskie meble po kilkanaście tysięcy euro za sztukę. Nawalny zwraca się także do samego Putina – ostatecznie wypowiadając mu wojnę.

Pałac dla Putina stał się hitem YouTube’a, w ciągu niespełna tygodnia film miał ponad 80 mln odsłon. Wtedy już z całą mocą stało się jasne, że Nawalny i jego ludzie działają według skrupulatnego i dokładnie przemyślanego planu i że realizacja tego planu na razie się udaje. Kolejne potwierdzenie przyszło w sobotę, bo Rosjanie masowo wyszli na ulice swoich miast. Nie tylko w Moskwie, nie tylko w Petersburgu, nie tylko w tych miastach i regionach, które ostatnio stały się znane za sprawą dużych protestów, takich jak Jekaterynburg, Władywostok czy Chabarowsk.

Internet podbiły zdjęcia z manifestacji w Jakucku, gdzie kilkaset osób protestowało przy temperaturze sięgającej -50 stopni, na drugim biegunie był Kaliningrad, gdzie manifestację ze względu na deszczową odwilż lokalne media nazwały aquadyskoteką. Symbolem protestu, zgrabnie podsuniętym przez film o putinowskim pałacu, stały się szczotki do mycia toalety.

Rosyjskie BBC policzyło, że różnego rodzaju akcje protestacyjne odbywały się w 122 miastach w Rosji i kilkudziesięciu za granicą. Skala emigracyjnego protestu Rosjan była również bezprecedensowa. Stowarzyszenie Za Wolną Rosję zorganizowało akcję wsparcia dla protestujących Rosjan pod pomnikiem Kopernika w Warszawie. Media pisały też o samotnym proteście reżysera teatralnego Iwana Wyrypajewa pod rosyjską ambasadą przy Belwederskiej.

– W końcu objawiło się nowe pokolenie rosyjskiej emigracji, którego nie da się ignorować – mówi Anastazja Siergiejewa ze stowarzyszenia Za Wolną Rosję i fundacji WOT. – Ci ludzie nie tylko występują na rzecz zmian w samej Rosji, ale mogą również wywierać realny wpływ na zmianę stosunku do rosyjskiego reżimu w Unii Europejskiej, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy innych krajach, które odgrywają ważną rolę na scenie międzynarodowej. Rosyjska prodemokratyczna emigracja przygotowała petycję do przewodniczącej i wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej z konkretnymi postulatami, które powinny być stosowane w kontaktach z Kremlem. Uważamy, że należy zrezygnować z Realpolitik i wstrzymać wszelkie rozmowy o partnerstwie i współpracy, dopóki te postulaty nie zostaną spełnione.

W większości regionów zmobilizowane siły OMON-u i rosgwardii zachowywały się spokojnie, ale w kilku miastach służby były agresywne, w tłumie protestujących pojawili się prowokatorzy i kontrmanifestanci. Sieci społecznościowe obiegło wideo z Petersburga, na którym funkcjonariusz rosgwardii brutalnie kopnął w brzuch kobietę, kiedy ta chciała wstawić się za zatrzymanym chłopakiem. Kobieta trafiła do szpitala ze wstrząśnieniem mózgu. Z tłumu policja wyrywała pojedyncze osoby i ciągnęła do więźniarek. W sumie w całej Rosji zatrzymano rekordową liczbę ponad 3 tysięcy osób.

Demonstracje dobiegły końca, kurz powoli opada. Ekipa Nawalnego odtrąbiła sukces, obliczając liczbę uczestników w całej Rosji na 250 tysięcy osób, i wezwała do kolejnego protestu w najbliższy weekend. Jednak co do tych wyliczeń są pewne wątpliwości, niezależne źródła różnie szacowały liczebność protestu w różnych miastach i wynikło z tego sporo kontrowersji. W Moskwie jedni mówią o 40–50 tys. manifestantów, inni o 15–20 tys., a policja podaje sumę 4 tysięcy. Tak czy inaczej skala protestów była ogromna, tym bardziej że nie zostały one zgłoszone, co podwyższa ryzyko zatrzymania i kary – ze względu na COVID-19 w Rosji masowe zgromadzenia są zakazane. Rekordy frekwencji z pewnością odnotowało wiele miast regionalnych, które do tej pory w żadnej sprawie się nie buntowały, zwłaszcza miasta centralnej Rosji i Powołża.

Fot. Interesnaya Moskva

Co sądzą o protestach Rosjanie?

Opinie ekspertów i komentatorów co do znaczenia, sensu i potencjalnych skutków sobotniego protestu, a także tego, co przyniesie najbliższa przyszłość, są bardzo zróżnicowane. Jedni twierdzą, że zarówno dla władzy, jak i opozycji był to test, okazja, by zaprezentować swoje siły przed głównym starciem, którym będą jesienne wybory do Dumy. Dla innych to wyraz pokoleniowej zmiany – starzejące się kremlowskie elity nie potrafią rozmawiać z młodymi ludźmi, nie mają im nic do zaoferowania, więc młodzież się buntuje. A Nawalny pokazał, że umie dotrzeć do młodego pokolenia, co w praktyce, w czysto biologicznym porządku rzeczy oznacza rychły koniec Putina. Dla innych protesty to przede wszystkim naturalny efekt wieloletniego zastoju i kryzysu ekonomicznego, wybuch po roku spędzonym w pewnym uśpieniu wywołanym pandemią. Można też usłyszeć i przeczytać, że to początek białoruskiego scenariusza, w tym także obywatelskiego przebudzenia lub „wielkiego transferu”, czyli zmiany władzy na Kremlu. Przy czym są tacy, którzy sądzą, że Nawalny będzie jego przyczyną, inni – że Nawalny jest częścią planu i działa w zmowie z jakąś kremlowską frakcją.

Powrót Nawalnego do Moskwy może się okazać wielkim wydarzeniem… albo wielkim zmyśleniem

Dlatego postanowiłam zapytać swoich znajomych – wśród nich dziennikarzy, ekspertów, przedsiębiorców, aktywistów i artystów z różnych regionów Rosji – czy w sobotę wzięli udział w proteście, jeśli tak, to jaka była ich motywacja, a jeśli nie, to dlaczego. Jakie są ich wrażenia z protestów, co o nich sądzą? Co myślą o samym Nawalnym? Niektóre z tych osób poprosiły, by podpisać je tylko imieniem, inne występują pod imieniem i nazwiskiem.

Daria, animatorka kultury, Kaliningrad/Petersburg

Nie byłam na proteście, ale koordynowałam pomoc dla zatrzymanych online. Twoje pytania zadałam moim znajomym, ludziom w podobnym wieku do mojego – 25 lat. Wyłonił się z tego mniej więcej taki obraz: nie wychodzimy dla Nawalnego, ale przeciwko obecnej władzy i represjom politycznym. Pytanie „iść czy nie iść” zadawali sobie tylko ci, którzy się naprawdę bali albo byli chorzy. Wszyscy rozumiemy, że niczego nie uda nam się zmienić od ręki, mamy zresztą przykłady z Mińska i Chabarowska, gdzie ludzie wychodzą od miesięcy i nie ma rezultatu. Ale potrzebujemy tego, potrzebujemy popatrzeć sobie w oczy, zrozumieć, że nasze poglądy nie są dziwne, że wielu ludzi podobnie przeżywa to wszystko. Jesteśmy bardzo różni, ale wszyscy wychodzimy dla jednej sprawy. A konkretnie przeciwko jednej. Nie wychodzimy walczyć, tylko pokazać, że jest nas dużo i jesteśmy razem. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że to dla nas doświadczenie, które wytwarza naszą nową tożsamość narodową. Wszyscy boją się krwawej rewolucji, ale zmiana władzy może przecież przebiec pokojowo. Tego byśmy chcieli, chociaż wiele z nas wątpi, że w tym przypadku tak się stanie.

Katja, dziennikarka, Petersburg

Do tej pory bywałam na opozycyjnych demonstracjach tylko zawodowo, jako dziennikarka. Tym razem poszłam protestować jako zwykły człowiek. Nawet nie o uwolnienie Nawalnego, chociaż jego odwaga budzi mój autentyczny zachwyt. Wyszłam na ulicę, bo nie chcę, żeby w moim kraju ludzi prześladowano za ich słowa i poglądy, nie chcę, żeby za niewygodnymi dla władzy ludźmi uganiała się sfora zabójców. Nie chcę, żeby sądy odbywały się z pominięciem prawa, z pogwałceniem wszystkich norm. Wyszłam, bo w tej sytuacji to już wstyd nie wyjść. Czy się bałam? Niezbyt mocno. Wiedziałam, że będzie dużo ludzi, wszystkich nie da się zatrzymać lub pobić. Wcześniej zapisałam sobie na kartce wszystkie ważne telefony, czyli do organizacji broniących praw człowieka, do adwokatów, którzy pomagają zatrzymanym, do znajomych, którzy mogą pomóc, jeśli mnie aresztują. Klucze od mieszkania zostawiłam bratu, żeby w razie czego nakarmił kota. Czy to początek realnych zmian? Nie sądzę. Moim zdaniem to początek nowych spraw karnych, nowych wyroków więzienia. Nie wiem sama, mam przed oczami przykład Białorusi, gdzie nic się nie zmieniło, chociaż niby zmieniło się wszystko.

Ilja, przedsiębiorca, Petersburg

Byłem na wielu protestach, nie na wszystkich oczywiście, ale prawie. Raz nawet siedziałem w areszcie. W Petersburgu tylu osób co w sobotę jeszcze nigdy nie widziałem. Na protest przyszli ludzie, po których bym się tego nigdy nie spodziewał. Jednego ze znajomych zawsze trolluję, że jest tchórzem i nie chodzi protestować, a tym razem przyszedł i jeszcze trzy osoby przyprowadził. W piątek zadzwoniłem do jednego z pracowników, żeby powiedzieć, że musimy się spotkać i rozliczyć dzisiaj, bo jutro jest protest, mogą mnie zamknąć na 30 dni. A on mówi, że też idzie, to się spotkamy i na miejscu rozliczymy. Przekazałem mu jego wypłatę na manifestacji, na Polu Marsowym. Dopiero potem zrozumiałem, że to mogło wyglądać tak, jakbym mu płacił za to, że przyszedł.

Trollowanie „ku chwale ojczyzny”

czytaj także

Julia Sokołowa, producentka, Krasnojarsk

Nie spodziewałam się, że w Krasnojarsku tyle ludzi wyjdzie protestować. Wydaje mi się, że było kilka tysięcy. To niesamowite uczucie, kiedy idziesz w takim tłumie, a kierowcy przejeżdżających samochodów otwierają okna, machają i trąbią na znak wsparcia. OMON był dość brutalny, ale i wśród protestujących było kilku prowokatorów. Większość wyszła pokojowo, by wyrazić swoje niezadowolenie z tego, co dzieje się w kraju. Chodzi nie tylko o Nawalnego, ale i o to, że jest wiele rzeczy, które trzeba w Rosji zmienić. Przede wszystkim prezydenta, który się zasiedział.

Fot. Interesnaya Moskva

Olga, artystka, Kaliningrad

Nie czuję sympatii ani do Nawalnego, ani do Putina. Putin przez 20 lat zbudował system, który mnie osobiście nie zadowala. Wybory bez wyboru, wszystko sfałszowane, na wszystkich stanowiskach ludzie z putinowskiej partii, 75 proc. gospodarki to państwowy sektor, niezliczone państwowe korporacje, których szefami są już dzieci przyjaciół Putina. Wyszłam w sobotę, bo chcę, by to się zmieniło. Myślę, że większość osób, która wczoraj wyszła na ulice Kaliningradu, podziela moje uczucia i nie protestowała, by wesprzeć Nawalnego czy Prilepina [pisarza nacjonalisty, który został wyznaczony na twarz i szefa prokremlowskich kontrmanifestantów – przyp. red.]. Ale to jeszcze nie jest rewolucja. Sytuacja przypomina mi początek 1917 roku. Powinniśmy uważnie przestudiować historię Rosji, by nie nastąpić drugi raz na te same grabie i nie doprowadzić do takich okrutnych, krwawych wydarzeń.

Niektórym z moich znajomych w udziale w akcjach protestu przeszkodził COVID-19. Przyjaciółka z Moskwy w sobotę pochowała bliskiego członka rodziny i nie śmiałam jej nawet zapytać, co sądzi o protestach i Nawalnym. Przyjaciółka z Nowosybirska została w domu ze względu na przyjętą dwa dni wcześniej pierwszą dawkę szczepionki przeciwko koronawirusowi. Na pytanie, co myśli o tym, co się dzieje, odparła, że towarzyszy jej raczej uczucie mizantropii, ale możliwe, że to przez ból mięśni, najwyraźniej wywołany przez Sputnik V. Okazało się też, że wśród moich znajomych są osoby, które wobec protestów są bardzo sceptyczne.

Anna, aktywistka, Kaliningrad

Cel, do którego dąży Aleksiej Nawalny, to jego cel, nie mój. Ja i on nie wyznajemy tych samych wartości, Nawalny nie jest liberałem, nie jest demokratą. Mimo że marzę o tym, by w Rosji coś się w końcu zmieniło, trudno mi wyjść i protestować, mając świadomość, że Nawalny ma jakiś plan i po prostu wykorzystuje ludzi, by go zrealizować. Nie uważam, że warto, by młodzi ludzie trafiali do więzień i by złamano im życie tylko po to, by Nawalny swój cel osiągnął.

Dmitrij Moskwin, aktywista, kulturoznawca, Jekaterynburg

Uważam, że sakralizacja Nawalnego, którą można teraz obserwować, to błąd i przejaw niedojrzałości politycznej społeczeństwa. Trudno mi się z tym utożsamiać. Sądzę, że sprowadzanie wszystkiego do walki o jednego polityka to zła strategia. Trzeba działać w interesie wielu ludzi, całego społeczeństwa, a te interesy są dalekie od moskwocentrycznych wyobrażeń o pałacach, samolotach i romansach na jachtach. Dlatego nie chciałem iść w sobotę na protest, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że jeśli nie pójdę i nie zobaczę tego na własne oczy, to potem ugrzęznę w medialnych manipulacjach. Poszedłem, ale jako świadek, nie uczestnik. Ludzi było bardzo dużo, wyszli przy 30-stopniowym mrozie. Ale nawet te kilka tysięcy to tylko mały odsetek populacji miasta. Moim zdaniem to protest, który konsoliduje tych, którzy już 10 lat temu występowali przeciwko reżimowi. Dla pozostałych brakuje argumentów, nie ma nowych haseł. Nie usłyszałem wczoraj żadnych postulatów, żadnych żądań. Nie wiadomo, do kogo ten protest był skierowany, nie było wiadomo, co robić, dokąd iść. W Jekaterynburgu manifestacja skierowała się na skwer przy teatrze, którego broniliśmy przed budową cerkwi w 2019 roku. W Permie było podobnie, tłum spontanicznie poszedł w stronę teatru, niczym zagubiony spektakl, który szuka swojej sceny.

Rosja po epidemii stanie się biedniejsza, ale i bardziej opresyjna

To Nawalny zdecyduje o tym, co dalej

Sobotnie protesty to niewątpliwy sukces Aleksieja Nawalnego i jego ludzi. Na ten sukces składa się drobiazgowo przemyślana strategia, która na razie działa bez zarzutu. Nawalnemu udał się nie lada trik, bo przekonał wiele tysięcy osób, które nie są jego sympatykami, do wyjścia w proteście w jego obronie. W otoczeniu Nawalnego prawidłowo przewidziano poziom napięcia społecznego, które potrzebuje ujścia. Zwłaszcza po pandemicznym roku, zmianach w konstytucji Rosji, wyzerowaniu kadencji Putina i pakiecie nowych, represyjnych ustaw, które sprowadzają właściwie każdą publiczną działalność nieuzgodnioną z władzą do przestępstwa.

W powietrzu wisi jednak pytanie: co dalej i pewien dyskomfort wywołany myślą, że być może nie dla wszystkich jest to zagadką. Są ludzie, którzy wiedzą, co ma być dalej, bo sami pisali ten scenariusz. Nie chcą i nie mogą go jednak zdradzić statystom, bo wtedy strategia przestałaby działać, Kreml poznałby plan. Zresztą już sam fakt, że podstawowe pytanie brzmi dzisiaj: „co zrobi Nawalny?”, a nie „co zrobi Kreml?”, to przełom w rosyjskiej polityce.

Na razie mamy więc typowy cliffhanger, ale już za chwilę od spektakularnych scen może zacząć się nowy odcinek. Najbardziej prawdopodobny w tej chwili wariant rozwoju wydarzeń to publikacja nowego śledztwa przez The Bellingcat. Christo Grozew, który badał sprawę otrucia Nawalnego, zapowiedział niedawno, że lada dzień ujawni, kogo jeszcze truła FSB. W najbardziej emocjonującym wariancie scenariusza nie będą to jednak nazwiska Rosjan, ale zagranicznych biznesmenów i polityków, których Rosja próbowała unieszkodliwić. Jeśli tak się rzeczywiście okaże, to będzie musiało wywołać polityczną reakcję z zagranicy i może być początkiem reakcji łańcuchowej, która pogrąży obecną kremlowską elitę. Jeśli nie, to być może Nawalny ma w zanadrzu inne niespodzianki dla Kremla i inne sposoby na podtrzymanie społecznego napięcia, przekładającego się na uliczny protest.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij