Serwis klimatyczny, UE

Premier Morawiecki reprezentował w Brukseli lobby paliw kopalnych, nie zwykłych ludzi [rozmowa]

Porozumienie klimatyczne UE - komentarz Greenpeace

Przez krecią robotę naszej dyplomacji mamy nawet bardziej negatywny wpływ na świat, niż mają nasze emisje. Paweł Szypulski, dyrektor programowy Greenpeace Polska, komentuje polską politykę klimatyczną.

13 grudnia w Brukseli Rada Europejska podjęła decyzję w sprawie długofalowej unijnej strategii klimatycznej. Szefowie państw zatwierdzili cel neutralności klimatycznej do roku 2050, zgadzając się jednocześnie, że Polska będzie dochodziła do niego dłużej. Premier Morawiecki obwieścił sukces, jednak eksperci i ekspertki zajmujący się klimatem zgodnie krytykują postawę polskiego rządu. O treści unijnego porozumienia i skutkach decyzji Polski Jan Rojewski rozmawia z Pawłem Szypulskim, dyrektorem programowym Greenpeace Polska.

*
Jan Rojewski: Premier Mateusz Morawiecki oszukał Polaków?

Paweł Szypulski: Z całą pewnością ich nie posłuchał. Pojechał do Brukseli reprezentować lobby paliw kopalnych, zamiast zwykłych ludzi. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Blisko 70 proc. Polek i Polaków to zwolennicy neutralności klimatycznej, co oznacza, że dla poparcia tej sprawy poglądy polityczne nie mają znaczenia. Ba, zdecydowana większość z nas popiera też odejście Polski od węgla, i to nawet do 2030 roku. Premier Morawiecki na pewno zadziałał na naszą szkodę.

Jesteśmy tuż przed katastrofą klimatyczną i w związku z tym potrzebujemy prawdziwych działań. Szczyt Rady Europejskiej był szansą do ich podjęcia. Teraz polityka klimatyczna UE będzie wzmacniana niezależnie od podejścia Warszawy, która potwierdziła jedynie swoją łatkę głównego hamulcowego. W pierwszym kwartale 2020 roku Unia uchwali nowe prawo klimatyczne, do tego nie będzie potrzebna jednomyślność, tylko zwykła większość. Proszę zwrócić uwagę, że w tym kierunku idą wszystkie państwa UE, także te biedniejsze jak Rumunia czy Bułgaria. Wszystkie z wyjątkiem nas.


Skąd taka jednomyślność wśród pozostałych rządów?

Poniekąd z nacisku wyborców, ale nie tylko. Unia dziś dąży do tego żeby polityka klimatyczna znalazła się w jej centrum. Zwiększyły się uprawnienia komisarza ds. klimatu, to on będzie miał kluczowy wpływ na decyzje komisji energetycznej i rolniczej. Cel neutralności klimatycznej na 2050 rok stanie się wiążący. Równolegle wchodzi wielki program Europejskiego Zielonego Ładu.

Czy Zielony Nowy Ład zbawi Europę?

czytaj także

Żeby nie było tak pięknie, dodam, że cel na 2050 rok – wbrew temu, co mówi polski rząd – jest bardzo zachowawczy i niewystarczający z perspektywy ochrony klimatu. Kraje OECD powinny być neutralne klimatycznie w 2040 roku. Stawka w tej grze nie jest ekonomiczna, chodzi o przetrwanie cywilizacji w takim kształcie, w jakim ją znamy.

Skąd w takim razie bierze się opór Polski?

Tak jak wspomniałem, jest on związany z reprezentowaniem interesów pewnych lobby. A szkoda, bo za Europejskim Zielonym Ładem stoją też konkretne pieniądze, które można uzyskać w celu osiągnięcia szybszej neutralności. Przy czym zaznaczam, że nie wszystko w europejskich pomysłach jest rewelacyjne. Obawiamy się, że na przykład wsparcie dla zalesiania mogłoby zostać przeznaczone na finansowanie monokulturowych plantacji leśnych. Zresztą głównym założeniem EZŁ jest to, żeby nie godził on we wzrost gospodarczy, a przecież to nieustanny wzrost jest jedną z praprzyczyn naszych problemów.

Zmiana klimatu? Nie, zmiana systemu!

czytaj także

Mimo tego dla Polski ten program to ogromna szansa. Transformacja regionów górniczych będzie kosztować, i to nie tylko Śląsk, ale też te miejsca, w których znajdują się kopalnie odkrywkowe czy wielkie elektrownie, a te znaleźć można też w Polsce centralnej i zachodniej.

Cele, które wyznaczyła sobie UE, są w ogóle realne?

To zależy od dalszych kroków Unii. W 2020 roku czeka nas kolejna tura negocjacyjna. Mówi się o podniesieniu celów redukcyjnych na 2030 rok do 50-55 proc. ale żeby być na ścieżce do całkowitej neutralności w 2040 roku, to powinno być 65 proc.

Mateusz Morawiecki pojechał do Brukseli razem z nowo powołanym ministrem klimatu Michałem Kurtyką. Utworzenie tego stanowiska ma pokazywać, że Polska podchodzi odpowiedzialnie do polityki klimatycznej.

Teraz polityka klimatyczna UE będzie wzmacniana niezależnie od podejścia Warszawy, która potwierdziła jedynie swoją łatkę głównego hamulcowego.

W teorii to zmiana podejścia, bo żaden rząd wcześniej nie zdecydował się na taki krok. Zresztą Donald Tusk wspominał ostatnio, że w jego rządzie zabrakło odpowiedniej klimatycznej wrażliwości. Sytuacja, w której teraz się znajdujemy, nie jest efektem zaniedbań jednej ekipy, ale całych dekad. To, co wydarzyło się w Brukseli, to zły prognostyk, ale mam nadzieję, że minister Kurtyka – który jest raczej urzędnikiem niż politykiem i wysokiej klasy specjalistą, co mógł udowodnić podczas zeszłorocznego COP-u w Katowicach – nie pogodzi się z rolą kwiatka do kożucha. Czekamy na ustawę, która określi kompetencje ministrów. Wówczas dowiemy się, czy Ministerstwo Klimatu będzie w ogóle mogło stanowić prawo w kwestii energetyki, bo jak na razie leży to w kompetencjach Ministerstwa Aktywów Państwowych.

Śmierć Wenecji, czyli o wypartej chorobie, która pogrąża nasz świat

Polski rząd mówi, że ze stu miliardów na transformację klimatyczną tylko 5 jest w gotówce, a reszta stanowi kredyt.

W tej kwocie nie bierze się pod uwagę, ile płacimy za import paliw kopalnych. Nikt nie liczy skutków, jakie dla polskiej gospodarki będzie mieć kryzys klimatyczny, a one będą fatalne. Czekają nas susze, powodzie, porywiste wiatry. To fałszywe założenie, że to, czy uda nam się coś wytargować finansowo, jest kluczowym kryterium sukcesu – bo mówimy o końcu świata, w jakim żyjemy.

Mamy ogromny przywilej, że jesteśmy częścią UE i możemy szukać nowych możliwości wsparcia dla naszej gospodarki – czy to poprzez zastrzyk gotówki, czy przez kredyty, czy inne instrumenty finansowe. To oznacza możliwość uczestnictwa w wielkiej przemianie europejskiej gospodarki, która właśnie dokonuje się na naszych oczach. Jeśli pozostaniemy przy węglu, przy gazie i będziemy promować transport samochodowy, będziemy kimś na kształt chorego człowieka Europy, a nasza gospodarka zupełnie nie będzie przystawać do europejskiej.

Zamiast tego potrzebujemy świata, w którym energia pochodzi z czystych i bezpiecznych źródeł, w którym lasy nie są traktowane tylko jako składy desek, w którym w rolnictwie rezygnuje się z farm przemysłowych itd. To świat lepszy dla wszystkich, w tym tych uboższych z nas. Tylko wygląda na to, że nasz rząd nie chce być częścią tego świata.

Jeśli mówimy o uboższych, to rząd kalkuluje, że szybka dekarbonizacja przyczyni się do utraty 140 tysięcy miejsc pracy na Śląsku.

Nie wiem, skąd pochodzą te liczby. W górnictwie w Polsce pracuje niespełna 100 tysięcy osób. Oczywiście inne osoby są zatrudnione w energetyce, a jeszcze inne przy pozostałych trujących źródłach energii. Odpowiadając na to pytanie, muszę wrócić do Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, czyli tych pieniędzy, które Unia oferuje nam, żebyśmy w miarę bezpiecznie mogli zrezygnować z węgla. Patrząc tylko na Śląsk, otrzymamy wypaczony obraz sytuacji, bo tam dzisiaj brakuje rąk do pracy. Śląski rynek pracy oferuje bardzo wiele możliwości. Region jest rozwinięty i bardzo dobrze zurbanizowany. Większym wyzwaniem będzie transformacja regionów, w którym ważnymi zakładami pracy były kopalnie odkrywkowe, takich jak np. okolice Bełchatowa czy Bogatyni.

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”

Era węgla w ogóle się kończy, chodzi tylko o tempo, a nie o to, czy będzie węgiel, czy go nie będzie. Obecnie wydobycie węgla w Polsce spada, a jego import rośnie, nawet polskie elektrownie spalają już węgiel z zagranicy, a kopalnie odkrywkowe mają przed sobą maksymalnie kilkanaście lat eksploatacji. Zgodnie z tym, jak powinny wyglądać redukcje emisji, aby powstrzymać katastrofę klimatyczną, powinniśmy być wolni od węgla w 2030 roku. Rozumiem wszystkich, którzy walczą o dotrwanie do końca miesiąca, ale mamy prawo oczekiwać, że politycy o tych ludzi zadbają i jednocześnie będą walczyć o interes nas wszystkich, jakim jest zatrzymanie katastrofalnej zmiany klimatu.

Podczas szczytu w Brukseli Polska, Czechy i Węgry postawiły na swoim i dzięki ich staraniom używanie energii atomowej będzie traktowane jako równorzędna droga do dekarbonizacji.

Tak, chociaż to trochę absurdalne. Kształtowanie miksu energetycznego to zadanie państwa i jest ono w tym zupełnie autonomiczne, Bruksela nie ma tu nic do gadania. To, czy znajdą się pieniądze na dofinansowanie energii atomowej, nie było w ogóle przedmiotem negocjacji na Radzie Europejskiej. Mam jednak wrażenie, że rządy Czech i Węgier podjęły taki krok na potrzeby swojej polityki wewnętrznej, tak żeby nie sprawiać wrażenia biernego uczestnika szczytu. Teraz mogą wrócić do siebie i powiedzieć, że coś udało im się wywalczyć. My nie wywalczyliśmy niczego.

Atom – szansa czy zagrożenie? [wyjaśniamy]

Co się wydarzy, jeśli w czerwcu 2020 roku, podczas kolejnych negocjacji, Polska dalej będzie odgrywać rolę hamulcowego?

Inne procesy, na które Polski rząd – na szczęście – nie ma decydującego wpływu, już ruszyły. Kolejny rok upłynie pod hasłem Europejskiego Zielonego Ładu i prac nad prawem klimatycznym. To założenie zapisane w konkluzjach Rady Europejskiej, że jest jeden kraj, który trzeba specjalnie traktować, to swoista forma przegłosowania Polski. Proszę zwrócić uwagę choćby na to, że od 2021 roku Europejski Bank Inwestycyjny nie będzie finansować żadnych inwestycji w paliwa kopalne. To pokazuje jak bardzo rzeczywistość ucieka polskiemu rządowi.

Siła zielonych inwestycji publicznych

czytaj także

Administracja w Warszawie postanowiła, że będzie na ogromną skalę inwestować w elektrownie gazowe, co nie brzmi dobrze, bo gaz pochodzi w dużej części z Rosji, zamiast tak jak Europa iść w pierwszej kolejności w pozyskiwanie energii z wiatru i słońca. Ciągle jest też wałkowany pomysł otwarcia elektrowni jądrowej, ale można go odłożyć na tę samą półkę co milion samochodów elektrycznych, które rząd Mateusza Morawieckiego miał nam dostarczyć do 2025 roku.

Za nami jest też szczyt klimatyczny COP25, który zakończył się kompletnym fiaskiem. Może Polska chce czerpać inspiracje od państw globalnego południa, które nie chcą transformować swoich gospodarek?

Takie stawianie sprawy jest zupełnie bez sensu, bo ignorujemy to, jak duża jest nasza gospodarka. Po pierwsze, patrząc w skali globalnej, jesteśmy jednak krajem dość zamożnym. Jesteśmy też jednym z 20 największych emitentów gazów cieplarnianych na świecie, ale co ważniejsze – stanowimy część Unii, a to trzeci największy emitent. Nasze zachowanie wpływa na siłę negocjacyjną całej UE.

Co więcej, nie jest tak, że dyplomacje wszystkich krajów świata czują się dobrze, będąc liderem w jakiejś dziedzinie. Lubią to Stany Zjednoczone czy Unia, ale Chiny przyjmują pozycję obserwatora, a nie inicjatora. Podążają za swoimi partnerami, same nie kreując nowych trendów. Dlatego to świat Zachodu musi wyznaczać standardy jeśli chodzi o politykę klimatyczną i co do zasady, robi to. Nawet Stany Zjednoczone, które jako jedyne chciały wyjść z postanowień paryskich i zapowiadały renesans węgla, tak naprawdę odchodzą od niego w niezwykle szybkim tempie.

Katastrofa klimatyczna – tracimy kontrolę

Okej, omówiliśmy sytuację Chin, a co z pozostałymi państwami, którym zależy na utrzymaniu statusu regionalnych mocarstw i w związku z tym nie chcą godzić się na transformację klimatyczną?

Teraz może zaskoczę, bo powiem coś dobrego o polskim rządzie. Wśród pomysłów, które forsowali nasi politycy, był projekt wprowadzenia podatku od emisji wyemitowanej poza granicami Unii Europejskiej. Jak zwykle jest to krok niewystarczający, ale idący już w dobrym kierunku, pozwoli on bowiem urealnić cenę produktu. Zbyt łatwo ten pomysł nie przejdzie, bo narusza interesy wielkiego kapitału.

Dodam, że szczyt Rady Europejskiej odbywał się dosłownie w ciągu ostatnich dwóch dni szczytu klimatycznego. Decyzja, żeby UE nie miała jednolitego stanowiska, to był sygnał, który popłynął do Madrytu w ostatnim dniu COP-u. Można się pokusić o stwierdzenie, że przez krecią robotę naszej dyplomacji mamy bardziej negatywny wpływ na świat, niż mają nasze emisje.

Młodzież wyraża swój wspólny interes: chce przeżyć [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

**
Paweł Szypulski – dyrektor programowy Greenpeace Polska.

Jan Rojewski – poeta, dziennikarz. Autor tomu poetyckiego Ikonoklazm (2018), za który otrzymał nominację do Nagrody Poetyckiej Silesius oraz Nagrody Literackiej Gdynia. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Onecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Miesięczniku Znak”. Stale współpracuje z „Polityką”. Obecnie pracuje nad książka reporterską.


***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać